Dziesiąty już album tej kapeli, to już bardziej emeryci niż młoda kapela po której byśmy spodziewali się takiej dawki energii, a tu proszę.
W duchu takich gigantów jak Cure czy The Smiths Suede też w tekstach dotyka różnych lęków i emocji jakie kotłują się czasem w głowach ich liderów, muzycznie też nawet pewnie można by znaleźć podobieństwa, choć chyba więcej w tym zarówno kopa jak i mroku, może bliżej im do punk rocka?
Hałaśliwie, ale i melodyjnie, a jednocześnie o depresji i koszmarach? A czemu nie. I ta muza nie dołuje, raczej nakręca do działania, pobudza niezłą dawką energii. Znajdzie się co prawda kilka spokojniejszych numerów, ale to początek tej płyty mam wrażenie że bardziej"wchodzi" i do niego się chętniej wraca. Jest w tym coś zadziornego, chuligańskiego, czego raczej byśmy się spodziewali po małolatach, wcale nie tak często się zdarza, żeby album studyjny miał taki charakter, który bliższy jest atmosferze koncertu, miał taki wykop.
Co tu dużo gadać - podoba się! Sporo fajnych solówek gitarowych, fajne melodie, dobra energia. Jak przegapiliście to może warto nadrobić?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz