środa, 12 lipca 2023

Zbrodnia piętro niżej - Anna Kapczyńska, czyli coś co doda życiu smaku

Dziś taki dzień, że trzeba mi chyba jakiegoś resetu, myśleć się nie chce, jutro teatr więc pichcę na dziś i na jutro dwie szybkie notki - kryminał ale bardziej komediowo. Coraz bardziej popularny i może fajnie, bo to zdecydowanie odpręża i nie zamula tak głowy jak drastyczne opisy, które śnią się potem po nocach. Choć u Anny Kapczyńskiej akurat spraw, które są mniej przyjemne i mogą potem się przyśnić trochę jest. Rzecz jest jednak zdecydowanie na ludzie, bohaterce się kibicuje nie tylko w śledztwie, ale i w perypetiach z jej facetem. Nie ukrywajmy tego - chyba zajęcie się sprawą morderstwa sąsiadki to tak naprawdę dla Gosi jest erzac, bo szuka jakiejś odmiany, dusząc się w swoim życiu. Jej wybrany niezbyt okazuje jej zainteresowanie, zrobił się wygodnicki, a ona zepchnięta została do roli kury domowej, a i praca w gastronomii nie należy do jej ukochanych. Ma swojego bloga, lubi pisać, więc sprawa kryminalna spada jej niczym z nieba - może by tak pójść w stronę dziennikarstwa śledczego i sprofesjonalizować swoje stukanie na klawiaturze?
Początkowo ma też chęć zapoznania się bliżej z jednym z policjantów, dostarczając mu jakichś dowodów, potem jednak rozczarowana postanawia działać jedynie na swój rachunek.

poniedziałek, 10 lipca 2023

Niewinne ofiary - Katarzyna Wolwowicz, czyli udowodnię, że mnie ta sprawa nie przerasta

Zakończona biografia Kory, ale muszę sobie poukładać to w głowie, bo wcale nie zachwyciła tak bardzo jak oczekiwałem, dziś jednak o innej książce nie tak dawno skończonej. Jakiś czas temu pisałem o Wolwowicz bardzo pozytywnie, ale wszedłem w cykl o komisarz Oldze Balickiej trochę od środka, więc kusiło mnie żeby poznać początek. No i oto trafiła się okazja - nie dość, że egzemplarz z biblioteki, to jeszcze i audiobook, więc intryga weszła mi dwa razy szybciej... I powiem Wam: podtrzymuję swoją dobrą opinię. Może i nie jest to super nowatorskie, ale bohaterka, jej perypetie prywatne, sprawa jaka jej się trafiła, kolejne podrzucane tropy, są naprawdę smakowite i tworzą zgrabną całość. Trochę mało mi gór, w których przecież osadzona jest akcja, ale tu na szczęście pojawiła się kolejna lektura, w której będę miał ich pod dostatkiem. Tym razem więc sprawa raczej bardziej "miejska". Oto bowiem w lesie pod Jelenią Górą znalezione zostają ciała dwóch dziewczynek. Odcięte głowy, brak ubrań, ślady wykorzystania, wskazują na to, iż mają do czynienia z najbardziej makabryczną sprawą od wielu lat. I choć dość szybko wpadają na ślad mężczyzny, który podając się za pracownika MOPS zapraszał dzieci z rodzin w trudnej sytuacji materialnej na różne wyjazdy, to potem trop prowadzącym dochodzenie się urywa. 

niedziela, 9 lipca 2023

Gorące dni, czyli gdy wejdziesz między wrony...

Kino tureckie rzadko gości na naszych ekranach, a ten film warto obejrzeć nie tylko ze względu na inność kulturową, ale wręcz odwrotnie - ze względu na pewną uniwersalność historii. Choć mocno osadzony w realiach tego kraju, krytyczny wobec tego jak często układy i korupcja wygrywają z chęcią zmiany i sprawiedliwością, pokazuje historię która mogłaby wydarzyć się w wielu miejscach. Ze względu na pewne nastroje w polityce i małomiasteczkową zaściankowość, powiedziałbym nawet że jest nam bardzo bliski. I chyba niektórzy ministrowie zareagowaliby na niego równie ostro jak podobno w Turcji prezydent Erdoğan, któremu film bardzo się nie podobał. Można bowiem odnieść wrażenie, że to nie tylko problem lokalny, ale coś z czym władze nie potrafią sobie poradzić, ba, może nawet akceptują i kryją pewne nadużycia. Mieszanka uprzedzeń wobec obcych, innych, przywiązanie do tego co "nasze" i tradycyjne, nawet jeżeli budzi to niesmak u przyjezdnych, no i populistyczni kacykowie, którzy rządzą i dzielą łaski na lewo i prawo, to nie tylko problem Turcji.
Warto więc obejrzeć ten film z otwartą głową, bo może on wstrząsnąć bardziej niż się spodziewacie.

Cwaniary, chuligańska ballada z kobietami na pierwszym planie

Zastanawiałem się jak uda się przerobić dość specyficzną powieść Chutnik na język sceny - wszak tam rozwiązania prawie komiksowe, przerysowane, to trochę tak jakby udawać, że filmy Tarantino to gotowy dramat do wystawienia. A jednak. Agnieszce Glińskiej udało się zrobić scenariusz, który zachowuje ducha oryginału, a może nawet bardziej dosadnie akcentuje pewne rzeczy. Choć prosta scenografia nie daje możliwości poszalenia, to ekran z projekcją, który jest w tle daje na finał dość wstrząsający efekt. Słabo wykorzystana za to jest rola "narratora", choć jego obecność na pewno daje fajny punkt rozpoczęcia, a potem mniej lub bardziej wyraźnie pojawia się on w różnych rolach męskich. Na pierwszym planie jednak są one.

O czym są Cwaniary? O sile kobieciej przyjaźni i o tym jak czasem pojedynczo są bezradne wobec przemocy, bólu, problemów. A razem? Razem mogą zmienić to miasto, bo Warszawa jest w takim samym stopniu ich jak łysych karków, egoistycznych typków w garniakach i wszystkich, którzy uważają, że ma być tak jak oni chcą. Stając w obronie słabszych, nagle nabierają pewności siebie, zadziorności, a wszystkie ich frustracje zamieniają na siłę. 

sobota, 8 lipca 2023

Szum - Małgorzata Oliwia Sobczak, czyli gdy nienawidzisz siebie, a ktoś daje ci akceptację

Kolejna z zaległości i jeszcze trudniejsza, bo czytając jeden kryminał lub thriller za drugim, nic dziwnego że potem mi się fabuły i detale mieszają. I zostaje wrażenie, czy było ok, czy porwało, czy też było słabo. W przypadku powieści Sobczak przyznaję, że chyba lepiej bawiłem się przy serii Kolory zła, niż przy nowym cyklu (bo przed Szumem był Szelest o którym też pisałem - do odnalezienia wszystkie w spisie przeczytanych). Ten bliższy jest thrillera psychologicznego niż kryminału, a to co może też trochę drażnić to próby pokazania dziwnej zależności jaka rodzi się między ofiarą, a sprawcą. Czasem bywa i tak - akt przemocy nie jest przypadkowy, ale wcześniej rozwija się jakaś chora, manipulacyjna relacja, buduje się związek i świadomi tego, jak bardzo jest to toksyczne, nie mamy łatwo. Piąchy się zaciskają ze złości, myślimy sobie: spieprzaj, zostaw go, on cię krzywdzi, a jednocześnie wciąż widzimy jak wiele jest w bohaterkach różnych kompleksów, ran, z którymi oprawca świetnie sobie radzi, najpierw wspierając, a potem dozując komplementy, przesuwając granice... To jedna z tych powieści, gdy z równie wielką ciekawością przyglądamy się nie tylko mordercy i jego choremu umysłowi, ale i komuś kogo wybiera on sobie za cel - to walka o przełamanie lęku, paraliży niemocy, ale i szukanie w sobie mocy, której wcześniej się w sobie nie miało. Dodatkowo pojawia się tu również mocny wątek akceptacji (bądź nie) własnego ciała przez młode dziewczyny, co często może być ich piętą achillesową - są bardziej podatne na zranienia, ale i gotowe zaufać, gdy ktoś im daje akceptację...

piątek, 7 lipca 2023

Sydonia. Słowo się rzekło - Elżbieta Cherezińska, czyli skoro nie chciała być posłuszna i cicha okrzyknięto ją czarownicą

Ponieważ wciąż zbiera się sporo szkiców, a często piszę te bardziej świeże, zaczynam się bać, że po kilku tygodniach nie będę wiele pamiętał. Zabieram się więc za odgrzebywanie starszych notek.
Cherezińska tworzy powieści, które świetnie nadawałyby się na dobry film kostiumowy, z wielką historią w tle, ale i wyrazistymi postaciami na pierwszym planie. I nie zawsze oczywistymi jak pokazuje najnowsza jej książka. Po władcach Polski sięga po postać mniej znaną, choć wciąż przecież będziemy na orbicie wielkich dworów. Autorka od dawna interesowała się historią Księstwa Pomorskiego, ziem które dziś częściowo należą do Polski, a kiedyś stanowiły łakomy kąsek dla wszystkich sąsiadów (w tym naszych władców). I oto historia, w której czujemy jeszcze potęgę książąt pomorskich, ale i przeczuwamy ich upadek. Na przełomie XVI i XVII stulecia przez Europę przetaczało się wiele różnych konfliktów, ale tu nawet nie tyle błędne decyzje czy wojny stały się przyczyną konfliktu, a raczej brak potomków, którym można przekazać tron. A ponieważ już wtedy krążyły plotki o klątwie jaka spadła na ród Gryfitów, Cherezińska zgrabnie to wykorzystała, budując wciągającą historię o kobiecie, która nie chciała się podporządkować woli mężczyzn. Choć na naszych ziemiach polowania na czarownice może nie były tak intensywne jak np. w Niemczech, to i u nas w dokumentach można znaleźć ślady takich procesów. Jeden z nich był dość wyjątkowy, bo dotyczył szlachcianki - w 1620 roku, w Szczecinie stracona została Sydonia von Bork. Akta sądowe stały się punktem wyjścia do poszukiwania odpowiedzi na pytanie - czym tak bardzo mogła się narazić, że oskarżono ją o tak potworne czyny jak zamordowanie panującego księcia.

czwartek, 6 lipca 2023

Niezwykła wędrówka Harolda Fry - Rachel Joyce, czyli wędrówką życie jest człowieka

Co prawda nie wiem jak gatunkowo zakwalifikować tą powieść, spieszę jednak donieść, że to jedna z rzeczy, która ostatnio mocno zawibrowała w moim serduchu. Czasem tak bywa - coś w treści, w bohaterze, może w problemie opisanym na tyle porusza jakąś czułą strunę, że masz ochotę ogłaszać całemu światu jaka to wspaniała lektura, a inni być może stukają się w głowę, bo kompletnie tego nie dostrzegają. Ja miałem tak choćby z "Niewidzialną ręką" przy której miałem łzy w oczach...
A i przy "Niezwykłej wędrówce... mi się zaszkliły. Wiem, że film zdaje się już na ekranach, może się więc wybiorę, ale na razie o książce. Czemu mnie tak bardzo poruszyła?
Może zadziałała również chwila - wziąłem ją sobie jako lekturę do pociągu gdy jechałem na spotkanie z ludźmi, z którymi szedłem na Camino w ubiegłym roku. Cztery dni w Tyńcu to doświadczenie, które trochę wykracza poza bloga poświęconego kulturze, zresztą nawet wszystko trudno ubrać w słowa, choć kilka zdań napisałem na swoim prywatnym profilu na FB (kto wie, ten znajdzie). Książka ewidentnie w duchu Drogi - nie jest religijna w ścisłym słowa tego znaczeniu, ale daje tyle ciepła, mądrości życiowej, okazji do zmiany perspektywy, że pewnie zostanie zaszufladkowana do kategorii powieści niosących nadzieję, wzruszających. Jedni to lubią, inni uważają to za zbyt słodkie i upraszczające, choć w przypadku "Niezwykłej wędrówki..." trudno mówić o słodyczy...

Trubadur, czyli pomścij mnie

Akcja opery Giuseppe Verdiego rozgrywa się w Hiszpanii w XV w. w Aragonie i Biscagli. Dzieje się w pięciu miejscach, na które składa się 8 scen, więc jest to opera wymagająca zarówno dla reżysera jak i scenografa. Jak to w operach bywa opowiada historię miłości, zazdrości, niepożądanego splotu nieporozumień, skrywanej latami tajemnicy, która w efekcie doprowadziła do dramatu dwóch rodzin. Nie jest najłatwiejsza w odbiorze, bo libretto napisane przez Leone Emanuele Bardare i Salvadore Cammarano pełne jest zawiłości.

Powiem szczerze, że ta opera, tak przeze mnie oczekiwana nie zachwyciła mnie wystawieniem. Chciałoby się rzecz: cudze chwalicie swego nie znacie. Tym razem Royal Opera House tak uprościła scenograficznie tę operę, że dla mnie stała się ona pozbawiona uroku i wszelkiej dynamiki, a niektóre rozwiązania kostiumowe były dla mnie nie do przyjęcia. Wprawdzie we wstępnej rozmowie przed spektaklem reżyserka Adele Thomas wspominała o inspiracji obrazami Boscha czy chęci odtworzeniu mitologii późnego średniowiecza, jednak po obejrzeniu spektaklu miałoby się ochotę spytać: po co? Ta piękna opera przez takie pomysły dużo straciła. To oczywiście tylko moje zdanie, nie jestem żadnym krytykiem muzycznym, a jedynie zwykłym widzem kochającym operę, ale myślę, że to przedstawienie nie zapisze się w historii ROH złotymi zgłoskami. Jeśli obóz Cyganów kojarzy się widzom z surykatkami (a takie opinie słyszałam) to coś jest nie tak. I te schody… coraz częściej w różnych spektaklach schody mają symbolizować wszystko. Może czas już z tym skończyć! Pamiętam „Trubadura” wystawianego w Teatrze Wielkim w Warszawie w siermiężnych latach tzw. komuny – był wystawiony w pięknej scenografii i z kostiumami z epoki. Odbiór opery był zdecydowanie lepszy. A jeżeli trudność sprawia szybkość i konieczność przemieszczania bohaterów w poszczególnych scenach – to wystarczy ściągnąć pomysły choćby z wystawienia „Trubadura” w reżyserii Laco Adamika w Operze Krakowskiej.

środa, 5 lipca 2023

Za granicą - Wojciech Chmielarz, czyli wybory, które mają swoją cenę

Widzę, że zrobiło się modne, by każdy z popularnych dziś w Polsce pisarzy kryminałów, od czasu do czasu spróbował się w nowym gatunku i ciut zaskoczył czytelników. Czasem jest to skręt w stronę thrillera psychologicznego, innym razem sensacji, no jest i taki, który uważa chyba że może pisać wszystko, więc pisze co mu ślina na język przyniesie... Dobra, Mroza na razie zostawmy, bo to już chyba przypadek kliniczny, a przyjrzyjmy się najnowszej powieści Wojtka Chmielarza. Jak sam wspomina w posłowiu, książka powstawała m.in. w ramach jego urlopu, można więc jedynie uśmiechnąć się z myślą o ludziach, którzy nawet wypoczywając, swoje umysły kierują w stronę mrocznej ludzkiej natury, konfliktów, żądz i zbrodni.
Akcja Za granicą jak wskazuje sam tytuł dzieje się w miejscu, które pokochali nasi rodacy i wyjazd tam jest już nie tylko szczytem marzeń, ale raczej wstydem jest tam nie pojechać i nie pochwalić się pięknymi fotami. Chorwacja, ze swoim ciepłym wybrzeżem, urokliwymi zatoczkami, choć kojarzy się ze słońcem, relaksem, to przecież ludzie często wloką za sobą różne niezałatwione sprawy, które potem potrafią nieźle urlop zepsuć. Tak jest i w przypadku bohaterów tej powieści. Marek i Daria od lat marzyli o takim wyjeździe, odkładali kasę, a gdy już tu są, wciąż coś tam ich uwiera. A to jej wydaje się, że mąż wcale nie chce spędzać czasu z nią i synkiem, że szuka pretekstów by sobie posiedzieć przy piwku, a w jego oczach żona bywa czepialska, zbyt niefrasobliwa, nie rozumie poważnych problemów, którymi przecież w swoim mniemaniu się zajmuje. Gdy w dodatku okazuje się, że trochę czasu musi poświęcić pracy, na nic zdają się obietnicę, że to tylko kilka dni, że potem będzie cały dla nich, ewidentnie awantura wisi w powietrzu.

wtorek, 4 lipca 2023

Niby z życia wzięte, czyli Sytuacja awaryjna i Winny czy niewinny...

W upały człowiek nie ma ochoty na siedzenie przed kompem i pisanie długich notek, musicie więc wybaczyć, że dziś chyba bardziej skrótowo. Za to w podwójnej dawce. Z wakacyjnych nowości kinowych od Aurora Films wybieram na początek dwie lżejsze rzeczy, a Wy sami oceńcie czy bardziej podejdzie Wam humor czeski czy francuski. A może trudno je porównywać - film Jiříego Havelki, twórcy przeboju kinowego w Czechach sprzed kilku lat, czyli Właścicieli (też pisałem - jest w spisie obejrzanych) to komedia z tych bardziej absurdalnych, a produkcji francuskiej mimo lekkości bliżej do kina obyczajowego. Każdy niech wybiera to co mu bardziej podejdzie - dla mnie ciekawsza okazała się "Sytuacja awaryjna".

W tą historię aż trudno uwierzyć, choć przecież wydarzyła się naprawdę. Oto na skutek przypadku, pociąg prowadzony na niezbyt często użytkowanej trasie kolejowej, rusza bez maszynisty i przejeżdża tak spory odcinek ku przerażeniu pasażerów. Sytuacja ta staje się okazją dla Havelki do skonfrontowania charakterów, postaw, ludzkich historii. I choć chwilami wydaje się to wszystko dość przerysowane, bo to przecież niemożliwe, by zebrać w tylu oryginałów, na koniec okazuje się, że wszystkie te postacie zostały dość wiernie odwzorowane. 

poniedziałek, 3 lipca 2023

Dania, tu mieszka spokój - Sylwia Izabela Schab, czyli nie myśl że znasz hygge

Seria reportaży od Wydawnictwa Poznańskiego przybliżających kolejne kraje wciąż rozbudowywana jest o kolejne pozycje i trzyma niezły poziom. Czemu tylko niezły? Ano te książki mają swoje mocne i ciut słabsze strony. Oczywiście są różnice pomiędzy nimi, ale jednak jest na tyle dużo podobieństw, że odczucia bywają po kolejnych tytułach podobne. O co zatem chodzi? Książki te piszą zwykle debiutanci, osoby które mieszkają w danym kraju już przez jakiś czas i czują, że mają na tyle dużo przemyśleń i obserwacji, iż mogą się już tym dzielić z rodakami. Jedno małe "ale" - współcześnie mamy tyle źródeł tego typu opowieści (nie tylko pisanych), z każdego prawie zakątka świata, że trudno czytelnika czymś zaskoczyć. Można oczywiście pisać o własnych doświadczeniach, trudnościach, krokach podejmowanych by stać się bardziej "swojakiem" dla lokalsów, tylko czy to będzie wtedy tak interesujące? Zwykle próbuje się więc balansować między prywatnymi przeżyciami, a próbą ujęcia obserwacji w jakąś formę stworzenia spójnego obrazu mieszkańca danego kraju. Mniej jest opisów poszczególnych miejsc (ale za to są zwykle świetne, kolorowe foty!), czy nawet historii, więcej za to ludzkich zwyczajów, ciekawostek czasem statystyk - bo społeczeństwo stanowi bardziej o inności danego kraju, niż dochód krajowy brutto, zabytki, czy przemysł. Tu chyba leży odpowiedź na pytanie: czemu ci tu dobrze - bo ludzie z czasem cię zaakceptowali, pasują ci różne rozwiązania, czujesz się tu tak, że masz ochotę założyć przystań na dłużej. 

Tuwim dla dorosłych, czyli z dystansem, bo inaczej się nie da

MaGa: Zawsze lubiłam Tuwima. Moje pokolenie chowało się na jego wierszach dla dzieci: „Pan Hilary” czy „Słoń Trąbalski”, nie mówiąc już o słynnej „Lokomotywie”. Później jego wiersze stawały się tekstami wielu piosenek śpiewanych przez wybitnych wykonawców (choćby Ewę Demarczyk, Czesława Niemena, Stana Borysa czy Grzegorza Turnaua) i stawały się przebojami ponadpokoleniowymi, jak chociażby „Grande valse brillante”, „Wspomnienie” czy „Miłość ci wszystko wybaczy”. Dobrze więc, że ten spektakl upamiętnia dorobek poety i przybliża jego twórczość, a ta była bardzo bogata.

Robert: Któż nie zna jego twórczości, kto się z nią nie zetknął. Rzeczywiście była dość bogata i różnorodna, co też dało się uchwycić w tym spektaklu. Od próbek młodzieńczych zabaw prasowych, ogłoszeń, żartów, felietoników, przez piosenki, wiersze dla dzieci, aż po teksty, które były odbierane jako narzędzie walki politycznej.

MaGa: Na potrzeby spektaklu z dorobku Tuwima wybrano poza ogólnie znanymi, szereg mniejszych i mniej znanych utworów z całej jego twórczości. Uwzględniono za to cały niemal wachlarz jego umiejętności i możliwości twórczych. Bowiem Julian Tuwim był twórcą niespotykanym, błyskotliwym, z ogromną giętkością języka, umiejętnie stosowaną grą słów. Umiał słowami opisywać cechy rzeczywistości – choćby „Ptasie radio” - tu w mistrzowskim wykonaniu Anny Sroki-Hryń, które charakteryzowało ptasi jazgot.

niedziela, 2 lipca 2023

Good, czyli kolejna nauka z historii

Zdumiewający spektakl. Z jednej strony niby jest zachowana chronologia zdarzeń, jednak z drugiej strony ma się wrażenie, że to tok myśli jest tu głównym motorem akcji. Jakby bohater mówiąc/myśląc o jednym, w głowie miał jakieś skojarzenie i akcja zaczynała podążać za tym skojarzeniem. Początkowo trudno było się w tym połapać tym bardziej, że większość spektaklu grana jest przez trójkę aktorów, którzy – w zależności od potrzeb – wcielają się w różne postacie. Pomaga natomiast ścieżka muzyczna (świetnie dobrana), która raz wywołuje śmiech, innym razem daje odniesienie do emocji bohatera.