czwartek, 19 marca 2026

Reminders of him. Cząstka ciebie którą znam, czyli lepsza książka Colleen Hoover czy film

Tak się zastanawiam czy zacząć od wrażeń z książki czy filmu. Nie ukrywam, że mimo iż zwykle dużo lepiej wypada lektura niż jej ekranizacja, to w tym przypadku...

No właśnie. Chyba pewne rzeczy lepiej wypadają na ekranie. I mimo całego schematyzmu, niekoniecznie porywającego aktorstwa w tej produkcji, ogląda się to jakoś bez poczucia straty czasu. No oczywiście jeżeli ktoś nie ma alergii na rzewne historie.  

Taka ona właśnie ma być. Z jednej strony próba rozpoczęcia od nowa, poukładania się z przeszłością, która doprowadziła młodą dziewczynę do pięcioletniego pobytu w więzieniu, pełna wspomnień, kopniaków od życia i niechęci tych, którzy nie mogą jej wybaczyć. Z drugiej... tak, oczywiście domyślacie się prawidłowo, to historia o tym iż ktoś jej daje drugą szansę, na zakochuje się w niej na zabój i ofiarowuje dużo więcej niż oczekiwała. No i już może ktoś się wzruszył bo lubi takie historie. 



Jest więc miejsce i na bolesne wspomnienia, na rozdarte serducho, jak i na nadzieję i szczęście. Kenna prowadziła auto pod wpływem alkoholu, doprowadziła do wypadku i pod wpływem szoku oddaliła się od samochodu. Rodzice chłopaka oskarżyli ją o nieudzielenie pomocy, nieodpowiedzialność. Gdyby tylko wiedziała że jest w ciąży, pewnie by walczyła ze wszystkich sił, ale stało się, przyznała się do winy a pierwsze symptomy zauważyła już za kratami gdy było za późno. Odebrano jej dziecko, a jedyną jej iskrą nadziei był fakt iż wiedziała gdzie szukać potem córki - u jej dziadków, czyli rodziców ukochanego. Do nich więc jedzie od razu po wyjściu z więzienia. Tyle że oni nie chcą jej widzieć. 

A ta miłość o której wspominałem? Ano to chyba jedna z bardziej wkurzających rzeczy zarówno w filmie jak i książce. Mamy bowiem uwierzyć, że kobieta która wciąż opowiada że kocha zmarłego najbardziej na świecie i jego najlepszy przyjaciel, który uważał ją podobnie jak i jej niedoszli teściowie za morderczynię, zakochują się na zabój i to w błyskawicznym tempie, a potem już nic nie mogą na to poradzić... No tak...

W filmie jakoś to przechodzi w miarę do zaakceptowania, po prostu naiwne romansidło od którego trudno wymagać wiarygodności w kwestiach psychologicznych, w książce Colleen Hoover niestety opisy ich kolejnych spotkań i zbliżeń wywołują raczej niesmak. Tak jakby naprawdę nie zależało autorce na pokazaniu całego dramatu dziewczyny, a służył on jedynie jako tło do erotycznych uniesień i westchnień, których najwyraźniej oczekują od niej czytelniczki. 

Cały smutek, może tęsknota, ból, w które może i na ekranie można jakoś uwierzyć, w książce niestety wypadają jakoś dziwnie blado przy rozmyślaniach tej dwójki i ich zachowaniu. 


Historia zawiera jakieś emocje, niestety mnie niekoniecznie przekonuje, czytałem i oglądałem dużo bardziej poruszające, więc tym razem chyba nie jestem dobrym targetem (bo wierzę że takowy się znajduje). A jeżeli już to raczej wybieram film, a nie lekturę...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz