czwartek, 30 czerwca 2016

Moondrive box na wakacje, czyli czego się nie robi dla córki

Notka troszkę wyjątkowa, bo tym razem to taka recenzja wstępna, takie powiedzmy rozpakowanie paczki i ocena po wyglądzie. A wszystko przez córkę. Czyta - z czego tylko się cieszyć. I naciąga tatę na różne tytuły przy każdej okazji. Na miejsce naszego sprawozdania z targów książki wrzuciłem już recenzję filmową (Jack Ryan. Teoria chaosu), ale nadal znajdziecie tam fotki naszych toreb ze zdobyczami.
Czego się nie robi dla córek, żeby je uszczęśliwiać? Wiedząc, że kiedyś oczy jej się zaświeciły na widok jakiegoś filmiku z rozpakowywania niespodziankowego pudełka z książką, zdecydowałem się zamówić dla niej taką paczkę. W tej chwili z młodzieżowych są dwie oferty na rynku, ale akurat trafiłem na premierę wakacyjnego boxa od Moondrive, więc wybór był prosty.

Adresat: bardzo szczęśliwy :)
A to przecież najważniejsze. I choć uważam, że cena jest trochę wygórowana za taką zawartość, to radość nastolatki jaką masz w domu jest bezcenna.
To przejdźmy do zawartości...

środa, 29 czerwca 2016

Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego - Mary Roach, czyli czy można pogadać ze zmarłym dziadkiem


Najpierw odrobina porządków (wreszcie mam na to chwilę) - notka o świetnym reportażu Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość została wreszcie rozbudowana. Nawet znalazłem zdjęcie, o którym autorka wspomina w tekście (z kapturem na głowie). 
To pisząc o książce Mary Roach (tyle słyszałem, wreszcie się za jej pozycje zabieram), powinienem chyba też poszukać. Może wy macie? Na przykład jak uczy się na medium albo jak uczestniczy w jakimś eksperymencie :)

Autorka ma ma już w Polsce całkiem sporą grupę fanów. Może dlatego, że u nas nie ma zbyt wielu pozycji popularnonaukowych, napisanych bez zadęcia, z lekkością i humorem. A ona to potrafi. W dodatku potrafi się dobrze sprzedać - wymyśla takie tematy, które zwracają uwagę, nawet jeżeli ktoś nauką specjalnie się nie interesuje. Nie ma u niej zbyt wiele miejsca na teorie i tłumaczenie różnych definicji przez ekspertów. Roach zbiera różne ciekawostki, pisze sporo o historii badań w danym temacie, przygląda się eksperymentom w trakcie ich realizacji i stara się jak najprościej odpowiedzieć na pewne pytania. Tym razem dotyczące życia po śmierci.
Tylko jak badać zagadnienie, które wydaje się dotyczyć kompletnie innej rzeczywistości?

Drugi hotel Marigold, czyli na miłość podobno nigdy za późno


Więcej takich filmów - ciepłych, lekkich, nienachalnie łączących wątki komediowe z refleksyjnymi, w dodatku świetnie zagranych. I co prawda chyba bardziej lubię pierwszą część, o której pisałem tu, to i ten film przypadł mi do gustu. To taka historia na leniwe popołudnie. Do pomarzenia o tym, iż nasi emeryci też kiedyś będą mogli się zdecydować na taki ośrodek spokojnej starości.
A zresztą jaka starość - choć mieszkańcy hotelu Marigold mają swoje słabości, to przecież żadne z nich nie ma zamiaru spocząć na laurach, wręcz odwrotnie: dostają nowej energii i nadziei, że jeszcze sporo dobrego przed nimi.


wtorek, 28 czerwca 2016

Bóg nie umarł, czyli ja się pytam po co?


Przez kina przemknęła dość szybko druga część tego tytułu (jak widziałem zwiastun to wydawała się mocno "bitewna"), może jeszcze uda się ją gdzieś upolować, ale przyjrzyjmy się jeszcze części pierwszej. Film z tezą od początku do końca. Z dość papierowymi postaciami i scenariuszem, bo tu najważniejsze jest przesłanie: wierzący student, który trafia na zajęcia do wykładowcy będącego ateistą, odmawia złożenia deklaracji, że Bóg nie istnieje. Mamy więc inteligentnego i cynicznego profesora, który uważa, że ten temat to oczywistość i strata czasu, oraz ambitnego studenta, który próbuje w dyspucie filozoficzno-naukowej udowodnić tezę przeciwstawną (czyli Bóg istnieje). A wokół same znaki, cuda i próby, mające udowodnić nieprzekonanym widzom (albo utwierdzić przekonanych), że przecież to oczywistość.


poniedziałek, 27 czerwca 2016

Naturalnie Polska, czyli ruszaj w drogę

Wakacje to najlepszy czas na dłuższe i krótsze wypady, planowanie i realizację marzeń. A ja od z równie wielką przyjemnością kreślę palcem po atlasie Europy, jak i po mapie Polski. Tyle jeszcze jest pięknych miejsc, w których nie byliśmy, tyle rzeczy warto pokazać dzieciakom. Dlatego z przyjemnością od ponad tygodnia oglądam też drugi sezon programu "Naturalnie Polska" na Planete+, którego twórcy chcą pokazać to co mniej znane, do końca nie odkryte dla masowego zwiedzania. Zaległe odcinki możecie pewnie upolować w sieci, a nowe mają premierę w każdą niedzielę (łącznie będzie ich 10).
Program nie jest jedynie czymś w rodzaju przewodnika, reklamy miejsc, to za każdym razem pewna opowieść osnuta wokół pewnego regionu, opracowanej trasy, atrakcji i ciekawostek, a dodatkowo również elementów technik przetrwania (lub jak kto woli turystyki bardziej zbliżonej do natury). Omijamy więc hotele, pensjonaty i full wypas apartamenty, za to obcujemy z dziką przyrodą i niepowtarzalnym klimatem tych miejsc.

sobota, 25 czerwca 2016

Krocząc w ciemnościach - Leonie Swann, czyli nie tylko metodą kija i marchewki

Emocje po meczu powoli opadają, upał też jakiś bardziej znośny pod wieczór, pora więc na codzienną notkę. Tym razem Leonie Swann. Pamiętacie zakręcone owce, które prowadziły śledztwo? Triumf i Sprawiedliwość były na pewno oryginalne. Ale zamiast kontynuować ich przygody, autorka zdecydowała się na trochę inne klimaty. Wiecie co przypominała mi ta książka? Nigdziebądź Gaimana. U niego jest bliżej fantasy i mroczniej, ale gdyby tak trochę przyjrzeć się bliżej to tu jest i smok, jest magia... No i są pchły. No tak. To trochę komplikuje porównanie, bo gdzie w fantasy miejsce na takie stworzenia, nawet jeżeli to miejska, bardziej przyziemna odmiana tego gatunku. Ale miasto to samo :) Znowu Londyn, zamglony i pełen dziwnych stworzeń, które ukrywają się przed naszym wzrokiem.

piątek, 24 czerwca 2016

Shantaram - Gregory David Roberts, czyli w poszukiwaniu spokoju


Zadziwiająca powieść. Blisko 800 stron fascynującej przygody, życia pełnego adrenaliny, ryzyka, miłości, w dodatku w scenerii Indii. Już to mogłoby sprawić, że książka byłaby interesująca, ale ekscytację czytelników podnosi fakt iż wszystko co jest tu opisane to fragmenty biografii autora. Książkę pisał w więzieniu, w trakcie kolejnej odsiadki i można powiedzieć, iż była to dla niego pewnego rodzaju terapia i próba uporządkowania życia. Po raz kolejny zresztą. Czymże innym były jego wcześniejsze decyzje - po ucieczce z więzienia, wyjeżdża z Australii, by na fałszywym paszporcie przyjechać do Indii, a tam zdaje się zupełnie na los, na spotkanych ludzi, dzięki którym angażuje się w kolejne zdarzenia, nie przywiązując się ani do miejsca, ani do niczego co posiada. Wolność. Marzenie i przekleństwo jednocześnie. Bo jeżeli raz się weszło w konflikt  z prawem, uciekło przed sprawiedliwością, będzie się za tobą to ciągnąć, a pokusa by przechodzić "na ciemną stronę mocy" jest ogromna.
Fascynująca jest psychika głównego bohatera - wrażliwego na ból, nieszczęścia, służącego bezinteresownie innym pomocą, a następnego dnia, bez żadnych wyrzutów sumienia pracującego dla mafii, wcale nie unikającego przemocy. "Shantaram" znaczy "boży pokój" - tak właśnie nazwali go nowi przyjaciele, którzy pokochali go za cierpliwość, skromność, spokój. Ale ile tak naprawdę tego pokoju w sobie ma facet, który daje hoduje w sobie gniew, pragnienie zemsty, który wciąż nie może znaleźć dla siebie miejsca? Nawet przyjaźń znaczyła dla niego chyba coś zupełnie innego niż dla nich - często odchodził, by spróbować czegoś nowego, bo pchało go w kierunku, który jak mu się wydawało, mógłby skrzywdzić tych, którzy byli blisko... Ale tym samym odrzucał coś cennego, co mógł docenić dopiero gdy to utracił.

czwartek, 23 czerwca 2016

Mąż i żona, czyli o naiwności...

Czy klasyczny tekst Fredry może zabrzmieć w scenerii jak najbardziej współczesnej, czy może bawić i jednocześnie zaciekawiać tym ile w nim jest jeszcze aktualności? Jak najbardziej. Nie wierzycie? Obejrzyjcie spektakl, który nie tak dawno na festiwalu w Sopocie zgarnął kilka nagród (m.in. za reżyserię dla Jana Englerta). Czysta frajda.
Trzeba troszkę przyzwyczaić się do wiersza, ale po chwili pozostaje już tylko radowanie się tym tekstem. Brawurowo zagrana (Englert, i Ścibakówna oraz Suszyńska, Małecki) historia czworokąta, w którym prawie każdy cieszył się ze swoich uniesień, ukrywając je głęboko przed innymi i nawet nie podejrzewając ich o to samo. To sztuka frywolna, ale jednocześnie i sporo w niej mądrości - jak nuda w związku może spowodować nasze zaślepienie... Prawdziwą miłość się odrzuca, a nazywa tym pięknym słowem jakieś przelotne przygody, fascynacje. 

O jakże głupi bywamy sami, a śmiejemy się z głupoty innych.  
Spektakl do obejrzenia w całości.  

wtorek, 21 czerwca 2016

Kraków, ach ten Kraków, czyli po francusku, czarodziejsku, ze zwierzętami i na słodko

Notki z ostatniego wypadu w Tatry nie było, bo i fotki jakieś nieszczególne (można oglądać na FB), z Krakowem mam podobnie, ale za to wrażeń całkiem sporo. A że przy okazji konferencji zwykle organizujemy sobie wyjście kulturalne, to notka jak najbardziej się należy.

On - Zośka Papużanka, czyli jak to z tymi bohaterami jest

Skoro jestem w Krakowie, to najlepszy czas na powieść z Krakowem w tle. Piękna powieść i uczuciach. O tych, do których tęsknimy i o takich, o których chętnie byśmy zapomnieli. Baśniowo, ale i bardzo realistycznie, przyziemnie. 
Ileż tu wspomnień z czasów mojego dzieciństwa, młodości  - te blokowiska, zabawy dzieciaków, różne grupki w szkole i dziwne pomysły nauczycieli, rodzice, którzy niewiele mieli czasu dla dzieci, ale i tak mieli większą kontrolę niż dzisiejsi. Może ktoś się uśmiechnie przy tych wspomnieniach (przypominała mi się książka Słowikowej), ale książka wzrusza nie tyle sentymentalizmem, lecz prawdą, która tu jest zawarta. 
W szkołach katuje nas się bohaterami przegranymi - heroizm polski to złożenie ofiary. Ta książka jest jakby konfrontacją z tymi mitami - choć ten wątek wyraźnie pojawi się jedynie we fragmencie związanym z edukacją, ale matka zastanawiając się nad tym czego uczą jej dziecko, rozszerza to pytanie na swoje życie i na swoje dziecko.
Cała ta powieść jest ironicznym spojrzeniem na to co zwykle kojarzy nam się z bohaterami książek, których się lubi, którym się kibicuje. Czy może nim być autystyk, odrzucany, wyśmiewany, nie potrafiący się bronić? Bezradny wobec różnych wymagań jakie stawia przed nim świat, ale nawet nie zainteresowany, by się z nimi zmierzać. Jaką historię chce nam opowiedzieć? 

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie - Jessica Knoll, czyli będę bezpieczna gdy mnie będą polubią

I Kolejna lektura po wspominanym wczoraj "Musimy porozmawiać o Kevinie", która wiąże się z traumą. I podobnie jak tam, zmusza nas do weryfikacji pewnych ocen - bohaterki nie da się lubić, ale dzięki jej opowiadaniu przynajmniej zaczynamy rozumieć dlaczego jest właśnie taka.
A jaka jest? Ambitna, pewna siebie, elegancka, wciąż na diecie, robiąca karierę, nie tylko wyczuwa trendy, ale nawet je kreuje, aspiruje do klasy wyższej, właśnie szykuje się do ślubu ze świetna partią... Ech. Zazdrościć pewnie byłoby czego - sukcesu, kasy, ciuchów, wizerunku. Ale uwierzcie - w środku nie ma w niej nic z tego uśmiechu i ciepła jaki pokazuje światu - jest zimna, bezwzględna, oceniająca. I mimo pewności siebie jaką wszyscy w niej widzą i za którą ją podziwiają, wyczuwamy, że jest w niej coś takiego, ukrytego głęboko, co stara się za wszelką cenę zakrzyczeć swoim wizerunkiem. Kompleksy? Pragnienie akceptacji?

niedziela, 19 czerwca 2016

The boy, czyli wymarzone zajęcie

Mam wrażenie, że jakoś powraca do nas moda na horrory i choć czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że trudno wymyślić w tym gatunku coś nowego, czymś widza zaskoczyć, od czasu do czasu zdarza się obejrzeć coś z przyjemnością (że przynajmniej wszystko zrobione jest z głową). Tak właśnie mam z "The Boy", który sprawił, że parę razy podskoczyłem, na pewno na nim nie ziewałem, a nawet jeśli koniec mnie trochę zawiódł sztampowością, to i tak w porównaniu z innymi oglądanymi jakiś czas temu horrorami, naprawdę nie jest źle. Ufam też opinii mojej córy, która namiętnie biega teraz na maratony horrorów albo sama urządza takie seanse dla koleżanek - ma większe porównanie, a po seansie była zadowolona. Chyba oboje wolimy gotyckie klimaty, tajemniczość i ciarki na plecach, niż dosłowne straszenie, czy koszmar z piłą mechaniczną i keczupem w roli głównej. A tu klimat jest fajny - stare, wielkie domostwo, samotna dziewczyna i dziwne zdarzenia wciągają może i powoli, ale całkiem przyjemnie.

Musimy porozmawiać o Kevinie - Lionel Shriver, czyli jak łatwo wydawać sądy


W ty roku konferencje służbowe ułożyły mi się tak, że pomiędzy nimi tylko kilka dni przerwy. Oj intensywny czas. Ale i ciekawy. Na ostatniej konferencji tematem była trauma wczesnodziecięca i słuchając różnych analiz przypadków, uruchamiało się sporo refleksji nie tylko na temat tego co sam gdzieś na swojej drodze spotkałem, ale i co wyczytałem, oglądałem. Przecież specjalnie czasem szukam takich tematów, by coś sobie później zestawiać z wiedzą merytoryczną z różnych szkoleń.
I od razu pojawia się w głowie jedna z ostatnio czytanych książek: "Musimy porozmawiać  Kevinie". 

Kilka lat temu głośno było o filmie, o którym już u siebie pisałem, ale powiem Wam, że książka wzbudziła we mnie równie wiele pytań i wątpliwości. Czyta się ją ciężko, na pewno obraz jest dużo bardziej przystępny i oczywisty, choć też wychodzi od teraźniejszości i dopiero ujawnia przed nami różne fakty. W książce jednak ta konstrukcja jest jeszcze bardziej skomplikowana, bo całość zbudowana jest z listów pisanych przez kobietę do męża, ale to nie tyle dialog z nim (a przynajmniej nie tylko), ale raczej z samą sobą. Cofając się wstecz próbuje lepiej różne rzeczy zrozumieć, przyjrzeć się im z innej strony, cały czas zastanawia się czy mogła zrobić coś inaczej. 
O ile film był thrillerem psychologicznym, ze świetną rolą Tildy Swenton, to książka jest próbą rozgryzienia więzi jaka była (albo jakiej nie było) między matką, a dzieckiem.