wtorek, 12 marca 2019

Śpiąca królewna, czyli magia baletu


Kolejny spektakl baletowy  Teatru Bolszoj obejrzany w kinie Praha w ramach cyklu nazywowkinach.pl, tym razem „Śpiąca królewna” do muzyki  Piotra Czajkowskiego, w choreografii Jurija Grigorowicza (wg Mariusa Petipy), ze słowem wstępnym wygłoszonym przez ognistowłosą Katarzynę Gardzinę-Kubałę.



To piękny balet. Jest taki bajkowy, delikatnie „opowiedziany” ruchem. Niby znana bajka, niby wszystko wiemy, ale jakże trudno wyczarować ruchem miłość, zakłopotanie, wściekłość i wszystkie inne emocje, które targają człowiekiem, a balet Teatru Bolszoj tę sztukę doprowadził do perfekcji. Ten spektakl to (jak mówią znawcy) encyklopedia baletu, bo nastawiony jest na popisy poszczególnych tancerzy, na duety i ogromne sceny zbiorowe. Żeby ten balet mógł pokazać cały swój urok zawarty w choreografii potrzebny jest ogromny zespół baletowy, który posiada dużą ilość wspaniałych solistów i ogromną rzeszę tancerzy „pomniejszych”. 

niedziela, 10 marca 2019

Operacja Anthropoid, czyli zrzuceni z misją

Ciekawe, że film wojenny o wydarzeniach w Czechosłowacji, nakręcili Anglicy i to praktycznie bez korzystania ze wsparcia aktorów czeskich czy słowackich (ale za to wzięli Dorocińskiego :)). U nas raczej takich filmów nie lubimy, uważając że zwykle są spłycone, upraszczają wersję wydarzeń, nie ma co jednak udawać: docierają one na pewno do większej grupy osób, niż to co moglibyśmy sami stworzyć. Tu nawet nie chodzi o zatrudniane gwiazdy, budżet na produkcję (bo prawdę mówiąc w jakości nie widzę różnicy), ale o promocję, możliwość wyświetlania tego za granicą. Skoro opowiadają o własnej historii, a nasza jest nie mniej interesująca, to czemu im nie podsuwać na to pomysłów - mimo obaw, że ją spłycą...
O zamachu na Reinharda Heydricha, nazistowskiego protektora Czech i Moraw mówi się, że to jedyny udany zamach w trakcie II Wojny Światowej na tak wysokiego oficera. Jest więc o czym opowiadać, czym się chwalić. Choć nie ma tu triumfalizmu, bo i koszta tej akcji były ogromne.

Niezatańczone tango, czyli obecność Matki

Mam do napisania trzy notki teatralne, w tym tygodniu kolejne trzy spektakle, widzę więc, że ta jedna notka dziennie to nawet mało, by o wszystkim napisać :) A kiedyś się wydawało, że nie będzie o czym pisać... Teraz mogę liczyć jeszcze na wsparcie M. więc o systematyczność wpisów nie muszę się martwić. Może jedynie o to, że każdy nowy przesuwa trochę do historii poprzednie, skazuje je na mniejszą oglądalność. Mam nadzieję jednak, że kto chce, to je znajdzie.
R

[...] tango to taniec, który trafia do serca. Jest w nim dramatyzm i pożądanie, niezobowiązujące poddanie się partnerowi i bliskość, która trwa tylko przez chwilę, ale którą długo się pamięta. Wszystko zależy od tego, z kim się tańczy. /J.L. Horst/

Nostalgiczny spektakl o życiu. A może o tangu, ukochanym tańcu bohaterki. Bo przecież w życiu kochamy, targają nami różne emocje, przeżywamy problemy, a tango to taniec, który to odzwierciedla. A jeśli dodatkowo jest się wielbicielką tego tańca… zawsze się znajdzie odniesienie życia do tanga i odwrotnie.
Spektakl napisany w oparciu o prozę Myśliwskiego, wyciszony, momentami smutny, momentami czuły, o relacjach między kobietą a mężczyzną, a w tym między matką i synem. Łączący w całość postacią kobiety, której już nie ma, a która opowiada o codziennych problemach, z którymi wszyscy się zmagamy, kłopotach, których doświadczamy, małych troskach i radościach, o relacjach ze spotkanymi na naszej drodze ludziach. Jak mówi sama Grażyna Barszczewska: „Takie tango życia, tango codzienności, porywów namiętności i czułości”.

sobota, 9 marca 2019

Farerskie kadry. Wyspy gdzie owce mówią dobranoc - Maciej Brencz, czyli niczym na końcu świata


Islandia przeżywa zwiększone zainteresowanie turystów, pewnie mocno się zmienia pod ich wpływem i to dość naturalny proces. A jak to wygląda w jeszcze mniejszej społeczności, jeszcze bardziej izolowanej przez długie lata, na dużo mniejszym terenie? Maciej Brencz, zafascynowany Wyspami Owczymi stara się nam przybliżyć zarówno przeszłość, jak i teraźniejszość tego fascynującego miejsca na Atlantyku. Niby położonego tak blisko Europy i oficjalnie będącego częścią Danii, a tak odmiennego. Krainy ludzi bardzo otwartych i życzliwych, ale jednocześnie twardych i przyzwyczajonych do otaczającej ich rzeczywistości, nie przepadających za zmianami. Oto około 50 tysięcy mieszkańców rozrzuconych na mniejszych i większych wyspach wulkanicznych, ludzi zdanych na surowe warunki pogodowe, zależność od kontynentu, a jednocześnie całkiem poważnie myślących o niezależności. To potomkowie rybaków, hodowców owiec, przyzwyczajeni do fizycznej pracy, angażujący się w przeróżne aktywności, pełni pasji, wrażliwości, ale i nie bez wad. Brencz opowiada równie ciekawie o wyspach, jak i ich mieszkańcach, bo warunki życia wpływają na to, że są oni bardzo specyficzni. Jeszcze kilka dekad temu pogoda mogła pokrzyżować im nawet kontakt z rodziną czy znajomymi - mimo niewielkiej odległości między wyspami, byli zdani na promy. Dziś budują kolejne tunele, które łączą poszczególne miejsca, ale i tak nie każdy by się odnalazł w tych warunkach - niby do miasta z kinem i galerią handlową można dojechać w niecałą godzinę, jednak ta codzienna rzeczywistość jaka cię otacza to raczej pustkowia, niewielkie skupiska domków, cisza, w której słychać wyraźnie jedynie wiatr, beczenie owiec i krzyk ptaków. 

piątek, 8 marca 2019

Kobiety mafii 2, czyli młotkiem, wiertarką, piłą, wyrzutnią...


I znowu mam zaległości kinowe. Ale co tam. Trochę więcej czytam, sporo oglądam w tv. Drugi sezon Mr. Mercedes trochę przekombinowany, ale lubię tego bohatera, z przyjemnością wchodzę w 5 sezon Luthera, a i Detektyw wciąga. Ten ostatni sprawia, że o raz pierwszy mam ochotę recenzować kolejne sezony w osobnych notkach, czego nigdy przecież nie robiłem. Ale może kiedyś... Skoro recenzuję sequele i prequele... Jak choćby ten dzisiejszy. Vega bezczelnie wykorzystuje popularności i robi filmy trochę na jedno kopyto, traktując je trochę niczym serial - część postaci zostaje ta sama, jakieś wątki się kontynuuje, ma się dziać tyle, żeby widz się nie nudził i dajemy obietnicę, że lada chwila będzie ciąg dalszy... Jeszcze ostrzejszy, jeszcze szybszy...
Skoro panie mają głos, to róbmy filmy o paniach. Ale tak po męsku, czyli niech klną, pieprzą się i robią interesy dokładnie tak jak faceci. to nawet ciekawiej wypadnie na ekranie, bo facet z kałachem na nikim już wrażenia nie robi, ale jak niebrzydka babka? Równie bezwzględna i robiąca demolkę niczym największy bandzior?

środa, 6 marca 2019

Bez słowa - Rosie Walsh, czyli poczuć się kochaną

Zdaje się, że notka książkowa w tym roku nr 18. I potwierdzenie dla mnie mojej niechęci do obyczajów. Kryminały czytam jeden po drugim i rzadko kiedy czuję się tak rozczarowany. Owszem, zdarzało się trafić na książki "babskie", które mi się podobały, ale obawiam się, że gdybym czytał je jedną po drugiej, jeszcze bardziej raziłby mnie ich schematyzm, brak realizmu w postępowaniu bohaterów. Tu mój zawód był całkiem spory.
Niby autorka starała się dodać jakąś tajemnicę, coś co sprawiłoby, że czekamy na jakieś rozstrzygnięcie, jednak 90% książki to wzdychanie i irracjonalne zachowania. 

Znali się tydzień, pierwszego dnia poszli do łóżka i po tygodniu stwierdzają, że bez tej drugiej osoby żyć nie mogą, całe życie są gotowi skreślić, byle tylko móc być razem...

wtorek, 5 marca 2019

Obietnica poranka, dla syna, dla matki

Nie będę pisał o planach na notki na najbliższe dni, ale chyba sporo będzie książek. Niby czytam zaledwie dwie godziny dziennie, ale jakoś mam wrażenie, że szybciej "wchodzą" mi ostatnio różne rzeczy. Dobrze trafiam?

A dziś o filmie. Zupełnym przypadkiem zobaczyłem w tv zwiastun i zaciekawiła mnie ta historia. Romain Gary jest mi jako pisarz nieznany, choć ma na swoim koncie sporo nagród (może kiedyś będzie trzeba coś nadrobić?), ale moją ciekawość wzbudziło jego pochodzenie. Choć karierę robił we Francji i całe życie starał się zasłużyć na miano jej honorowego obywatela, wychował się na terenie Polski, a naprawdę nazywał się Romain Kacew.
Film nie jest jednak łzawą historią o tym jak to trzeba było uciekać z Polski, a nowa ojczyzna przyjęła go z otwartymi ramionami, nie ma w nim nawet zbyt wiele na temat tego, że z powodu pochodzenia bohater miał jakoś bardzo pod górkę w życiu. To opowieść o silnej relacji z matką, tak bliskiej, że aż zniewalającej, na granicy obsesji. Miłość, która kontroluje, która chce ogarnąć wszystko jest ciekawym tematem i choćby dlatego film, choć może nie porywający, jest wart obejrzenia.

Królestwo - Szczepan Twardoch, czyli ku przestrodze

Przeglądam notki i trochę łapię się za głowę - co to by była za tragedia jakby blogspot coś mi skasował. 2986 opublikowanych wpisów, 100 szkiców... I to nie tylko moich, bo w różnych okresach pojawiają się całkiem licznie wpisy gościnne. Tak jak choćby dziś. Nie każdy daje się namówić na założenie własnego bloga (skutecznie udało się to dwa razy i to na tyle skutecznie, że są bardziej znani i lepsi :)... Jak tu by wszystko zachować?

*****


Nie lubię książek o wojennych czasach, bo za mocno je przeżywam. Ale jak oprzeć się Twardochowi, który swoją prozą, od pierwszego zdania, potrafi zaczarować czytelnika? I jak jest się ciekawym dalszego losu tytułowego „Króla” z poprzedniej jego powieści? A Twardoch ma w sobie moc przekazywania prawdy w sposób szczery aż do bólu, co uważam za ogromny atut. Kontynuacja „Króla” w kolejnej powieści „Królestwo” to mocne, wstrząsające rozliczenie stosunków polsko-żydowskich w czasie II wojny światowej. To obalanie mitów, że Polak to ten dobry, a Żyd – ten zły. Tu człowiekiem może być Niemiec, a zdrajcą ten, z którym piłeś wódkę. Autor chłoszcze wszystkich równo, bez względu na wyznanie, przekonania polityczne, narodowość. I jest w tym ogromna autentyczność, która obala mity, że wojna to tylko „wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani…”, że to czas zdrad, królestwo najniższych instynktów, stępienia wrażliwości, czas zezwierzęcenia ludzi. Czas niepewności, czas zdania się na własne siły, bo brakuje przyjaciół – są jedynie jednostki ludzkie, które można wykorzystać do swoich celów lub takie, które zagrażają naszemu życiu. I od naszej lub ich subiektywnej oceny zależy życie.

poniedziałek, 4 marca 2019

Halo Szpicbródka, czyli musical jak się patrzy

Dziś recenzja podwójna, bo choć zwykle z M. piszemy dialogi, tym razem stwierdziliśmy, że damy dwa głosy - różne pokolenia, pamiętające m.in. film, mogą na ten spektakl patrzeć pewnie inaczej. Wyszliśmy z teatru przede wszystkim rozmawiając o muzyce, piosenkach, a jak zatem oceniamy całość?

Na pewno nie jest to odtworzenie tego co pamiętamy z ekranu - scena Teatru Syrena nie daje możliwości takiego rozmachu, ale reżyser Wojciech Kościelniak to co mogłoby postrzegane być jako słabość przekuwa na atut. Wykorzystanie projekcji, ciekawych pomysłów na odgrywanie pewnych scen (np. bójek) w spowolnieniu, dodanie akcentów i postaci komediowych, dobrze wplecione w akcję piosenki - to wszystko sprawia, że jakoś nie przejmujemy się brakiem pompy i rewii jaką pamiętamy z kina. Zresztą co ciekawe nawiązań filmowych jest tu cała masa, ale nie tyle do oryginału z lat 70, ale do kina jakie można było oglądać w przedwojennej Warszawie. W ten sposób "Halo Szpicbródka" nabiera fajnego klimatu, czegoś w dawnym stylu, pewnej elegancji. Jakże niewiele dziś jest takich spektakli, bo przecież zwykle stawia się na elementy współczesne, bardziej dosadny humor... Tymczasem tak niewiele trzeba, aby się dobrze bawić, doceniając właśnie to odmienne podejście.

niedziela, 3 marca 2019

Największy dar, czyli szukając uzdrowienia


Dziś o filmie wyjątkowym. Nie dlatego, że religijna tematyka rzadko kiedy pojawia się na ekranach, bo też ten film trudno nazwać wprost religijnym. Jest świadectwem. Ale nie wszyscy bohaterowie mówią wprost o Bogu, choć dla wielu z nich doświadczenie, o którym opowiadają ma wymiar duchowy, jest łaską i darem. W końcu w świecie, który stawia raczej na inne wartości, zachęca do skupiania się na sobie, wybaczanie jest passe, postrzegane jest jako słabość, głupota... Mądry dziś jest raczej ten, który wciąż pamięta o krzywdzie, dopomina się zadośćuczynienia, pielęgnuje w sobie pamięć o byciu ofiarą, bo dzięki temu świat wciąż się nad nim pochyla, stara mu się wynagrodzić, jest po jego stronie. No i znów można powiedzieć, że w świetle Ewangelii wszystko to o czym opowiada ten film ma sens: stań się głupim dla świata, po to by odkryć prawdziwą mądrość. Tkwiąc w swoim bólu, nie potrafiąc wybaczyć, sami siebie ranimy, nie potrafiąc przebaczyć, tkwimy w ciemności jakie sobie stworzyliśmy. Choć psychologia może twierdzić, że przebaczenie nie jest niezbędne dla prawidłowej terapii, ci którzy przeszli ten etap, mogą potwierdzić jaki ciężar zostaje wtedy zdjęty im z serca. Przebaczenie daje radość i pokój w sercu, przynosi owoce jakich byśmy się nie spodziewali.
I o tym jest właśnie ten film. Nietypowy...

sobota, 2 marca 2019

A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi - Agnieszka Pajączkowska, Aleksandra Zbroja, czyli zatrzymajmy się na chwilę

Wydawnictwo Poznańskie szaleje z reportażami - geograficznie (polscy autorzy piszący np. o mniej znanych zakątkach świata, ale i autorzy zagraniczni piszący o wydarzeniach aktualnych) i socjologicznie wkraczając w jakieś nowe tematy, (stawiając nie tylko na nazwiska już uznane, ale i debiuty), przypominając historię, dotykając rzeczy zarówno bliskich, jak i odległych.
"A co wyście myślały" nie niesie dla mnie ze sobą wielkich zaskoczeń, mimo wszystko jest lekturą całkiem ciekawą. Dla kogoś kto przez długie lata wakacje spędzał na wsi jak ja, miał z nią kontakt i ma porównanie jak zmienił się poziom życia, to raczej pewne stereotypy o zacofaniu będą dziwić, a nie ich obalanie.
Autorki to młode kobiety i choć nie narzucają nam swoich przekonań, rozmowy jednak pokazują pewien kierunek, który ewidentnie pojawiał się w ich rozmowach (pytaniach?). To nie jest tylko: jak Wam się tu żyje, ale bardzo wiele pytań dotyczy spraw moralnych, praw kobiet, tego na ile mogą być niezależne od mężczyzn, postrzegania mniejszości seksualnych, czy zmniejszającej się roli Kościoła. W tak krótkich rozmowach jakie są cytowane widać, że materiał był trochę selekcjonowany.

piątek, 1 marca 2019

Upadłe anioły, czyli jak sie bawić to z najlepszymi



Lubię sztuki, które mózg zakręcą, zwoje wyprostują, psyche wytrzepią, ale dla równowagi od czasu do czasu trzeba pobiec na jakąś komedię. Już wiem kto reżyseruje tak, że śmieję się serdecznie, ale i z tyłu głowy myśl jakaś zakiełkuje, coś się obnaży, wyjdzie przysłowiowe „szydło z worka”. Bo komedia musi bawić, ale dobrze zrobiona zawsze pozostawi nas z pytaniem: A jakie ty masz sekrety? A może myślisz podobnie? A może wcale nie jesteś taki na jakiego chcesz wyglądać, itp. Itd. Mówię oczywiście o Krystynie Jandzie i jej reżyserii. Nie dość, że sama aktorką jest nieprzeciętną, to sztuki w jej reżyserii są po prostu cudne.

Kafarnaum, czyli po co się urodziłem

Marzec zacznijmy kolejną świeżą produkcją filmową.

Dziwne, że ten film nie zgarnął Oscara, bo jak żaden z tegorocznych porusza serce tak, że trudno pozostać wobec niego obojętnym. A może właśnie dlatego nie wszędzie jest doceniany, że podejrzewa się reżyserkę o próbę manipulowania emocjonalnego? Wszak opowiada zmyśloną historię, gra na naszych uczuciach, trudno nam uwierzyć w dziecko, które oskarża własnych rodziców o to, że nie powinno się urodzić, żąda odebrania im praw do posiadania jakichkolwiek dzieci. Czy świadomość, tego że to fabuła, a nie reportaż zmienia cokolwiek? Przecież  Nadine Labaki nie udaje, że to historia biograficzna, zebrała jednak aktorów, z których prawie każdy ma podobne rzeczy do opowiedzenia, uchodźców, imigrantów, ludzi bez domu, pracy, przyszłości. Ten film jest wołaniem o to, byśmy jako świat pamiętali, że w każdym z tych konfliktów, kłótni o to czy kogoś wpuszczać, czy trzymać w obozach, odsyłać czy dawać szansę, są również dzieci. Niewinne temu jaki los ich spotyka, bezradne wobec tego co dotknęło ich rodziny, nie mające wpływu na to co przed nimi. I co z tym zrobimy?