wtorek, 31 października 2017

Ach śpij kochanie, czyli ale dlaczego spać w kinie?

O dziwo nie czytam w tej chwili żadnego kryminału (ale przerwa nie na długo), nadrabiam za to filmowo - Wataha, Belfer sezony drugie, no i w kinach nie mogłem przegapić "Ach śpij kochanie", bo reklamowano go niczym przebój roku. Jak to jednak bywa z reklamami, więcej hałasu niż to warte.

Jakoś wzięło ostatnio naszych rodzimych twórców na kryminały retro. Chętnie sięgają nie tylko daleko wstecz, ale choćby do PRL, co może wywołać zainteresowanie nie tylko najmłodszej części publiczności, ale i tych, którzy ekscytowali się doniesieniami prasy z tamtych spraw. Przecież i nas dochodziło do okrutnych zbrodni, mieliśmy swoich seryjnych morderców, a śledztwem i procesem interesowała się masa ludzi. Choć władza chętnie by udawała, że mamy raj, a przestępczość jedynie na zgniłym Zachodzie, to dla uspokojenia ludzi, czasem trzeba było rzucić jakiegoś kozła ofiarnego na pożarcie.
Do jednej z takich spraw z lat 50, do postaci Władysława Mazurkiewicza, zwanego Pięknym Władkiem, podejrzewanego o zamordowanie nawet 67 osób, opowiada ten film. Miał być stylizowaną historią noir, kryminałem retro z zagadką i ambitnym śledczym, który chce ją rozwiązać, jednak prawdę mówiąc napięcia tu tyle co w średniej jakości teatrze telewizji. A i sfilmowane to jakoś bez życia. Ani Krakowa nie widać (o zgrozo!), ani sama historia nie porywa.

poniedziałek, 30 października 2017

Anglicy. Przewodnik podglądacza - Matt Rudd, czyli czy na wyspie żyją inni ludzie?


Jeżeli lubicie specyficzne, angielskie poczucie humoru, będziecie się dobrze bawić przy tej pozycji. Pewnie najwięcej z niej frajdy mają sami wyspiarze, przyglądając się w tekstach Matta Rudda niczym w krzywym zwierciadle, ale tak naprawdę któż nie lubi czasem pośmiać się z innych nacji. Zwłaszcza gdy pisze to Anglik o własnych rodakach, a więc nie tylko z odrobiną złośliwości, ale i z całą masą sympatii dla różnych dziwactw.

To książka nie tyle o stereotypach, ale raczej o zmieniających się modach, zwyczajach, czy ludzkich postanowieniach i ich realizacji (jak wiemy bywa różnie). Jak wyglądają najmodniejsze ogrody Anglików, czymś się oni żywią, jak odpoczywają, czy lubią dojeżdżanie do pracy - na te i inne pytania można znaleźć tu odpowiedzi, pełne nie tyle statystyk i analiz, ale raczej zabawnych obserwacji i przykładów. Autor postawił sobie za punkt honoru spisać różne swoje przemyślenia na temat życia codziennego swoich rodaków i wyruszył w kraj w roczną podróż, zaglądając czasem do cudzych domów, meldując się w hotelach i przede wszystkim rozmawiając, rozmawiając, rozmawiając...

piątek, 27 października 2017

Pan Przypadek i kobietony - Jacek Getner, czyli słaba płeć nie taka znowu słaba

Jest! Już jest! Zarówno w wersji elektronicznej, jak i papierowej. A przecież całkiem nie tak dawno, w kawiarnianym ogródku mogłem sobie siedzieć w słoneczku i czytać wersję roboczą w pdf i nanosić jakieś swoje znaki zapytania i uwagi.
Ale o co chodzi - zapytacie. Ano o kolejny tom Pana Przypadka. Recenzje poprzednich książek Jacka Getnera możecie znaleźć w zakładce przeczytane na górze bloga i w sumie to dobry pomysł by choć na chwilę tam zajrzeć.
Może tam znajdziecie jakieś natchnienie, bo mam dla Was dwa egzemplarze tej pozycji! Świeżutkie, prosto od autora :)
Żeby je zdobyć wystarczy, że wyślecie do mnie na adres przynadziei@wp.pl e-mail z odpowiedzią na proste pytanie: jakim jeszcze tematem przewodnim powinien Waszym zdaniem autor, gdzie skierować detektywa, aby swoim okiem zerknął na to co kryje się pod tym co zewnętrzne. Jakie środowiska już znalazły się pod ostrym piórem p. Jacka, wystarczy zerknąć na tytuły lub opis zawartości poprzednich tomów. Nagrodzę najbardziej dowcipne, najciekawsze propozycje. Na pomysły czekam do poniedziałku 30 X do godziny 17.15 :)


A dziś choć kilka zdań o najnowszym tomiku. Tytuł i okładka już zapowiadają jakie tym razem grupy staną się bohaterami kolejnych rozdziałów i spraw kryminalnych prowadzonych przez detektywa amatora. Dobra, dobra, amatora, ale jego sława już dawno przekroczyła granice Warszawy. Dla jednych jest Janosikiem, który staje w obronie słabych i uciśnionych, a dla niektórych środowisk jego nazwisko budzi raczej obrzydzenie i grozę. A fe, zbyt często wskazywał jako winnych różnych grzeszków ludzi sławnych, z pierwszych stron gazet, autorytety, a przecież tak nie wolno, prawda? Zamiast nagłaśniać sprawę i kogoś karać, można było załatwić to jakoś polubownie, czyż nie? 
Getner z przymrużeniem oka zajmie się tym razem nie tylko wojującymi feministkami, ale i myśleniem panów o tym jak to sobie wyobrażają genderową rewolucję.

Po tamtej stronie, czyli czy wiesz co robisz?

Dziś premiera "Po tamtej stronie", więc notka na świeżo. Produkcji warto szukać w kinach studyjnych, bo pewnie szeroko nie wejdzie do dystrybucji, a szkoda, bo to kino dużo bardziej inteligentne i zabawne, w porównaniu z zalewem idiotyzmów np. amerykańskich.
Co kto lubi, prawda? Jedni będą walić na Amerykańskie mamuśki albo jakieś Szalone święta 4, a jeżeli wolicie kino trochę zakręcone, czarną komedię, odrobinę absurdu, Aki Kaurismäki każdą produkcją Was zauroczy. Wybór należy do Was.
Ja tam swojego już dokonałem.

Jego bohaterowie są tak zwyczajni jak tylko mogą być, czasem naiwni, nieporadni, ale dzięki temu że nie walczą z innymi ludźmi, zdobywają ich sympatię (i naszą też) i pomoc. Tym razem będziemy kibicować starszemu mężczyźnie, który chce zrealizować marzenie i prowadzić własną knajpę oraz uchodźcy z Syrii, który postanawia poprosić o azyl w Finlandii.

czwartek, 26 października 2017

Blade Runner 2049, czyli oby wszystkie kontynuacje miały taką jakość

Wrócić po 35 latach do filmu, który zyskał przez ten czas status kultowego i pokusić się o próbę kontynuacji tej historii? Przecież to brzmi nierealnie. Ale cholera, udało się znakomicie.
Denis Villeneuve po raz kolejny udowadnia, że nie trzyma się jakichś ram, ale w każdym gatunku potrafi opowiedzieć coś bardzo interesującego.
Nie chodzi przecież jedynie o uchwycenie podobnego klimatu, prostą kontynuację losów postaci z pierwowzoru. Chodzi o umiejętność stworzenia wciągającej historii, która będzie jednocześnie spójna z filmem z lat 80, a jednocześnie pójdzie krok dalej. Gdy patrzymy na "Blade Runner 2049" jako na sequel można bić brawo na stojąco, bo to powinien wzór tego jak podchodzić do tematu.
Blade Runner 2049 - zdjęcie
A jeżeli patrzymy zupełnie na świeżo i nie widzieliśmy słynnego poprzednika (są tacy?)? Wtedy myślę, że wszystko jest kwestią gustu. To na pewno nie jest produkcja dla fanów kina akcji i efekciarstwa (choć wizualnie jest po prostu fenomenalnie). Blisko 3 godziny wysmakowanych obrazów i historii, która jedynie z pozoru jest prosta, to seans raczej dla tych, którzy stawiają na ciut więcej niż sama rozrywka. Hans Zimmer, który zwykle komponował rzeczy porywające serce (ale ostatnio "na jedno kopyto"), teraz też dostosował się do atmosfery całości i zrobił muzykę bardzo stonowaną, chwilami drażniącą, ale towarzyszącą nam cały czas i potęgującą uczucie niepokoju. Naprawdę wszystko tu jest tak dopieszczone, przemyślane, tworzy tak wyborną całość, że jak dla mnie to jedna z najlepszych produkcji ostatnich lat. Wiadomo, że można zastanawiać się nad rozwinięciem (lub zwinięciem) niektórych wątków, ale może doczekamy się jakiejś wersji reżyserskiej jak w przypadku pierwowzoru?

scena z blade runner 2049Twórcy tym razem bez żadnych niedopowiedzeń uczynili głównego bohatera androidem (albo replikantem jak niektórzy wolą). Agent K (Ryan Gosling) jest oficerem policji, którego zadaniem jest tropienie ukrywających się starych modeli androidów. W trakcie jednej ze swoich misji natrafia na zakopaną przed laty skrzynkę, której zawartość może wstrząsnąć istniejącym światem. Chodzi bowiem o dowód na to, że istnieje możliwość zapłodnienia i urodzenia potomstwa przez replikantkę. Nie trzeba już będzie ślęczeć nad udoskonalaniem ich ciał i umysłów - skoro mogą się rodzić, to wkrótce inwestycje w drogą technikę nie będą konieczne. Liczba nowoczesnych niewolników będzie przyrastać dużo szybciej. Tym samym jednak kolejna granica została przesunięta - czym się różnią zatem od człowieka? Brakiem empatii i wyższych uczuć, której bardzo pilnujemy? Podobnie jak "Blade Runner" Scotta, tak i film Villeneuve, zmusza nas do pytań o istotę człowieczeństwa. Czy można stworzyć w laboratoryjnych warunkach istotę, która będzie nam podobna? Co składa się na unikalność duszy ludzkiej - wspomnienia, pamięć, uczenie się, umiejętność odczuwania, świadomość siebie, podejmowanie decyzji? Choć fizjonomia bohatera niewiele mówi nam o stanie jego wewnętrznych przeżyć, czujemy że przecież nie jest on robotem, dla którego to coś zupełnie obcego.
Rozwiązać zagadkę agent K może jedynie dzięki odnalezieniu Ricka Deckarda (Harrison Ford), czyli bohatera filmu sprzed lat. Dla obu dotychczasowe zajęcie, w którymś momencie staje się ciężarem.

Blade Runner 2049 - hologramy przyszłości"Blade Runner 2049" to obraz przyszłości bardzo odhumanizowany i gorzki, ale patrząc choćby na cyber-przyjaciółkę, nie wiem czy nie ma w tym bardzo trafnego proroctwa. Co się zmieniło po 35 latach? Jeszcze większe reklamy, większe wieżowce, ale miejsca na naturę, na wolność tu nie ma. Ludzie otoczeni są elektroniką, może część żyje lepiej i wygodniej, są jednak bardzo samotni. Postęp buduje się dzięki wyzyskowi, a fakt iż niewolnicy coraz bardziej przypominają ludzi, choć traktowani są zupełnie jak nic nie znaczące maszyny, czyni tę wizję jeszcze bardziej smutną.

To będzie film, do którego będę chciał wracać. Jeżeli jeszcze go nie wiedzieliście - nie przegapcie go na dużym ekranie!

    środa, 25 października 2017

    Blade Runner, czyli to w końcu kto śni o elektrycznych owcach?

    Klasyk. Ale przecież wcale nie od początku, bo w kinach zrobił finansową klapę. To jednak były czasy VHS i film krążył między kolejnymi fanatykami SF zbierając coraz więcej wyznawców. O odważnej próbie nakręcenie kontynuacji napiszę jutro, dziś jedynie o filmie sprzed lat i przy okazji kilka refleksji na temat tego gatunku. To ciekawe, że dla mojego pokolenia status największych dzieł mają filmy sprzed lat (choćby "Odyseja kosmiczna", czy właśnie "Blade Runner"), tak zupełnie inne od tego co zwykle dziś kojarzy się z fantastyką. Zamiast akcji (no dobra, Star Wars nadal wspominamy, choć to czysta rozrywka, ale to wyjątek), w tych filmach jest coś wyjątkowego. Wizja świata przyszłości ma nie tylko sycić oczy, zaskakiwać, ale przede wszystkim inspirować do zadawania pytań o to w jakim kierunku zmierza człowiek, czy będzie potrafił kontrolować wszystkie konsekwencje swoich pomysłów. Stawiam sobie obok siebie choćby wizje miasta z "Piątego elementu", masę kolorów i świateł oraz film Ridleya Scotta, gdzie wszystko jest jakieś zamglone, w deszczu, wcale nie jest efekciarskie. I wiecie co? Nadal bardziej zachwyca mnie wizja z "Blade Runnera". Dzięki muzyce Vangelisa jest ona po prostu niezapomniana.
     
    I choć rozumiem, że kogoś powolne tempo, dziwnie senny klimat tego filmu może zanudzić, ale jak ktoś się już rozsmakuje w tym obrazie, może go oglądać po wiele razy. Nie wiemy jaki był Deckard przed tym jak go poznaliśmy, zanim dostał kolejne zlecenie, ale chyba był niezły w polowaniu na androidy, skoro właśnie o nim pomyślano gdy pojawiły się kłopoty. Co się więc takiego stało, że coraz trudniej przychodzi mu zabijanie, że ma coraz większe wyrzuty sumienia. Przecież widzi, że tym razem naprawdę grupa uciekinierów z kolonii jest groźna, że zabiła już całkiem sporo osób. Czy odmieniło go to pierwsze spotkanie z Rachael?  Sam jest replikantem, co sugeruje mocno wersja reżyserska, tyle że od wielu lat dobrze się maskuje? A może to kwestia tego, że zaczyna rozumieć ich sytuację, że wyobraził sobie iż androidy mogą mieć uczucia, pragnienia? Miały być jedynie maszynami, zdolnymi do pracy w pewnym okresie czasu, potem obdarzono je świadomością, nawet wspomnieniami, tak by nie czuły tak ogromnej różnicy, nie rozumiały swojego losu... Ciekawe, że w pierwowzorze, czyli w powieści Dicka, nie przypominały aż tak bardzo ludzi. Tu ta granica się bardzo zaciera. Bunt nie polega jedynie na łapaniu zbrodniarzy, ich karze się za to, że mają jakieś marzenia, że chcą zmienić swój byt. Owszem, mordują, ale widzimy w tym taki sam konflikt istota-stwórca, do jakiego prędzej czy później dochodzi również na linii człowiek-Bóg. Wyjść poza ramy, w jakie mnie wepchnięto, spróbować choć na chwilę poczuć się wolnym...
    Naprawdę uwielbiam ten film, z całą jego dziwną nostalgią, ponurą atmosferą.

    Pogromca grzeszników - Grzegorz Kalinowski, czyli Dodek, Goliat i reszta ferajny

    Dziś premiera, więc nie mogło zabraknąć notki o "Pogromcy grzeszników".
    Po świetnej trylogii "Śmierć frajerom" Grzegorz Kalinowski znów zabiera nas na wyprawę do Warszawy w lata 30. On zna to miasto jak własną kieszeń, lubuje się w odkrywaniu jego historii i z różnych jej fragmentów potrafi złożyć opowieść tak fascynującą, że czyta się to z niesamowitą ciekawością. Niby rozrywka, bo "Pogromca grzeszników" to kryminał, a w przypadku poprzednich książek fabuła przygodowa z trochę gangsterskim, łotrzykowskim klimatem, ale tło, nawet całe ramy fabuły, mają oparcie w prawdziwych wydarzeniach, postaciach, w kronikach miasta. Nie chodzi jedynie o miejsca, ale również o ich atmosferę, czasem język ulicy, a nawet konkretne zdarzenia. Dla Kalinowskiego wystarczy fragment z jakiejś gazety, notatka w kronikach kryminalnych, relacja z meczu, a już potrafi na tej kanwie napisać fajną scenę. Potem to wszystko spina w całość i mamy gotową powieść. I nie ma w tym nic z jakiegoś bałaganu, przypadkowości, tak potrafi poprowadzić swoich bohaterów, że wszystko ma ręce i nogi.
    Przez trzy tomy towarzyszyliśmy Heńkowi Wciśle, cwaniakowi, który nie zawsze postępował zgodnie z prawem, a "Pogromca grzeszników" otwiera jakby nową perspektywę w jego opowieściach. Tym razem bowiem stajemy po stronie stróżów prawa. Jednego z nich już mogliśmy poznać w poprzednich powieściach - to znany żartowniś aspirant Kornel Strasburger. Towarzyszyć mu w śledztwie będzie jego przyjaciel przodownik Zygmunt Stolarczyk, a sprawa z jaką będą się musieli zmierzyć jest wyjątkowo mało przyjemna.

    wtorek, 24 października 2017

    Kto się boi Virginii Woolf, czyli tobie już może wystarczy

    Na chwilę zwalniam tempo z projektem National Theatre Live, bo powroty po 3-4 godzinnych spektaklach stają się coraz trudniejsze (na rok mi skasowali połączenie kolejowe), ale to nie znaczy, że Wy nie możecie korzystać. Jeżeli chcecie być na bieżąco to wbijajcie na stronę Na żywo w kinach gdzie znajdziecie nie tylko spektakle pokazywane w Multikinie, ale i w mniejszych miejscowościach.  
    W listopadzie wybieram się na balet, Wam jednak rekomenduję przede wszystkim przedstawienia teatralne, bo te pokochałem najbardziej. Widzę też, że coraz częściej zdarzają się w ramach cyklu przedstawienie z innych teatrów, które jedynie współpracują z National Theatre w ramach projektu. Jak choćby tym razem: Kto się boi Virginii Woolf to sztuka pokazywana w teatrze im. Harolda Pintera w Londynie.
    Słynną sztukę rozpisaną genialnie na czwórkę aktorów mam w miarę na świeżo, bo oglądałem ją w teatrze Polonia. Nawet zdaje się, że tu do napisów też oparto się na tym samym tłumaczeniu, czyli pracy Jacka Poniedziałka.
    Na scenie Imelda Staunton, Conleth Hill i młodsze pokolenie, czyli Imogen Poots i Luke Treadaway. Dwa małżeństwa, jedna noc i masa sekretów. To naprawdę świetny tekst, tylko trzeba uważać, żeby nie szarżować i wydobyć z niego wszystkie niuanse.

    poniedziałek, 23 października 2017

    Rzeczozmęczenie - James Wallman, czyli czyżby również dla mnie?

    Wieczór z dwoma nowymi produkcjami filmowymi (i to krajowymi!), ale notki za czas jakiś, a dziś gościnnie Iza. O książce sporo już słyszałem i sam niedługo też się za nią zabieram.
    ****
    Cześć! Z tej strony Iza. Parę słów o mnie: Miłośnik inicjatyw lokalnych, slow life, planszówek i książek. Z wykształcenia ekonomistka. Interesuję się ekonomią współdzielenia i przedsiębiorczością. Uczę się chcieć mniej wymagając od Życia więcej.
    Gdy dostałam od Roberta propozycję przeczytania "Rzeczozmęczenie - jak żyć pełniej posiadając mniej" James'a Wallman'a aż podskoczyłam z radości! Do tej pory wiedzy na temat " slow life " - jak żyć lepiej, więcej, niekoniecznie otaczając się przedmiotami czerpałam z blogów, artykułów w prasie i własnych doświadczeń.
    Po euforii przyszła niepewność - książek motywacyjnych przeczytałam od groma, byłam na wielu spotkaniach czy szkoleniach motywacyjnych. Zaczęłam się zastanawiać czy ta książka czymś mnie zaskoczy. Obawiałam się również sposobu w jakim autor się wypowiada - często książki motywacyjne oprócz krzykliwej okładki i chwytliwych haseł reklamowych z tyłu i zapewnieniach New York Times'a że to "tytuł roku" niestety nic nowego nie wnosi.

    niedziela, 22 października 2017

    Piękna i odważna. Ulubiona agentka Churchilla - Tania Szabó, czyli cisi bohaterowie wojny

    Przeszłość kryje w sobie masę kapitalnych historii, które są nie tylko interesujące, ale mogą też inspirować, stanowić wzór i kopalnię różnych wartości, przykład tego ile dobrego może dokonać człowiek nawet w trudnych czasach. Gdy dziś na świeczniku królują celebryci i gwiazdki, które często nie mają zbyt wiele mądrego do powiedzenia, a ich sława jest nieproporcjonalna do "zasług", przychodzi czasem taka refleksja, że szkoda iż nie czerpiemy więcej z historii. Przecież nie tworzą jej pomniki, tablice i nazwiska w kronikach, to byli żywi ludzie, którzy byli podobni do nas, lubili się bawić, żyć, marzyli, bali się, ale to wszystko potrafili odłożyć na bok, gdy przychodziła potrzeba działania. W momencie próby wykazywali się odwagą, która zadziwia i fascynuje. Ile takich postaci znamy, a o ilu wiemy niewiele, ile historii czeka dopiero na odkrycie. Pamiętacie świetne teksty "Biszopa" o zapomnianych bohaterach? Każdy kraj pewnie takich życiorysów ma sporo i warto je przypominać.
    Książka wydana przez Bellonę, to fabularyzowana biografia o Violette Szabó, postaci u nas raczej mało znanej, ale w Wielkiej Brytanii i we Francji pamięć o niej jest żywa, doczekała się ona wielu tablic pamiątkowych, wystaw muzealnych, książek i nawet popularnego filmu.

    sobota, 21 października 2017

    Strachy na lachy, czyli co się z nami stało

    Dziś notki nie będzie. To znaczy jak widzicie notka jest, tyle że będzie pisana dopiero jutro :)
    Po prostu żona zafundowała mi wyjście na koncert, wiec bawimy się i wspominamy koncertowy wypad do Palladium sprzed kilku lat. Jak będzie teraz? Co by nie mówić (choć im się publika odmładza) my nie młodniejemy (a w dodatku ja nie chudnę mimo zaleceń lekarzy).
    Kapela Grabarza towarzyszy mi już spory kawałek czasu i jako jedna z nielicznych jest słuchana bez przerwy. Najnowszy album jeszcze przede mną, ale singiel już osłuchany mocno.
    Poskaczemy, posłuchamy, a jutro napisze się notka. I obiecuję sporo rzeczy książkowych w najbliższych dniach.
    ***
    Ależ się działo! Atmosfera kapitalna, cała sala (nawet balkon) włączony w zabawę, świetna energia. Dano tak dobrze nie bawiłem się na koncercie. Grabarz niby nie szaleje na scenie, jego śpiew bardziej przypomina chwilami deklamowane ze spokojem wiersze, ale mimo wszystko deklasuje wielu frontmenów. Ma z publiką świetny kontakt, żartuje i przechodzą mu na sucho nawet decyzje, które być może w innych sytuacjach byłyby niepopularne. Zakończyć koncert kawałkiem mało przebojowym, żartując że niby czas na sen?
    Pojawiło się sporo kawałków z nowej płyty i już czuję, że muszę gdzieś się za nią rozejrzeć, bo na koncercie wolałem zainwestować w koszulkę, a nie w płytę. Nawet trochę żałuję, bo nie widzę jej nigdzie w sensownych cenach, by przy okazji kupić kilka innych rzeczy (np. książek).
    Koncert Strachy rozpoczęły "Nazywam się Krzysztof Grabowski", potem poleciało kilka innych hiciorów, ale gdy potem sobie układałem w głowie wrażenie, zastanawia mnie to w ilu tekstach Grabarz odwołuje się do własnych obserwacji i przemyśleń. To nie są banalne teksty (przynajmniej nie w większości) i to chyba wyróżnia ich na tle innych. Szaleństwo jakie porwało salę przy refrenie "żyję w kraju, w którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch...a" - bezcenne :) Muzycznie bardzo fajnie, może jedynie proste rytmy "Jednej szansy" w wersji koncertowej rozczarowują - ale za to jak publika ten numer kocha...
    Pewnie na Pidżamę w grudniu się nie wybierzemy (wolę Strachy), ale za rok będziemy na pewno! Na przełomie listopada i grudnia będziemy raczej polować na okazję, by pożegnać się z Muńkiem, który zawiesza koncerty z zespołem.




    piątek, 20 października 2017

    Pierwszy śnieg, czyli gdzie to napięcie?

    Powieści Jo Nesbo z Harry'm Hole zna chyba każdy miłośnik kryminałów, szczególnie jeżeli upodobał sobie chłodne klimaty skandynawskie. Dlatego po ekranizacji sporo sobie obiecywaliśmy. Zwłaszcza, że zwiastun obiecywał nam sporo, a i nazwiska reżysera (Tomas Alfredson - twórca bardzo ciekawego "Szpiega"), czy obsady (Michael Fassbender, Charlotte Gainsbourg i J.K. Simmons), dawały nadzieję, że Hollywood nie zepsuje takiego materiału. Ale wiecie co? Nie sądziłem, że z dwóch godzin seansu, w którym Harry Hole gania psychopatycznego mordercę kobiet, najbardziej zapamiętam ładne pejzaże. O tak - twórcy zadbali o to by pokazać nam, że Norwegia może i jest krajem zaśnieżonym, surowym, ale jakże pięknym. Tyle że to trochę dziwne, gdy podczas ważnych wydarzeń, gdy napięcie powinno sięgać zenitu, skupiasz się na podziwianiu widoczków. 
    O ile były już przykłady tego, że Amerykanie potrafią wczuć się w specyficzny klimat skandynawskich kryminałów, to tym razem czegoś ewidentnie zabrakło. Choćby nie wiem jak Fassbender się nie wysilał, to jakichś większych emocji z nas nie wykrzesa. I nie chodzi tu nawet o powolność rozkręcania się akcji, ale raczej o to, że ta historia jest dość schematyczna, nie klei się tak, jak powinna.
    landscape 1503072419 screen shot 2017 08 18 at 170548Psychopata mordujący kobiety zawsze gdy spadnie śnieg, pozostawiający jako swój znak rozpoznawczy smutnego bałwana, dotąd był nieuchwytny, ale najwyraźniej przeniósł się w okolice Oslo, a tu jest przecież legenda detektywistyczna, czyli Hole. Co z tego, że w rozsypce, zapijaczony i nie do współpracy. Dajcie mu sprawę i szybko się pozbiera. Jakie to proste, prawda? Różnych dziwnych scen, które są tu kompletnie nie wykorzystane lub też nie mające logicznego uzasadnienia jest tu całkiem sporo i to jest chyba podstawowy zarzut dla tego filmu. "Pierwszy śnieg" to jedynie średniak, bez jakiegoś większego napięcia i bez chemii z widzem. Oglądasz i zastanawiasz się: i to ma być Nesbo? Gdzie ten klimat? Gdzie zwroty akcji i te obgryzane paznokcie w trakcie lektury? Następnym razem albo Amerykanie się przyłożą albo lepiej niech zostawią tego autora Skandynawom, przekazując im do wykorzystania swój budżet. Założę się, że zrobiliby to lepiej.


    czwartek, 19 października 2017

    Harda - Elżbieta Cherezińska, czyli co za charakter!

    Elżbieta Cherezińska po raz pierwszy chyba połączyła swoje dwie pasje i obszary zainteresowań: pierwszych Piastów i sagi Wikingów. Bierze jako temat tym razem nie mężczyzn, a kobietę i to w dodatku taką, o której niewiele wiemy - córkę księcia Mieszka, siostrę pierwszego króla Polski, matkę królów. To jednak nadal jest historia pisana raczej krwią i mieczem, a nie pocałunkami i jedwabiem. W tych czasach nie ma miejsca na kobiety słabe, wzdychające do wymarzonych kochanków. Bohaterka jednak jest świetnym przykładem, że nawet wśród mężczyzn, dla których kobiety stanowiły rozrywkę między wojnami, ucztami, czy polowaniami i rodzicielki ich potomków, niewiasta może osiągnąć bardzo wiele, o ile potrafi umiejętnie wykorzystać swoje umiejętności. I nie mówię tylko o tych łóżkowych, a raczej o intelekcie, umiejętnościach negocjacji, zdobywania przyjaciół i obłaskawiania wrogów.
    Świętosława, zwana też Sygrydą Storradą lub Gunhildą znana nam jest bardziej ze źródeł skandynawskich niż naszych rodzimych.