
Jakoś ostatnio niewiele mam serca do kina akcji, przeładowanego moim zdaniem efekciarstwem, nielogicznością, schematami. Ale raz na jakiś czas trafia się coś takiego, przy czym mówisz: tak, to jest dobre, a gdyby parę rzeczy poprawić, byłoby bardzo dobre. Gdyby pozbawić ten film amerykańskiego poczucia wyższości, moja satysfakcja byłaby jeszcze większa. Do tego muzyka - cholera, jak ktoś potrafi przywołać klimat lat i miejsca, o których opowiada, od razu ma u mnie dużego plusa. David Leitch zarobił go u mnie zresztą nie tylko za to, ale i m.in. za zdjęcia, szczególnie scen akcji. Trochę czuje się skąd czerpał inspiracje, ale to naprawdę robi wrażenie. Plusów jednak jest tu jeszcze więcej.

Podobno scenariusz oparty jest na komiksie, co tłumaczy pewne uproszczenia, ale gdybyż tylko tak mogły wyglądać wszystkie ekranizacje komiksów. Jest miejsce na spowolnienie akcji, na przyjrzenie się bohaterom, jest intryga, a rozpierducha jaka zwykle kojarzy się z takimi produkcjami, jakoś nie przytłacza całości. Zwłaszcza, że naprawdę jest świetnie zrobiona. Gdyby to był film dużo chłodniejszy, bardziej mroczny, tajemniczy (środowisko, czasy i intryga aż prosi się czegoś w stylu "Szpiega" i powieści le Carre), może nawet byłby ciekawszy, tu twórcy poszli w kierunku Bonda. Ale oglądałem z przyjemnością, podobnie jak najlepsze produkcje z agentem 007. Na wakacje w sam raz, bo nie trzeba zbyt wiele myśleć :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz