Resztkami sił jeszcze szybko na koniec niedzieli i notka na temat jednej z ostatnio czytanych powieści.
Będzie chyba krótko, bo mam wrażenie że trudno o niej opowiadać, to jest coś trochę nieuchwytnego, co jednych zachwyci, a innych pozostawi obojętnymi. Przypominało trochę Zytę Rudzką i opowieści jej bohaterek, tyle że u Pawła Sołtysa nie ma jednego bohatera, a przynajmniej nie stoi on w centrum. Czeka na swoich klientów w salonie fryzjerskim, a tam już toczą się różne opowieści, czasem wspomnienia, refleksje na temat tego jak wszystko się zmienia. Ludzie odchodzą, ale kiedyś przynajmniej zostawała po nich jakaś historia, ktoś ich pamiętał, nawet jeżeli potem opowieść obrastała w różne dopowiedzenia, zmiany i stawała się np. ostrzeżeniem przed wyborami jakich nie należy dokonywać.
Czego tu nie ma: tęsknota, zazdrość, miłość ta szczęśliwa i ta trochę mniej, pieniądze i ich brak, uzależnienia, destrukcje, a przede wszystkim jest świat w którym oni wszyscy żyją, znają się i stąd każdy może opowiedzieć o tym drugim choć trochę. Bo dobra historia jest w cenie. A słyszeliście o... A znacie... A wiecie że...
Dziś już brakuje trochę takich miejsc gdzie można by opowiadać takie historie, ale i coraz mniej ludzi, którzy je cenią. Wszędzie wciska się świat z podkreślaniem prywatności, nie wtrącania się, ignorowania spraw które mnie nie dotyczą, a przecież tu nie chodzi broń Boże o jakieś plotkowanie, czasem to raczej przypomina stypę, gdzie wzdycha się na wspomnienie "a pamiętacie jak razem...". Grochów o którym pisze Sołtys też już nie jest taki sami, tam też już pozagradzane osiedla, apartamenty, sklepy tylko dla bogaczy. Kiedyś obok siebie mieszkali robotnik, profesor, nauczyciel i paser, spotykali się u tego samego fryzjera i zawsze zamienili kilka słów, bo tak uważano że trzeba, tak wydawało się normalnie. Dziś rozjechały się te światy i może dlatego powieść taka jak Monolok może wydawać się jakąś prehistorią sprzed wielu lat. A przecież to było tak niedawno.
Niby prosty pomysł, by te kilkanaście czy kilkadziesiąt historii połączyć ze sobą, stworzy jedną większą klamrę, w której widzimy wszystkich tych ludzi w tych ramach, w których często tkwili prawie całe życie - po co jeździć na drugi brzeg, skoro wszystko co trzeba mają tutaj, tu się znają nawet z gliniarzami, wiedzą kiedy odwrócić głowę w drugą stronę, a kiedy okazać się człowiekiem, nawet jeżeli ktoś inny krzyknie żeś frajer.
Dobrze się to czyta. Po prostu.
Doceniam uchwycenie tej przedziwnej formy językowej, nawet nie tyle gwary, ale zbudowania własnego sposobu narracji, trochę podkoloryzowanej, z dygresjami, czasem gdy trzeba przekleństwem. I niby czasami jest zabawnie, ale całość raczej mało wesoła, raczej bardziej nostalgiczna, tyle że w takim spojrzeniu zwykłego człowieka, a nie filozofa dokonującego jakichś poważnych rozliczeń.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz