czwartek, 11 maja 2017

Hamlet, czyli ni to klasycznie, ni to współcześnie

Prawie 4 godziny z Hamletem w Teatrze Współczesnym...
Nie zasnąłem :) Mimo, że duszno i zmęczonym strasznie.

Dlatego notka nie od razu, tylko po pewnym czasie. Ale mam nadzieję, że nie umknie Waszej uwagi.
Przedstawienie w reżyserii Macieja Englerta zostaje w głowie szczególnie dzięki kreacji Borysa Szyca, ale choć dostrzegam w nim trochę słabych stron, uważam, że teatr wykorzystał jak najpełniej swój zespół i choćby za to należą się brawa. Choć surowa scenografia i trochę uwspółcześniona wersja tekstu dramatu, pewnie kusiła, by w tej małej przestrzeni skupić się na psychologii postaci (co przez 4 godziny byłoby trudne do zniesienia), twórcy postanowili urozmaicać widzom całą historię, co i rusz wprowadzając na scenę kogoś z bogatego zespołu aktorskiego Współczesnego. Czasem w rolach drugoplanowych, choćby na chwilę, ale ponieważ to twarze znajome, od razu publiczność reaguje inaczej. I nie mówię tu tylko o Kowalewskim i Charewiczu, ale również choćby o Damięckim, Wakulińskim, Michałowskim, Garlickim. Zdarzają się i obsadowe zdziwienia, ale może na nie spuśćmy zasłonę milczenia - może źle trafiliśmy po prostu (każdy może mieć zły dzień).


Pewnie byłbym tą wersją Hamleta prawie zachwycony, gdyby nie to, że przecież nie tak dawno widziałem niesamowitą inscenizację z National Theatre Live. Wiem, wiem: środki finansowe, możliwości itp. Ale tam chodziło też o pewne ciekawe rozwiązania nie tylko wizualne, ale również w samym tekście.








Tu zaskoczeń dużych nie ma, lecimy ze standardową i dość powierzchowną wersją, pewne rzeczy są jedynie zasygnalizowane, ale marudzić nie ma co - widz ma się nie nudzić i nadążać (rozumiejąc) za akcją :)

Do najważniejszego trójkąta (Hamlet, królowa, nowy król - Szyc, Dąbrowska, Zieliński), dołącza w naszej uwadze wcale nie Ofelia, czyli wybranka Hamleta, ale jej ojciec - Sławomir Orzechowski. Jako Poloniusz jest bliższy w tej kreacji, którejś ze swoich ról komediowych, ale uczciwie trzeba przyznać, że przyciąga uwagę. I cała ta czwórka gra naprawdę dobrze (choć Dąbrowska jest trochę zbyt sztywna). Do nich można by dorzucić jeszcze kilka młodych twarzy (np. Michał Mikołajczak), wyrazistych, z niezłą dykcją. Reszta bardzo w tle. Chwilami nawet nie wiemy po co wchodzą na scenę, skoro nic nie robią, a jedynie śmieją się w kułak z jakiejś wpadki, którą chyba tylko oni zauważyli. Może reżyser uznał, że tak dużą i pustą scenę musi zapełnić postaciami?

Wspominam jednak o różnych aktorach, bo moim zdaniem niesłusznie brawa zbiera głównie Borys Szyc. Owszem, jest niezły (choć chwilami też drażni, gdy próbuje być dziecinnie zabawny), emocjonalny (i dodajmy bardzo "wylewny"), pokazuje dużo więcej niż zwykle ma okazję w rolach ekranowych, ale nie udźwignąłby całości na swoich barkach.  

Generalnie: bardzo udany wieczór. Niewiele rzeczy przeszkadza, drażni (no może przedstawienie na dworze wystawione przez trupę aktorską - bez pomysłu i w dodatku widzowie niewiele widzą), a zobaczyć tyle znanych twarzy na scenie to ogromna przyjemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz