Zdecydowanie dla wytrawnych kinomaniaków i to w dodatku takich, który bliski jest duch bitników, wszelkie eksperymenty (również seksualne) i poszukiwanie nowych doznań. Dla innych to nie będzie seans ani specjalnie porywający, a może nawet nudny. Ma co prawda jeden punkt mocny, który podwyższa mogą ocenę, ale w sumie jeden aktor, choć w roli głównej, nie pociągnie całej produkcji - to nie monodram.
Ekranizacja powieści Burroughsa więc spodziewajcie się dusznej atmosfery, alkoholu, narkotyków, a do tego dodajcie jeszcze związek starszego faceta z dużo młodszym od niego mężczyzną. Fascynacja, przyciąganie i odpychanie i tak przez cały film. Nawet kinem drogi bym tego nie nazwał, bo choć niby jest jakiś cel (znalezienie w Ameryce Południowej nowego cudownego związku psychoaktywnego), to wszystko co po drodze jest zwyczajnie monotonne. Aż dziwne, że jednocześnie oglądamy tą gorączkę w jakiej tkwią bohaterowie, ale poza lepkością potu my czujemy co najwyżej temperaturę letnią.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
wtorek, 11 lutego 2025
Queer, czyli cierpienia starego Wertera
poniedziałek, 10 lutego 2025
Idź pod prąd, ale film to sobie odpuść
Poniedziałek to dzień na muzykę, ale dziś o filmie. Dlaczego? Bo odgrywa ona tu ważną rolę no i szczerze mówiąc jest chyba najlepszą częścią filmu. Porwanie się na próbę opowiedzenia o kultowym punkrockowym zespole KSU, prostych chłopakach z Bieszczad, najwyraźniej przerosło reżysera ale przede wszystkim scenarzystę. Już pal licho sztuczność, jednowymiarowość postaci o których on opowiada, ale zbudowanie całej fabuły wokół pewnego esbeka, który pracował nad ich sprawą, w dodatku czyniąc go w sumie niegroźnym facetem, dzięki któremu rozwinęła się kariera "Siczki" to jakieś kuriozum. Prawdę mówiąc nie rozumiem jak ów mógł w ogóle dać swoją twarz dla takiego gówna - sceny gdy bohater bo przymusowej służbie wojskowej i zgnojeniu go, dziękuje esbekowi, że niby tyle dobrych tekstów nigdy nie napisał, jest obrazą dla wszystkich tych, których władza wcielała w mundur na siłę. Niejeden chłopak popełnił samobójstwo po takim "prezencie", a był to sposób na radzenie sobie z buntowniczymi jednostkami - dostawali nie tylko od dowódców, ale i od kolegów z sali, prostych chłopaków, którzy nie przepadali za "innymi". Pacyfista, punk, kleryk, wegetarianin, student wyrzucony za brak pokory mieli przechlapane. A tu? Wzrusza się nad tym ramionami i funduje hasło "Wolność jest w nas".
niedziela, 9 lutego 2025
Koniec - Marta Hermanowicz, czyli to się za nami ciągnie
Te przebłyski raz dotyczą bowiem babki, raz matki, raz córki. Każda z nich już od małego zbiera wokół siebie jakieś słowa, zdarzenia, myśli, które powoli odbierają wszelką radość życia, coraz bardziej wypełniając jedynie obowiązkami, determinacją, ale i żółcią.
sobota, 8 lutego 2025
...i ujrzeli człowieka - Michael Moorcock, czyli szamocąc się duchowo i psychicznie
Najnowszy tom z kolekcji Wehikuł czasu, wydawanej przez Rebis, to rzecz która pewnie niektórych oburzy, ale jest naprawdę smakowita, szczególnie jeżeli człowiek sobie uświadomi, że to powieść sprzed 60 lat. I powiem Wam że wciąż może zaskakiwać, wciąż skłania ku refleksji.
Czy jest obrazoburcza, jak pewnie niektórzy by okrzyknęli. Cóż. Jeżeli ktoś podchodzi do Biblii bardzo zasadniczo i nie akceptuje ani żadnych żartów (patrz Żywot Briana) ani też jakiejkolwiek alternatywnej wizji historii Jezusa, lepiej niech po ten tytuł nie sięga. Ja nie czuję się obrażony, bo zdaję sobie sprawę, że celem autora nie było wmawianie nam, że nie było prawdziwego Syna Bożego, tylko opowieść o tym jak pewna obsesja może okazać się czyimś przekleństwem, odbierając całą radość życia. Różne sceny rzeczywiście są dość niesmaczne, pamiętajmy jednak że to wszystko próby skonfrontowania się z tradycją ludzi, którzy pragnęli by to odrzucić. Lata 60 pełne są takich eksperymentów i wiele z nich po prostu warto pominąć milczeniem, a nie wyciągać na wokandy sądowe i jeszcze bardziej nagłaśniać. Coś się neguje, a potem ze zdziwieniem obserwuje, że i tak dla ludzi w chaosie współczesności to na tyle ważne, że próbują do zniszczyć, ośmieszyć, obrzydzić. A im bardziej próbują, tym bardziej sami okazują się godni współczucia i ogarnięci jakimś szaleństwem. Skoro Boga nie ma, to czemu o nim wciąż tyle myślicie i powraca jako punkt odniesienia (negatywnego, ale jednak odniesienia) w tym co głosicie?
To nawet nie jest kwestia zabawy motywami fantastyki naukowej (patrz podróże w czasie i możliwość ingerowania w wydarzenia), ale przede wszystkim analiza czyjejś psychiki, tak mocno skupionej na próbie odpowiedzi na swoje wątpliwości, że poświęca się temu całe życie.
Co porusza martwych - T. Kingfisher, czyli i wszystko pochłoną grzyby
W sumie nie wiedziałem za bardzo czego się spodziewać, ale przyznajcie że tytuł i okładka dość kuszące i oryginalne. Niestety z zawartością trochę już słabiej. Rozumiem modę na retelling i wcale nie uważam, że korzystanie z klasycznych historii oznacza brak własnych pomysłów. Nie zawsze jednak wystarczy inwencji by rzeczywiście uznać coś za na tyle atrakcyjne, ciekawe, by zasługiwało na szeroką dyskusję, pozostajemy raczej na poziomie zabawy pewnymi motywami. Tym razem na warsztat wpadło klasyczne opowiadanie Edgara Allana Poe "0Zagłada domu Usherów". Kto pamięta niedawny serial być może będzie spodziewał się przeniesienia akcji w czasy nam współczesne, ale autorka uznała, że wystarczy trochę udziwnić bohaterów, dodać mocny charakter feministyczny czy też transpłciowy i to wystarczy by historia nabrała bardziej współczesnego charakteru.
O ile klimat więc udało się stworzyć całkiem ciekawy, jakiś element grozy, tajemnicy na pewno jest tu obecny, to niektóre pomysły w takim kształcie dla mnie są mało zrozumiałe i mało potrzebne. O ile postać kobiety mykologa, pasjonatki nauki jest napisana fajnie, to stworzenie emerytowanej żołnierki która w dodatku używa dukaizmów i określa się jako onu/jemu, pasuje tu jak kwiatek do kożucha. Wymagałoby na pewno rozwinięcia, jakiejś podbudowy (jak choćby w uroczej dualogii Becky Chambers), a tak stanowi jakiś detal, mający niewiele znaczenia a utrudniający trochę lekturę i tym samym denerwujący.
piątek, 7 lutego 2025
Wyspa pajęczych lilii - Li Kotomi, czyli jeżeli zostaniesz, musisz się dostosować
Wracam do serii z żurawiem od Wydawnictwa BoWiem (część wydawnictwa UJ), tym razem jednak trafiłem na pewną zagwozdkę. Powieść Wyspa pajęczych lilii to nie tylko fabuła, a może nawet nie przede wszystkim fabuła, ale historia rozwijająca się na poziomie językowym. Mieliśmy już przykłady tego, że tłumacze mierzyli się z gwarą, jakimiś naleciałościami regionalnymi, ale tu mam wrażenie zadanie było jeszcze trudniejsze. Chodzi bowiem o to jak zmieniały się słowa pod wpływem kontaktów między jakimiś ludami, jak język ewoluował, jak zmieniały się pojęcia, ich rozumienie. Wyspa zamieszkiwana przed niewielką społeczność, praktycznie izolowana, z niewielkimi kontaktami zewnętrznymi jest dobrym miejscem do obserwowania zwyczajów, tworzenia się mitów, legend, ale i właśnie języka. Tylko jak to przełożyć na polski?
Mam wrażenie że tym razem coś nam umyka przy lekturze, że nie dostrzeżemy wszystkich jej niuansów, a przebijanie się przez używane słownictwo, próby jego zrozumienia w każdym słowie, sprawiają sporą trudność i trochę odbierają przyjemność z czytania. Mamy aż trzy różne języki, którymi posługują się postacie, a znalezienie na to pomysłu w języku polskich nie było proste. Oczywiście można by chłonąć jedynie atmosferę, nie schodząc na poziom poszczególnych zdań, tak jakby podążając za bohaterką, która też nie rozumie początkowo zbyt wiele, uczy się tego języka. Nie jesteśmy jednak przyzwyczajeni chyba do takiego uczestniczenia w historii, jest w nas usilne pragnienie zrozumienia każdego słowa.
Sztuka i seks, czyli Peggy Guggenheim
Monodramy bardzo lubię, ale to wcale nie taka łatwa sztuka, by utrzymać uwagę widzów przez półtorej godziny. Czasem mimo pewnej charyzmy, umiejętności aktorskich, tekst i pomysły reżysera niestety nie dają pełnej możliwości stworzenia jakiejś wyjątkowej kreacji. Tak mam wrażenie że jest trochę ze spektaklem Ewy Kasprzyk w reżyserii Karolina Kirsz.
Osobowość Peggy Guggenheim, kolekcjonerki i mecenaski sztuki, na pewno jest na tyle barwna że materiał na ciekawą opowieść jest. W końcu to kolorowy świat bohemy, wielkie pieniądze, ekscentryczny styl życia, liczne romanse, wojna, dramaty oraz kolekcja o którą walczyły największe muzea świata.
Jak to przenieść na scenę?
środa, 5 lutego 2025
Jak zbudować napięcie, czyli Paderborn i Złodziejski spadek
Pytanie z tytułu notki: "jak zbudować napięcie" warto zadawać pisarzom, których książki zrobiły na nas wrażenie. Ale wiecie co? Ani Remigiusz Mróz ani Bożena Mazalik raczej nie należą do takich, którym warto byłoby je zadać z nadzieją na uzyskanie sensownej odpowiedzi.
Oczywiście każda ocena jest subiektywna i pewnie znajdą się tacy, którzy uznają oba tytuły za arcydzieła i będą zapewniać że zarwali dla nich noc. Gdy się porównuje jednak z wieloma innymi tytułami (a kryminały czytam praktycznie non stop), człowiek nieuchronnie podnosi poprzeczkę oczekiwań. Na Notatniku nigdy też nie próbuję się krygować i nawet jak coś dostaję do recenzji (Złodziejski spadek) nie będę szukał na siłę komplementów. Obie pozycje to średniaki, w oby nie zagrało trochę coś innego i o tym dzisiejsza notka.
Zacznijmy od Mroza.
Pamiętam te emocje przy pierwszych tomach z Chyłką - ciekawa bohaterka, intrygujące fabuły, a potem z tomu na tom robiło się coraz bardziej powtarzalnie, nieprawdopodobnie i jakoś mniej ciekawie. Ale seria dobrze idzie, czytelnicy polubili też inne postacie (Langer) to i nagle okazuje się, że można dalej eksploatować to w może trochę bardziej sensacyjno-kryminalnej formule. Już nie tylko sąd jest areną zmagań z różnymi psycholami, a sprawiedliwość można wymierzać na różny sposób.
wtorek, 4 lutego 2025
Rozstanie i żałoba, czyli Crossing i Jutro o świcie
W głośnikach wieczór z Waglami w Radiu Nowy Świat a ja siadam do pisania o filmach jak staram się to robić co wtorek. Wybieram tym razem ze szkiców dwie produkcje dalekie od przebojów kinowych. To kino kameralne, dla wytrawnych kinomaniaków. Oba jak zobaczycie mają plakaty z morzem/oceanem, a czy coś więcej je łączy? Może motyw tęsknoty. Choć i w jednym i drugim przypadku ma ona inny wymiar.
Szwedzki reżyser o gruzińskich korzeniach Levan Akin w swoim najnowszym filmie zaprasza nas do Turcji, ale nie po to by fundować obrazki dla turystów, a raczej przyjrzeć się innemu wymiarowi życia miasta. Oto starsza kobieta, emerytowana nauczycielka, przybywa z Gruzji by szukać tu swojej siostrzenicy. Ma wyrzuty sumienia, bo kiedyś cała rodzina odrzuciła transseksualną dziewczynę - w niewielkiej wiosce wybrali wierność tradycji i stosunki z lokalną społecznością, a dziewczyna uciekła z domu. W Stambule takich jak ona jest sporo, tworzą całą społeczność, wspierają się, walczą o to, by nikomu nie stało się nic złego.
poniedziałek, 3 lutego 2025
To nie najlepszy czas dla wrażliwych ludzi - Patrick The Pan, czyli all you need is...
Robię niewielką przerwę w pisaniu o teatrze, wracam w czwartek, bo w zanadrzu jeszcze kilka rzeczy, a potem już chyba co tydzień do połowy marca coś w kalendarzu. Warto jednak urozmaicać, a więc dziś muzyka, wtorek to filmy dla wytrawnych kinomaniaków, a środa czas na kryminał.
Ach jak bardzo ta płyta mi ostatnio we mnie gra. Od tytułu, przez poszczególne kawałki, teksty, aż po jakąś dziwną melancholię w jaką mnie wprowadza. Niby melodyjnie, ale raczej do zasłuchania się, a nie do zabawy. Niby lekko, a jednocześnie jest w tym dużo fajnego przekazu, spojrzenia na rzeczywistość z uważnością, ale i wrażliwością. Krążek wydany własnym sumptem, poza dużymi wytwórniami, tym bardziej doceniam więc odwagę i biję brawa.
niedziela, 2 lutego 2025
Belfer, czyli zamiast do więzienia - do teatru
Przewrotny to tekst, bo przecież od początku "potwór" przyznaje się do tego co zrobił, opowiada o tym, tłumacząc co go pchnęło do tego czynu, kiedy przekroczy granicę za którą przestał się hamować. Ale ważne jest to, że jego "kara" jednocześnie stała się dla niego nobilitacją. Wreszcie uwolniony od złudnej nadziei, że uczniowie będą chcieli skorzystać z tego co im przekazuje, staje się aktorem, showmanem, cieszącym się z bycia w centrum uwagi.
sobota, 1 lutego 2025
Mianujom mie Hanka, czyli to nasza ziemia
50 słów, czyli nie zawsze tak jak w bajce
***
Mocno mi się zaczął rok teatralny 2025. Teatr POLONIA udostępnił deski swojej sceny dla łódzkiego Teatru Kamila Maćkowiaka, który zaprezentował spektakl „50 słów” autorstwa Michaela Wellera. Spektakl - dla mnie - z efektem WOW!, zapadający w pamięć, drapiący od spodu skórę. Spektakl dla ludzi szczerych wobec siebie i nie bojących się prawdy o sobie. Spektakl dla szczęściarzy, którzy zdołali wygrać dobry związek. I chyba przede wszystkim dla tych, którzy planują małżeństwo.
Zapatrzeni w telewizję i ckliwe komedie romantyczne często marzymy o ślubie jak z bajek i filmów Disney’a. Nikt jakoś nie zwraca uwagi, że autorzy bajek i sam Disney zatrzymywali się w tym momencie ze słowami: i żyli długo i szczęśliwie. Dlaczego? Wiedzieli coś o czym nie chcieli mówić?












