
No proszę - wczoraj miałem tak zakręcony dzień, że nawet przygotowanej notki nie miałem kiedy wrzucić. Pozdrawiam więc z sympatycznego ośrodka Caritas pod Toruniem i wrzucam. Następne notki wkrótce...
Ta powieść jak mało która nadaje się na notkę w dzisiejszym dniu. W Międzynarodowym Dniu Książki, wizja świata, w którym nie ma książek, władza i społeczeństwo je odrzuca, przyprawia o ciarki na plecach...
To mój powrót do tej pozycji po latach i podobnie jak w przypadku Dicka - zachwyt, że to wciąż się dobrze czyta, że wciąż można znaleźć sporo ciekawych odniesień do współczesności. Jak na lekturę sprzed 60 lat - to wciąż kawał dobrej prozy, z pomysłem i w pewnym sensie rzecz wizjonerska. Przecież tu nie chodzi o wprost o zakaz czytania i posiadania książek, ale o szersze zjawisko, które legło u początku tych przepisów - dążenia do stworzenia przekazu jak najprostszego (streszczenia, omówienia książek), budzącego jak najmniej kontrowersji, dostarczanie jedynie rozrywki i eliminowanie wszystkiego co może budzić jakieś trudniejsze emocje, mogą dotknąć choćby malutką grupę ludzi. Powoli eliminując tego typu zagrożenia, pod pretekstem uszczęśliwiania społeczeństwa, władza wyeliminowała skutecznie wszystko to co mogło stanowić dla niej jakieś zagrożenie - inteligencję, wyższe uczelnie, wykładowców, pisarzy, dziennikarzy... Kultura masowa zmieniła jakąkolwiek wartość w jak najbardziej lekkostrawną papkę. Ludzie siedzą przed telewizorami (a raczej całymi ścianami, które zamienione są w odbiorniki) otrzymując codzienną porcję rozrywki (bardzo to bliskie naszym programom reality tv), coraz mniej ze sobą rozmawiają (bo nie mają o czym) i nie oszukujmy się, coraz łatwiej nimi manipulować. Ta cieniutka książka o lękach i zagrożeniach widzianych przez Bradbury'ego, dziś wcale nie jest mniej aktualna niż wtedy (nawet jeśli zagłada nuklearna wydaje się odleglejsza)...