piątek, 2 stycznia 2026

Listy do M. Pożegnania i powroty, czyli cukierkowo i niestety niemrawo



Co prawda dużo przyjemniejszą tradycją świąteczną jest oglądanie po raz kolejny "To tylko miłość", ale skoro pojawia się okazja do obejrzenia kolejnej części naszej rodzimej produkcji tego typu (o niebo słabszej), to i człowiek siada żeby zobaczyć co tam nowego wymyślili. 

I wiecie co? Mam wrażenie że każda kolejna cześć (ta już 6) coraz słabsza. Co prawda pojawiają się jakieś nowe pomysły, całkiem zabawne np. ekipa kolędników z Mozilem i rozbudowanym wątkiem z Kiryłem Piotroczukiem, czy sceny z aresztu, ale większość to powtarzanie schematów znanych z poprzednich odsłon, wracanie do bohaterów czasem w dziwny sposób. Konia z rzędem temu kto mi wyjaśni kiedy rozchorował się i zmarł bohater grany przez Stuhra. Wszystko po to, by było łzawo i sentymentalnie. Tyle że to jednak miała być komedia. A wyszło jakoś tak...


 

Małżonka trafnie określiła ten problem najnowszych Listów do M, że są jakieś niemrawe. Wątki się ślimaczą, a sceny bardziej dowcipne są na tyle rzadkie, że nie są w stanie utrzymać naszej uwagi. 

Znowu pojawi się Karolak w roli Mikołaja, spięcia między Kariną i Szczepanem (Dygant i Adamczyk), no i profesorek w depresji grany przez Malajkata. Niby to jakiś potencjał, bo ludzie lubią powracać do bohaterów jakich polubili, w tym scenariuszu jednak kompletnie nie zagrało.  

Klimat świąt jest jakby na dokładkę, więcej tu konsumpcji i zastaw się a postaw się, niż religii - rozumiem że to taka wersja Bożego Narodzenia a'la TVN. Sporo mielizn, trochę żenady i próba przekazania widzom choć odrobiny ciepełka, że niby w ten czas dzieje się magia i wszystko można naprawić jak się wierzy. Naprawdę? Ile razy można. Ja wiem - skoro ludzie pójdą i wydadzą kasę, to producentom się to opłaca, ale nie lepiej zrobić coś nowego, porządnie, popracować nad scenariuszem? 

Tu zagrywki - tu się widz uśmiechnie, a tu zapłacze są tak oczywiste, że niestety nie działają. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz