niedziela, 13 sierpnia 2017

Czarny jak ja - John Howard Griffin, czyli zamieniłbyś się?

Kolejna lektura na DKK to rzecz ciekawa, choć na pierwszy rzut oka, wygląda jedynie na ramotkę - czasy od których odnosi się autor, sprawy, których dotyczyć miał jego eksperyment, zmieniły się radykalnie, choć nadal w Stanach pewnie pobrzmiewają jakieś echa dawnych podziałów rasowych. Z jednej strony to jakaś niechęć, stereotypy i marzenia, żeby segregacja wróciła (choć to nierealne), z drugiej wciąż wiele nierówności i żalu ze strony ciemnoskórych Amerykanów, doszukujących się na każdym kroku rasizmu (można to stosować jako dość skuteczną broń). 

Griffin postanowił sprawdzić na własnej skórze jak to jest być Murzynem (w tamtych czasach chyba jeszcze nie było takiego nacisku na poprawność polityczną i nazewnictwo), jak będą go traktować biali, gdy będzie miał ciemną skórę. Poza tym nic nie zmienił. Nadal przedstawiał się swoim nazwiskiem, nosił te same ubrania, nigdy starał się nie kłamać co do swej tożsamości. To kim się stał, wynikało jedynie z tego, że łykał leki na przyciemnienie karnacji i pogłębiał te zmiany naświetlaniem. 

sobota, 12 sierpnia 2017

Godziny, czyli co nas definiuje

Pierwszy tydzień konkursu skoro zakończony, to może zostać zastąpiony notką tematyczną - jest parę zdań o "Mapach gwiazd". A dziś o innym filmie, który pewnie nie dla wszystkich będzie czymś ważnym, ale dla wielu (w tym dla mnie) to jedna z perełek zarówno aktorskich, scenariuszowych i reżyserskich. Pewnie szczególnie ważna dla tych, którzy odnajdą w tych opowieściach o trzech kobietach coś co rozpoznają, coś znajomego. Dla nich to nie będzie zwyczajny film. 
Jak oddać ten dziwny stan niepokoju, który trapi serce, choć wszyscy dokoła wmawiają ci, że nie masz żadnego powodu, by nie czuć się szczęśliwym. 
Najpierw była powieść Cunninghama. Potem film zrealizowany na podstawie książki. Ale jeszcze wcześniej była twórczość Virginii Woolf. To ona jest tu nie tylko jedną z bohaterek, ale i łączy pozostałe niewidzialną nicią, przerzuconą ponad epokami.

piątek, 11 sierpnia 2017

Immunitet - Remigiusz Mróz, czyli wzór cnut

Czwarte spotkanie z Chyłką. Choć tym razem to spotkanie bardziej z jej aplikantem, niż z nią samą, bo w dużej części akcji po prostu znika. W ogóle autor bawi się z nią dość nieładnie, bo o ile pierwsze dwie części to był jej popis inteligencji, tupetu, umiejętności, to przy Rewizji, człowiek już zastanawiał się: jakim cudem ona stoi jeszcze na nogach, a nie nad tym czy rozwiąże jakąś sprawę i wygra proces dla swojego klienta. Coraz więcej osób w jej otoczeniu zdaje sobie sprawę, że ma ona problem. Tylko jakoś nikt z tym nic nie robi. Jeden Zordon, o ile daje się akurat wyrzucić za drzwi, stara się jej pomagać, ale reszta zachowuje się, jakby się jej po prostu bała. Charakter chyba nie tłumaczy wszystkiego. Czyżby mieli jej dość albo uważali, że sama musi osiągnąć dno i może dopiero wtedy się od niego odbije?
Aż dziwne, że miała siłę wziąć nową sprawę. Może dlatego, że to jej dawny znajomy. A może to jednak ewentualny prestiż sprawy wpłynął na jej decyzję? W końcu nie codziennie sędzia trybunału konstytucyjnego zostaje oskarżony o morderstwo i chce mu się cofnąć immunitet.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Junior - Bluszcz, czyli letnie impresje

Bracia Jarek i Tomek Zagrodni, czyli zespół Bluszcz. Że nie znacie? A co to szkodzi. Trzeba się otwierać na nowe, bo możecie przegapić masę ciekawych artystów, tylko dlatego, że ich stacje radiowe nie puszczają. Chociaż akurat ten krążek do radia byłby jak znalazł - pewnie takiego bardziej ustawionego na chilloutowe klimaty, coś w stylu radia RAM, czy PiN. Wyczaiłem ich na Deezerze, bo płytka ma dopiero kilka dni i jeszcze mało kto ją zna, więc po raz kolejny okazuje się, że warto tam czasem pobuszować. Masa nowości, nie tylko pop, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

A Bluszcz zapytacie. Cóż. trochę przypomina mi to muzę elektroniczną jakiej czasem słuchałem w latach 80 późnymi wieczorami, ale jest trochę bardziej na luzie, popowo. Można znaleźć tu fragmenty z wokalem, całość jednak ma charakter takiej muzy, która ma charakter ilustracyjny, snuje się, otula, a nie jakoś porywa do tańca. Umiejętne połączenie elektroniki i delikatnych gitar, fajna warstwa instrumentalna, lekkość jaka w tym jest, sprawiają, że to muza, której się w te upalne, letnie wieczory po prostu dobrze słucha. Sprawdźcie sami. Dziewięć kawałków. Proste skojarzenia z obrazami miejsc, miast, sytuacji. Zamknijcie oczy i sprawdźcie sami.

środa, 9 sierpnia 2017

Atomic Blonde, czyli szybka i wściekła


Jakoś ostatnio niewiele mam serca do kina akcji, przeładowanego moim zdaniem efekciarstwem, nielogicznością, schematami. Ale raz na jakiś czas trafia się coś takiego, przy czym mówisz: tak, to jest dobre, a gdyby parę rzeczy poprawić, byłoby bardzo dobre. Gdyby pozbawić ten film amerykańskiego poczucia wyższości, moja satysfakcja byłaby jeszcze większa. Do tego muzyka - cholera, jak ktoś potrafi przywołać klimat lat i miejsca, o których opowiada, od razu ma u mnie dużego plusa. David Leitch zarobił go u mnie zresztą nie tylko za to, ale i m.in. za zdjęcia, szczególnie scen akcji. Trochę czuje się skąd czerpał inspiracje, ale to naprawdę robi wrażenie. Plusów jednak jest tu jeszcze więcej.

wtorek, 8 sierpnia 2017

Pani z przedszkola, czyli mam pewien problem...

Notka konkursowa zwykle wypełniana jest czymś bardziej konkretnym gdy przestanie być aktualna, tak więc robię i tym razem. Film reklamowany jako komedia jakiej nie było. Hmmm. Od razu powinno to wzbudzić podejrzenia. Jak to nie było? Jakich komedii? Śmiesznych? Pikantnych? Odwołujących się do wspomnień rodzinnych? Z akcją w PRL?

Zwiastun umiejętnie łączy ze sobą wszystkie gagi, ale tak naprawdę sam film w żaden sposób śmieszny nie jest. Krzyształowicz miał chyba ambicję, żeby stworzyć coś super oryginalnego, autorskiego, sięga więc po pomysły twórców znanych na zachodzie i ich pomysły. Tylko niestety widz wyczuwa dość szybko sztuczność tego pomysłu.
Trauma z dzieciństwa, które zwykle kojarzy nam się dość sielankowo, nawet jak urodziliśmy się w siermiężnym PRL? Seans u psychoanalityka rozpoczyna opowieść z przeszłości, dziwnie skupionej na postaci pewnej przedszkolanki 
(Karolina Gruszka).

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka, czyli czemu to ja?

Zacząłem czytanie kolejnego tomu przygód Pana Przypadka i nie bardzo mam chęć na długie pisanie, bo chciałbym wracać do lektury, ale parę zdań książce Rudnickiej się należy. Choćby po to, żeby zainteresować Was konkursem na moim blogu - przez całe wakacje rozdaję książki, do jutra rana jedna tura, a jutro rozpoczynam kolejną i właśnie ta pozycja wpadnie do koszyka do wyboru przez Was.

Po przeczytaniu kilku nowszych książek tej autorki, spodziewałem się nie tylko czegoś lekkiego, co szybko się czyta, ale i poczucia humoru. A tu niespodzianka. Temat jak najbardziej poważny i jak rozumiem postawiony cel uświadamiania na temat problemu stalkingu. Za pomysł i podjęcie tematu duże brawa, choć za wykonanie już ich tak mocno bić nie będę.

niedziela, 6 sierpnia 2017

Mroczna wieża, czyli co wy z tym Kingiem zrobiliście?

Coś czuję, że gdybym czytał cykl Mroczna wieża Stephena Kinga i zobaczył to co dziś zobaczyłem (niezawodne w pokazach przedpremierowych kino Atlantic), to byłbym nie tylko rozczarowany, ale i wściekły. Nie czytałem (jeszcze), więc i odczucia nie są może aż tak negatywne. Mam jednak wrażenie, że coś co miało potencjał na kontynuację i wciągnięcie widza w jakąś ciekawą historię (Karmazynowy Król przecież przewija się w wielu tytułach Kinga), zostało zaprzepaszczone. 
Wiem komu ewentualnie może się to podobać. 

sobota, 5 sierpnia 2017

Raki pustelniki - Anne B. Ragde, czyli lęk gdy przychodzą zmiany

Na początek małe przypomnienie notki sprzed jakiegoś czasu, teraz ciut rozbudowanej. Dziennik zdrady to niewielka książka z serii Książkowych Klimatów. Tym razem Grecja. Klik tu.

Pierwszy tom sagi rodziny Neschov, czyli "Ziemia kłamstw" (klik tu) mnie zachwycił, więc i tom drugi nie czekał długo na swoją kolej. Ba, zdradzę Wam, że już na górze stosu do czytania czeka też tom trzeci. I już wiem, że w tym roku powieści Anne B. Ragde będą w podsumowaniach bardzo wysoko. 
O ile w pierwszym tomie krążyliśmy wokół pewnych tajemniczych sekretów z przeszłości, próbowaliśmy odgadnąć co takiego oddaliło trzech braci, czemu w tej rodzinie są tak dziwne relacje, to teraz wydawałoby się, że wszystko już wiemy, więc będzie tej frajdy. Nic bardziej mylnego. Trochę już poznaliśmy bohaterów, zerknęliśmy na ich życie, teraz więc, z tym większą ciekawością chcemy do nich wrócić. 
Możemy zapomnieć o sielance i chwilach jedności jakie udało się stworzyć w Święta Bożego Narodzenia. Teraz wszystkich czeka proza życia. I wciąż są sami ze swoimi problemami. To co się zmieniło, to fakt, że od czasu do siebie dzwonią i o sobie myślą. Przed śmiercią ich matki, funkcjonowali nic o sobie nie wiedząc. Nie tęsknią za tym co było, czują, że jest lepiej, ale chwilami są też zmęczeni tym, że ktoś próbuje coś przestawiać w ich życiu.

piątek, 4 sierpnia 2017

Podwójny kochanek, czyli sama dla siebie jesteś zagrożeniem

Zdaje się, że dziś oficjalną premierę ma poprzedni film François Ozona, czyli  Frantz, o którym pisałem tu-klik, a za parę tygodni na ekrany wejdzie jego najnowsze dzieło, które wzbudziło tyle zachwytów na festiwalu w Cannes. I choć ja chyba jednak wyżej przedkładam poprzedni film, ze względu na ciekawą historię, to tu nie mogę zaprzeczyć, że reżyser nie tylko zachwycił mnie kilkoma scenami, rozwiązaniami, ale i stworzył coś, co mimo pokręconej fabuły na pewno budzi ciekawość do samego końca.
Czy to film odważny, tak jak się o nim mówi? Powiedziałbym, że nie. To opowieść o szaleństwie, fascynacji jakąś tajemnicą, trochę w stylu Polańskiego. Ozon prowokuje i choć nie bardzo ma coś tym razem mądrego do powiedzenia, to bawi się formułą thrillera z widzem i robi to w niezłym stylu. Trochę onirycznym, zwalniając często tempo, by uraczyć nas jakimś szczególnie urokliwym obrazem (te zdjęcia z muzeum, gdzie bohaterka jest ochroniarzem), ale i potrafiąc budować napięcie. To taka rozrywka, ale z trochę większymi ambicjami artystycznymi :)

czwartek, 3 sierpnia 2017

Ile można zobaczyć w pięć dni, czyli ruszamy na południe


Dotąd często urządzaliśmy sobie rodzinne wypady w różne miejsca Polski na góra trzy dni, tym razem udało się na ciut więcej, a po uzgodnieniach rodzinnych postanowiliśmy połączyć dwie miejscówki już nam znane: Sandomierz i Ojców.
Jak to zwykle bywało trasa sobie, a rzeczywistość sobie, bo stałe są jedynie punkty noclegowe - poza nimi robimy to na co mamy ochotę, nic na siłę, aby nikt potem nie marudził. Głosowanie: zatrzymujemy się, skręcamy, jemy itp. Czasem zdarzają się też niespodzianki.
Choćby po drodze do Sandomierza: ruiny zamku w Iłży ciut rozczarowały, więc córa stwierdziła, że chce jechać bezpośrednio do celu.
Gdy została przegłosowana w sprawie fabryki porcelany w Ćmielowie (ja przegrałem głosowanie w sprawie Krzemionek i kopalni krzemienia) chodziła naburmuszona strasznie. Do czasu gdy zobaczyła pierwsze cudeńka ręcznie robione i malowane.










środa, 2 sierpnia 2017

Sierpień w hrabstwie Osage, czyli grunt to rodzinka

Konkurs sobie wisi (zerknijcie - 4 książki do rozdania), powoli wygrzebuję się z różnych tekstów, będzie więc czas na pouzupełnianie notek. Oj niełatwy był ten lipiec. Parę dni bardzo sympatycznych (o żaglach pisał nie będę, ale wyprawa na południe może pojawi się jutro), ale i mnóstwo nerwówki.
Mam nadzieję, że sierpień będzie spokojniejszy.
I oby nie taki jak na tym filmie.
Rodzinne spotkania. Różnie pewnie o nich myślimy i różne mamy doświadczenia, ale w filmach to najczęściej okazja do tego, by na jaw wyszły wszystkie pretensje, żale, urazy i tajemnice. I dużo nie trzeba, żeby przyciągnąć uwagę widza. Doszlifować scenariusz, dialogi i dać je do zagrania dobrym aktorom. Meryl Streep. Julia Roberts. Juliette Lewis. Tu można by ciągnąć tą wyliczankę, bo na ekranie jest po prostu wybornie.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Mapy gwiazd, czyli uśmiech do kamer. I Rozdanie



Jakoś nie mogę się zaprzyjaźnić z twórczości Cronenberga, nie rozumiem tak wielkich zachwytów. Cosmopolis zdziwiło. Mapy gwiazd jeszcze bardziej. Jego bohaterowie są tak dziwni, porozwalani, owładnięci jakimiś zaburzeniami psychicznymi, że trudno to zaakceptować jako historię mającą cokolwiek wspólnego z realizmem. No, może przesadzam, bo część scen, dialogów, sytuacji jest kapitalna, ale gdy zbierze się ich zbyt duża ilość, robi się mało smaczne. To nie jest prosta satyra na mroczną stronę celebryckiego życia, bo widzimy jak na dłoni, że z takimi demonami zmagać się może każdy, niezależnie czy już jest w Hollywood, czy dopiero o nim marzy. To nie jest prosta satyra, bo uśmiech szybko nam znika z twarzy, zbyt wiele tu nieszczęścia, by nas to bawiło.