W ramach serii Wehikuł Czasu od Wydawnictwa Rebis coraz częściej trafiam na tytuły, które znam jeszcze z lat 80 czy początku 90, gdy mieliśmy wysyp różnych powieści z zagranicy, wydawanych dzięki pasjonatom. Przypominam więc sobie te emocje jakie towarzyszyły mi przy lekturze gdy miałem lat naście i gdy dzięki starszemu bratu, który kupował fantastykę, mieliśmy nawet ładnie oprawione książki zszywane z kartek zamieszczanych w tym piśmie.
Okładka Podniebnej krucjaty już trochę zwiastuje Wam treść - konfrontacja średniowiecznych rycerzy z przybyszami z kosmosu. O ile jednak przewaga technologiczna z góry jak zakładamy daje przewagę obcym w takim starciu, Anderson trochę kpiarsko prowadzi historię w zupełnie innym kierunku. Determinacja ludzi pragnących zniszczyć "bezeceństwo", które może chce spalić ich domy, doprowadza do wymordowania przybyszy i zajęcia statku. Ba, od pojmanego jeńca żądają by przetransportował on ich do Francji, już licząc na to jak zadrży z przerażania odwieczny wróg Anglików.
Nie ma jednak tak dobrze - zakładnik ustawia autopilota i zabiera ich na jedną z planet Wersgorów, mając nadzieję iż tam zostaną surowo ukarani za swoje zbrodnie. Ziemia się więc oddala, oni na szczęście wsiedli na statek razem z kobietami, chłopami, zwierzyną, mają więc nadzieję, że jakoś to będzie. Przecież niejedną bitwę, czy napad przeciwnika już przeżyli, to poradzą sobie i na innej planecie.
Całą historię dzielnego sir Rogera de Tourneville, który przewodzi ich wyprawie i potem podejmuje najważniejsze decyzje, opowiada brat Parvus, mamy więc do buty rycerskiej jeszcze dodatek religijnej wyższości i pewnych dylematów moralnych. Wszak pytanie czy obcy pochodzą od diabła czy są stworzeniami które też mogą zostać zbawione, nie było dotąd uwzględniane w żadnych naukach, trzeba więc samemu sobie na to odpowiedzieć.
Jest w tym trochę humoru, zwariowanych pomysłów i forteli na zdobycie przewagi nad dużo wyżej technologicznie stojącą cywilizacją i choć uproszczenia fabularne mogą drażnić, książka wciąż może bawić. Dziś pewnie autor długo kombinowałby by uprawdopodobnić szybkie uczenie się języka, przejmowanie broni itd. a Anderson po prostu bawi się pomysłem i posuwa do przodu akcje, nie wchodząc w żadne detale. Albo przyjmiesz to jako rozrywkę albo będziesz kręcić nosem. Ja raczej wciąż w tej pierwszej grupie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz