Drugie już wydanie tej pozycji, zdaje się rozbudowane, a autor reklamuje się wiadomością, że na jej podstawie Amerykanie nakręcą film, którego premiera zdaje się już w tym roku.
Sam pomysł doceniam - wszak dotarcie do ludzi, którzy niepodzielnie rządzą jakimś krajem nie zawsze jest możliwe, ale ludzie z ich otoczenia mogą sporo zdradzić. Czy jednak taką osobą może być kucharz? Tu miałbym wątpliwości, choć jak pokazuje część tych rozmów, to czasem bardzo ciekawe opowieści zza kulis. Sam Szabłowski dorzuca jakieś informacje, pokazuje tło, bo jego rozmówcy nie zawsze jakoś do tego nawiązują. Oni przecież żyli niczym pączki w maśle - byli dobrze wynagradzani, doceniani, a że służyli dyktatorom... Cóż. To nie oznacza że popierali to co oni robili, czasem nawet bali się odmówić, bo groziło by im to śmiercią. Ba, niektórzy boją się do dziś i długo pewnie zajmowało autorowi ich przekonanie do rozmowy, do pokazania twarzy, zdradzenia nazwiska.
Osiem lat jeżdżenia po świecie, dziesięciu pośrednich bohaterów, choć o ich zwyczajach, zachciankach, o tym jak się zachowywali w mniej oficjalnym otoczeniu, opowiada innych dziesięciu ludzi, zwykle anonimowo stojących w kuchni.
Od Saddama Husajna po Fidela Castro, od Kim Dzong Ila po Wojciecha Jaruzelskiego, a nawet Muammara Kaddafiego. Ludzie których się bano, którzy nie tolerowali opozycji i sprzeciwu, którzy potrafili wydawać rozkazy decydując o losach ludzi czy grup nawet za wydawałoby się błahe winy. A tu czytamy historie o ludziach zupełnie zwyczajnych, którzy lubią proste przyjemności, często w kapciach, w otoczeniu bliskich. Kucharze którzy dla nich pracowali najczęściej nie mają o nich zbyt wiele złego do powiedzenia - to jakieś proste historie o ich reakcjach, spotkaniach z nimi, o tym jak starali się ich zadowolić. I to pierwszy zgrzyt. Jest bowiem w tym trochę takiej postawy oportunistycznej - może i byli strasznymi tyranami, mają na koncie jakieś ofiary, ale ja tylko dla nich pracowałem i byli dla mnie mili, nie powiem złego słowa. To wybrzmiewa w większości tych rozmów, czasem wyraźniej, czasem mniej. Nawet bywa że to słowa usprawiedliwiające wszystkie ich czyny, jak w przypadku kobiety, która gotowała dla przywódcy Czerwonych Khmerów.
Co nam więc ma dać ten reportaż poza wiedzą prawie anegdotyczną i kilkoma przepisami kucharskimi. Mamy ze spokojem przyjąć ten inny obraz ludzi, o których raczej historia wiele dobrego nie ma do powiedzenia, by teraz jakoś łagodzić ten wizerunek? To może kucharzy Hitlera i Stalina też zacytujmy. Nie wiem po co nam ta wiedza.
W każdych czasach, nawet najtrudniejszych bywa tak, że ktoś musi wykonywać pracę w otoczeniu przywódcy, czasem nawet robi się to pod przymusem. I niby nie ma z tego powodu wstydu, to raczej też nie ma powodu do przypisywania sobie jakichś zasług, bycia z tego dumnym. To że nakarmiłeś czymś smacznym dyktatora miało uratować czyjeś życie?
Niby kuchnia łagodzi obyczaje, tu rzadko kiedy dyskutuje się o polityce, przy stole częściej można się dogadać niż w parlamencie czy na ulicy, niewiele tu jednak próby poszukania takiej wartości ich pracy.
Niby więc ciekawe, czyta się w miarę dobrze, mam jednak po lekturze bardzo mieszane uczucia i raczej więcej niesmaku niż nieba w gębie, czy też w głowie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz