Mariusz Kanios, który przyzwyczaił mnie już do niezłego poziomu swoich kryminałów, tym razem zabiera nas w podróż na Sycylię. No i do nowego wydawnictwa - co ciekawe, bo dotąd chwalił sobie prowadzenie własnej marki, ale być może wyrobił sobie już na tyle markę, że może dyktować dużo lepsze warunki niż jako wchodzący na rynek autor.
Wątki zagraniczne, czyli zderzenie ze zmową milczenia i pewnego rodzaju bezradnością policji, gdy w grę wchodzi działanie zorganizowanych grup przestępczych, następców dawnej mafii zwanej Cosa Nostra. Dziś, w świecie zalewanym imigrantami, dużo łatwiej znaleźć kozła ofiarnego i wskazać kogoś z nich jako sprawcę, bo też za nim mało kto się wstawi. Gdy zaatakujesz "rodzinę" uważaj bo mają długie ręce i masę powiązań - komuś pomogli, załatwili pracę, a potem będą oczekiwać przysługi i może się okazać że wokół masz samych wrogów. Ludzie chyba jednak też mogą mieć dość, bo te grupy już dawno przestały kojarzyć się z "ludźmi honoru", bo interesy weszły na obrzydliwe obszary jak handel narkotykami czy kobietami i to bez dawnych oporów, by przynajmniej nie kalać własnego terenu i działać z daleka od własnego domu.
Cała historia zaczyna się jak historia małżeństwa w kryzysie - on uznany lekarz, coraz częściej sięgający po alkohol by się zrelaksować, ona powoli ma już tego dość, choć niby niczego jej nie brakuje. No i jeszcze nastoletnia córka, którą ojciec częściej też rozczarowuje niż uszczęśliwia. Wyjazd za granicę z zaprzyjaźnionym małżeństwem miał być dla nich ostatnią szansą na ratowanie związku. Tyle że okazał się koszmarem.
Marek znowu zabalował razem ze swoim kompanem, budzi się w hotelu skacowany i odkrywa że nie ma ani jego żony ani córki. Podobnego odkrycia dokonuje jego przyjaciel. Trzy Polki wybrały się samotnie na wycieczkę i po prostu zniknęły. Panika, desperacja, wściekłość na policji i próby śledztwa na własną rękę, obietnica nagrody... Domyślacie się, że dla bliskich zrobi się naprawdę wszystko, nawet jeżeli już wydawało się że miłości między nimi nie ma. Marek się zmienia i próbuje naprawić swoje błędy, świadom że gdyby nie zapił, byłby z nimi i wtedy pewnie nic im by się nie stało. Piękna, pełna słońca Sycylia nie okazała się wymarzonym miejscem na wakacje.
Równolegle śledzimy losy porwanych kobiet i koszmar który przeżywają. To nie jest historia z tych lekkich i przyjemnych, od razu uprzedzam.
Kibicując Markowi zdajemy sobie sprawę z jego słabości i to też w jakiś sposób budzi naszą ciekawość. Sam dostrzegł w tym co się stało jakąś szansę - nie tylko na uratowanie żony i córki, ale i zmianę siebie, by nie być takim ch...m jak dotąd.
Co najciekawsze, wątek sycylijski choć w pewnym momencie znajduje pewne zakończenie, wcale nie kończy fabuły, czyli tam gdzie ktoś inny książkę by zakończył Marek Kanios proponuje dalszą jazdę bez trzymanki. I choć rozwiązanie jakie proponuje wydawało mi się trochę sztuczne, muszę przyznać że dość zgrabnie dzięki temu połączył niektóre postacie i wzmocnił ich znaczenie.
Więcej nie zamierzam zdradzać, bo to zepsułoby zabawę. A ta moim zdaniem jest naprawdę niezła. Balansujemy między kryminałem, elementami sensacyjnymi, thrillerem psychologicznym, a choć można by się pewnie czepiać prawdopodobieństwa zdarzeń i postaci naszkicowanych czasem zbyt grubą kreską, to odczuwany niepokój i zwroty akcji nadrabiają te słabości całkiem dobrze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz