Po pierwszym odcinku byłem zachwycony, niestety im dalej tym było dziwniej i to wcale nie oznaczało, że lepiej. A mogło być tak dobrze.
Żyjąca w izolacji społeczność, tworząca własne zasady i nawet wierzenia, wyspa do której można dostać się tylko przez kilka godzin dziennie, tajemnice, zagrożenie - to wszystko sprawia, że początek serialu smakuje wybornie i daje dużą nadzieję na ciąg dalszy.
Jude Law dostał świetną rolę, jego zagubienie i przerażenie, potem determinacja sprawiają bardzo autentyczne wrażenie. On ma ewidentne problemy, znalazł się tu przypadkiem - przynajmniej tak nam się wydaje - ale ludzie na Osea, jakoś wcale nie mają ochoty się z nim żegnać. Co prawda niektórzy próbują go zabić, ale inni za to chronią go za wszelką cenę. Im dalej jednak dziwniej. Rytuały robią się bardziej makabryczne, wymagają ofiar, a przeszłość mężczyzny okazuje się dziwnie powiązana z tym miejscem, w którym przecież znajduje się pierwszy raz.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
sobota, 14 listopada 2020
Dzień trzeci, czyli schroń się w surowym raju
piątek, 13 listopada 2020
Szczury Wrocławia. Kraty - Robert J. Szmidt, czyli ludzie równie groźni jak i zombie
Szczury Wrocławia, czyli apokalipsa zombie w realiach PRL - o pierwszym tomie pisałem tak - czyli rzecz absolutnie świetna, o dziwo dość poważna, choć temat zwykle postrzegamy trochę z przymrużeniem oka. I oto za mną odsłona druga cyklu. Nie wiem nawet czy nie lepsza. Choć to ogromna cegła, tym razem autor skupił się na kilku konkretnych grupach i miejscach, potem przeplatając i łącząc ze sobą ich wątki, nie ma więc takiego poczucia ogromnej ilości postaci i wydarzeń słabo ze sobą powiązanych jak w pierwszej części. Tak jakby tamto było szeroką panoramą, w której widzimy cały koszmar spadający na miasto (i nie tylko na miasto), a w tomie drugim przyglądamy się trochę przez lupę wybranym miejscom, które jakoś przetrwały katastrofę. Pierwszy szok już minął, ludzie znają zagrożenie, nie znaczy to jednak, że zawsze potrafią go uniknąć, że są bezpiecznie.
Jak kraty to więzienie. Olbrzymi kompleks, który daje możliwość izolacji od tego co za murami, stąd też pomysł, by właśnie tam zgromadzić rodziny, bliskich i jak najwięcej cywili. Dyrekcja postanowiła więc pozbyć się najgorszych przestępców, wywożąc ich w zamkniętych samochodach i porzucając na mieście, licząc na to, że wpadną oni w ręce Rosjan, których interwencji wszyscy się spodziewają. Nic nie idzie jednak tak jak sobie to wyobrażano.
czwartek, 12 listopada 2020
Awers, czyli czy zwyczajny człowiek może dokonać zbrodni
Oczywiście nie przy wszystkich tekstach są równie duże emocje i frajda, ale generalnie nie ma raczej wtopy i to chyba jeden ze zbiorów, gdzie przyjemność czytania była naprawdę spora.
To okazja do spotkania się z tymi autorami, których już znamy i lubimy (nawet czasem bohaterowie ich książek się tu pojawiają jak np. Gross u Małeckiego), ale i możliwość poznania tych, po których książki jeszcze nie sięgaliśmy (u mnie np. to Hanna Greń, Izabela Janiszewska i Przemysław Żarski). W teorii całą antologię miał łączyć motyw miast/miejsc, ale nie jest to tym razem jakoś bardzo wyczuwalne. W większości opowiadań tak jesteśmy skupieni na bohaterach i intrydze, że to tło, którym miało być miasto gdzieś umyka. A może tym razem po prostu nie udało się tego tak mocno podkreślić.
Skoro nie miasto, czy miejsce pozostaje to co najważniejsze w kryminale: zbrodnia, śledztwo i jakaś zagadka do rozwikłania. 12 autorów i 12 historii, w których nie zabraknie napięcia.
środa, 11 listopada 2020
3,2,1, akcja, czyli Bloogshot, San Andreas i Anna
Szybka notka z czymś co dla jednych jest świetną rozrywką, a dla drugich totalnym badziewiem i strata czasu. Odmóżdżacze pełne akcje - lubicie je? Są "gwiazdy", które tylko z takich produkcji są znane. Widzisz twarz takiego Vin Diesela, czy Dwayne'a Johnsona i już wiesz czego się spodziewasz. I to na pewno nie będzie głębia psychologiczna i ciekawy scenariusz. Ma się dziać, bohater ma prężyć muskuły i rozwalać wrogów. Tyle. No to jedziemy.
Blood shot. Dziwna rzecz - to mogłoby być mocne S-F gdyby nie to, że twórcy unikają dosłowności i raczej postawili na łagodzenie obrazków, niż realizm. W większości spektakularnych walk nie zobaczymy żadnych ran, bo mamy wierzyć w to, że ciało każdego z walczących odradza się błyskawicznie. Szczerze? Efekty raczej nie powalają. Może i dobry pomysł został zaprzepaszczony w kolejnych bezmyślnych i schematycznych scenach. Punktem wyjścia wydaje się śmierć żołnierza, który budzi się na stole operacyjnym, gdzie lekarz tłumaczy mu, że teraz dostał super ciało, które będzie mógł wykorzystywać dla dobra innych. Tyle, że bohater postanowił zwiać i przede wszystkim dokonać zemsty na tym, który go zabił.
poniedziałek, 9 listopada 2020
Paragraf 22, czyli jedyny normalny w nienormalnym świecie
Nie sądziłem, że z książki Josepha Hellera da się zrobić tak dobry materiał filmowy. Dało się uchwycić przynajmniej część groteskowego humoru, ale co ważniejsze: ducha tej powieści, czyli próbę ucieczki przed koszmarem wojny. Dla bohatera w którymś momencie przestają być ważne strony tego konfliktu, racje polityczne, szanse, rozkazy i obowiązki. Ważne jest jedynie to, że na jego oczach giną kolejni przyjaciele oraz to, że w każdej chwili zginąć może on sam. Są po prostu mięsem armatnim, służącym nie tylko temu by pokonać wroga lecz również by zaspokoić jakieś chore ambicje dowódców, ich wybujałe ego.
Yossarian doświadcza różnych idiotyzmów związanych z wojskiem już w trakcie szkolenia, ale dopiero W Europie, gdy jako bombardier musi uczestniczyć w kolejnych atakach najpierw na Włochy, a potem na Niemcy widzi, że w istocie żaden z nich kompletnie się nie liczy, jest jedynie numerkiem w statystykach, który można wpisać w rubrykę sukcesów lub porażek. Choć zgodnie z regulaminem po wylataniu iluś lotów miał wrócić do domu, dowódcy w każdej chwili mogą zmienić regulamin np. poprzez zwiększenie ilości lotów. Jakiekolwiek powody by nie były przez bohatera podawane, choćby choroba psychiczna i depresja, nie można go uznać za niezdolnego do służby. Słynny paragraf 22 mówi bowiem to tym, że kto się na dolegliwości nie skarży i nie żąda zwolnienia ze służby może i jest chory, ale skoro nie prosi, dalej musi latać, a każdy kto twierdzi że coś mu dolega, jest symulantem i w takim razie również ma dalej latać. Proste?
Nic bardziej mylnego – Radek Kotarski, czyli nie wierz – sprawdzaj
W czasach nam współczesnych informacji mamy w nadmiarze. Eksperci mnożą się jak grzyby po deszczu, technika i technologia tak mocno pędzi do przodu, że zwykłemu szaraczkowi trudno to ogarnąć i trudno weryfikować co jest prawdą a co fałszem. Fałszywe zdjęcia, fałszywe certyfikaty, montowane taśmy, „poprawiane” zdjęcia, itp. itd. Często służy to dezinformacji, oszustwu, chęci zaistnienia, pogrążeniu przeciwnika czy zwykłej głupocie.
W czasach minionych i dawno minionych też znane było pojęcie dezinformacji, propagandy. Potrafiono oczerniać przeciwnika czy też wykorzystywać niewiedzę innych; im więcej lat mija od powstania mitów tym łatwiej – nieweryfikowane - przyjmujemy za pewnik (tym bardziej jeśli głaszczą ego jakiejś grupy czy narodu). Tak jak np. z „Cudem nad Wisłą” gdzie rzekomo wojska bolszewickie przestraszyły się wizerunku Matki Boskiej na sztandarach i odstąpiły od ataku na Warszawę. Chciałoby się rzec: nic bardziej mylnego! Zainteresowanych odsyłam do książki. Podobnie jest z powstaniami, które rzekomo w naszej historii wygrane było tylko jedno – wielkopolskie. I znów można powiedzieć: nic bardziej mylnego; było tych powstań więcej. Natomiast dlaczego tylko o tym się mówi… zajrzyjcie do książki. Więcej jest mitów dotyczących naszej historii (miecz koronacyjny tzw. Szczerbiec, czarne stroje Zawiszy Czarnego, kawaleria polska w ataku na niemieckie czołgi, husaria), które niekiedy sami powielamy, trochę na zasadzie: „magister farmacji” z reklamy zarekomenduje nam najskuteczniejszy lek na zdrowie, a ” lekarz” z serialu wie najlepiej co nam dolega.
niedziela, 8 listopada 2020
Czas patriotów - Tom Clancy, czyli na celowniku
sobota, 7 listopada 2020
Stramer - Mikołaj Łoziński, czyli świat, którego już nie ma
Lektura na wczorajszy DKK i niestety spotkanie online, czyli spory niedosyt. Cóż, widać to właśnie nas czeka przez najbliższe tygodnie.
A lektura ciekawa, choć przyznam, że mnie nie powaliła na kolana.
Wielogłosowość tej opowieści nie przeszkadzałaby mi tak bardzo, gdyby dało się mocniej to wszystko powiązać w jedną historię, zaprzyjaźnić się z kimś z bohaterów. Oczywiście można powiedzieć: głównym bohaterem jest rodzina, poprzez te okruchy przeżywane przez każdego z jej członków. Poznajmy więc Stramerów. Rodzina jakich pewnie wiele w większych i mniejszych miasteczkach w dwudziestoleciu międzywojennym. Ani bardzo religijna, ani biedna, ani bogata, bo choć wspierana przez rodzinę, która jest w Stanach, nie zawsze te pieniądze dawało się sensownie zainwestować. Gdyby to był normalny kraj, który każdego traktuje równo i daje taką samą szansę. Tyle że to Polska. Kraj, w którym nie wszyscy jego obywatele byli postrzegani jako "swoi", a przynajmniej nie przez wszystkich.
To chyba u Łozińskiego jest najciekawsze. Jego saga (no nazwijmy ją tak, choć do tylko dwie dekady) opowiada o tym co przed... Holocaust i wszystko to co spotkało Żydów w trakcie wojny to koszmar, który był opisywany wielokrotnie. Tu jednak dotykamy tego co działo się wcześniej, jak atmosfera się zagęszczała, co spotykało ich w różnych dziedzinach życia (choćby w szkole). Dziś niewiele śladów zostało po ich obecności, niewielu też świadków i pamięci. Zostały groby, a częściej nawet ich nie ma. A w tej książce jest właśnie to coś innego - zwykłe życie.
piątek, 6 listopada 2020
Gambit królowej, czyli uporządkowany świat w 64 kwadratach
O serialu od ponad tygodnia piszą wszyscy, więc ja postaram się nie za długo. Dołączam się jednak do chóru zachwytów. Dawno nie wciągnął mnie tak mocno żaden serial, a przecież nie ma w nim żadnej zagadkowości, sensacji. Netflix po pierwsze zadbał, by ta historia została opowiedziana w świetny sposób - zdjęcia, muzyka, dramaturgia. A po drugie trafili z Anyą Taylor-Joy nawet nie w 10, a w 100 punktów. To ona przykuwa naszą uwagę prawie od samego początku i nadaje wyrazistości postaci bohaterki. Trochę autystyczna, wycofana, zanurzona w swoim świecie, faszerująca się prochami i alkoholem dziewczyna ma być modelową zwyciężczynią, mistrzynią z okładek i idolem tłumów? Przecież to nie bardzo trzyma się kupy. Każdy wie, że w rywalizacji, w sporcie, a przecież szachy również mimo wszystko są jednym i drugim, liczą się nie tylko zwycięstwa, ale jeszcze bardziej umiejętność przegrywania, a tu jest raczej pasmo zwycięstw i opowieść o genialnym umyśle, który zadziwia świat. To właśnie gra aktorska dodaje trochę realności tej postaci wykreowanej na papierze. Nie tylko wątkiem walki z własnymi demonami, lękiem przed samotnością, ale i pewną dozą próżności, upodobaniem do pięknych ubrań, uporem. Ta przedziwna mieszanka zalet i wad, umiejętności budzenia zachwytu i staczania się na dno, wycofania, ale i życzliwości, sprawia, że serial ogląda się z dużą ciekawością, postać Beth Harmon nie pozostawia widzów obojętnymi.
czwartek, 5 listopada 2020
Dzieci siostry Bernadetty, czyli jak o tym zapomnieć?
Nie czytałem reportażu Justyny Kopińskiej, sprawa jednak była na tyle głośna, że chyba wszyscy w Polsce znamy jej detale. CBS Reality, kanał, który postrzegamy trochę jako program dla maniaków zbrodni, śledztw kryminalnych, postanowił nakręcić dokument o tajemnicach ośrodka wychowawczego sióstr boromeuszek w Zabrzu. Może nie jest on dużym zaskoczeniem, jeżeli chodzi o samą sprawę, ale i tak potrafi wywołać ciarki, bo twórcy postawili na to, by oddać głos ofiarom, wychowankom tego ośrodka. Dziś już dorośli, mówią nie tylko o tym co się działo, ale pokazują kim są dziś, że mimo bólu jaki im zadano, starają się udowodnić, że coś mogą sensownego zrobić ze swoim życiem. Trochę na przekór tamtym doświadczeniom i temu co słyszeli m.in. od sióstr.
wtorek, 3 listopada 2020
Zbawiciel - Leszek Herman, czyli Sedinum po raz czwarty
Kolejny autor, któremu towarzyszę od debiutu, z ciekawością połykając każdy kolejny tytuł. Podobnie jak choćby Siembieda czy Brown, ciekawie wykorzystuje wątki historyczne w intrydze o charakterze kryminalnym czy sensacyjnym, mam jednak wrażenie, że bliżej mu do tego drugiego niż pierwszego. Czemu? Bo dzieje się tu tyle, iż od pierwszej chwili jesteśmy mocno wciągnięci w wartki nurt wydarzeń. Herman jednak buduje dużo szerszą siatkę powiązań, wątków, a nie jak Brown każe biegać po świecie jednemu facetowi. Postaci jest dużo więcej, panorama rysuje się dużo szersza. Czasem zdecyduje przypadek, jakaś jedna decyzja, to nie jest jednak tak, że powiązania są bardzo naciągane i mało prawdopodobne. Czyli czyta się to równie dobrze jak słynny Kod Leonarda i inne przygody profesora Langdona, ale nie ma takiego poczucia zażenowania jakie tam się zdarza (taaaa i co jeszcze?). Powracają starzy znajomi, czyli dziennikarka Paulina, jej współpracownik Piotr, architekt Igor i cała gromadka przyjaciół z zagranicy, na czele z lordem, który postanowił zorganizować dla wszystkich wyprawę morską w poszukiwaniu skarbów. To wątek z poprzedniej książki, w której przypadkiem bohaterowie odkryli wrak starego statku, ale nie przejmujcie się - każdy tytuł można czytać oddzielnie, choć znając wcześniejsze przygody, będziecie mieli więcej frajdy, bo różne wspomnienia, relacje między nimi staną się czytelniejsze.
Saint Maud i Come play, czyli nocka zarwana

Zaczęliśmy seans "Come play", który choć dość schematyczny, dał się oglądać i trochę dostarczył emocji. Dziecko w centrum fabuły horroru zawsze sprawia, że jakoś inaczej się film ogląda - mam wrażenie, że twórcy wtedy nie przekraczają pewnej granicy makabry i wychodzi z tego dość klasyczne straszenie z ciekawymi efektami. I tu się to sprawdza w 100%
poniedziałek, 2 listopada 2020
Głos - Wojciech Mann w rozmowie z Katarzyną Kubisiowską, czyli nie tylko o radiu
Książka reklamowana jako ta, gdzie Wojciech Mann powiedział wreszcie to czego nie mówił wcześniej. No cóż, każda reklama jest dobra, a to hasło być może kogoś przekona. Jakby nie wystarczyła sympatia do Pana Wojtka. Dla mojego pokolenia (ale pewnie nie tylko) głos i twarz, które nieodmiennie kojarzą się ze specyficznym poczuciem humoru, pewnym dystansem do świata (który uwielbiam), charyzmą... I co prawda były już inne książki, bohater nie raz udzielał wywiadów, to z przyjemnością sięga się po kolejny. W sumie nie bardzo odkrywczy, nie bazujący jedynie na ostatnich wydarzeniach, choć trochę komentarzy na temat współczesnej władzy (tej krajowej i tej radiowej) tu znajdziemy. Mann raczej nie atakuje nikogo wprost, daleki jest od polityki, ale szczerze mówi o pewnych decyzjach, o tym co wypada a co nie, o standardach tego jak się traktuje ludzi (i tych prowadzących audycje i tym bardziej słuchaczy). Nie zabraknie pytań o przeszłość, ale i o przyszłość, historii, muzyki i anegdot. Mało? No może troszkę. Ale to nie tylko dlatego, że jak się wyciśnie ten wywiad, konkretów nad którymi się zachwycisz czytelniku zostanie niewiele, ale paradoksalnie też dlatego, że czyta się to tak przyjemnie, że chciałoby się jeszcze.










