wtorek, 6 stycznia 2026

Norymberga, czyli z tego pojedynku niestety zapamiętamy tylko jednego

Nie jest łatwo zrobić film o koszmarze wojny, który w dodatku ma opowiadać o rozliczeniach zbrodni po jej zakończeniu. Zdaje się że twórcy nie bardzo mogli się zdecydować na co położyć większy nacisk - na próby "rozpracowania" psychologicznego z Hermannem Göringiem, na pokazaniu jego winy, czy też sądowniczy thriller polegający na tym czy tą winę da się udowodnić. Wepchnięto wszystkiego po trochu i mimo świetnej roli Russella Crowe'a ten film może znużyć i nie ma w nim raczej nic ekscytującego. A może problem tkwi właśnie w słabości głównego bohatera, który nie stanowi równorzędnego partnera dla człowieka, którego ma rozpracować dla amerykańskiej armii i rządu? To była ich inicjatywa, by postawić przed międzynarodowym sądem najwyższych oficerów i polityków niemieckich odpowiedzialnych za dokonywane zło, więc nie mogą pozwolić sobie na porażkę. Nie mogą też pozwolić na to, by Niemcy popełniali samobójstwa - wszystko ma zakończyć się w świetle kamer i po wyroku. 

Stąd też pomysł, by do aresztowanego Göringa wysłać wojskowego psychiatrę Douglasa Kelleya (Rami Malek), który ma zadanie wydobyć z niego jakieś dowody przyznania się do winy, jakieś drobiazgi, których może uchwycić się oskarżyciel. 

  

Tyle że ten proces zaczyna wyglądać nie tylko jak powolne zaprzyjaźnianie się z więźniem, ale i w jakiś sposób fascynacja tym człowiekiem przekonanym o swojej wyjątkowości i słuszności. Niby czyny jakich się dopuszczał, rozkazy jakie podpisywać budzą przerażenie, ale słowa jakimi broni swoich poglądów niestety i dziś mogą mieć siłę uwodzenia - silne państwo, walka z tymi, którzy je osłabiają, postawienie na dobro własnego narodu, a usunięcie z pola widzenia jakichkolwiek "innych", którzy podobno na narodzie żerują. 
Cała ta historia mogłaby mieć moc ostrzegania, przed tym, że pewne hasła, poglądy, które mogą wydawać się nie groźne, niosą za sobą olbrzymie ryzyko szerzenia nienawiści, a tym samym prowadzić do przemocy. Może książka napisana przez postać graną przez Melaka taką moc ma. Ale film niestety nie. Niby czujemy, że ci ludzie siedzący w celach nie są psychopatami, oni są mężami, ojcami, ludźmi normalnymi jak my, ale to co siedzi w ich głowie, w sercu, popchnęło ich do strasznych czynów. Oni wierzyli, że czynią dobrze, że służą narodowi. Ślepa wiara w przywódcę, w jego przesłanie, oportunizm, brać refleksji i szybko posuwali się od wybijania szyb do palenia ludzi. 
 

Warto zobaczyć chyba głównie dla kapitalnego Russella Crowe'a, nie znalazł on jednak godnego partnera, by film mógł wybrzmieć mniej jednowymiarowo, by te ich rozmowy bardziej iskrzyły, a nie były pokazywaniem siły tkwiącej w jednym z nich.  

Niezłe kino historyczne, niestety raczej niewykorzystany do końca potencjał. Na pewno nie porwie tych, którzy nie są pasjonatami. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz