Wczoraj nominacje do Oscarów i bez zaskoczeń - Hamnet zarówno w kategorii film, reżyseria jak i za role główne ma mocne szanse na wygraną. Jessie Buckley zagrała naprawdę wybornie, a ja muszę przyznać iż historia może i mało skomplikowana, to jednak porusza serducho. Nie mówcie: to kolejny "Zakochany Szekspir" zanim obejrzycie. To nie tyle opowieść o słynnym dramatopisarzu, o jego losach, tworzeniu, czy nawet o romansie, a raczej próba uchwycenia tego jakim mógł być człowiekiem, co go ukształtowało. Przez chwilę będziecie widzieć jak próbuje tworzyć, w finale ogromną rolę gra jedna z jego sztuk, ale to co tworzy prawie w całości ten obraz to życie codzienne - rozmowy, zmaganie się z problemami, posiłki, zabawy z dziećmi, radości i przeżywane tragedie. Jego i jego ukochanej.
Dwoje wrażliwych ludzi, gdzie każde ma dobre wyczucie tego co siedzi w tym drugim, nie próbuje go zmieniać na siłę. Agnes od zawsze silnie była związana z naturą, nawet postrzegano ją jako lekką zwariowaną córkę wiedźmy, nie można jednak zarzucić jej tego że była złą gospodynią czy matką. A William? Trochę lekkoduch, marzyciel, męczący się pod okiem surowego ojca w jego biznesie, a dzięki temu że żona go wspierała i w niego wierzyła, uciekł do miasta, by tam spróbować czegoś innego. W tym się odnalazł, nigdy o nich jednak nie zapomniał, wszelkie środki wysyłając do domu, dbając żeby miały wszystko co im potrzebne. Taki mąż i ojciec, który trochę z przymusu, a może i trochę pragnąc wolności, jest z nimi szczęśliwy o ile nie musi być na stałe, bo zaraz by wszystko go drażniło. On jest ponad wieś, obowiązki gospodarza, martwienie się o spiżarnię.
Żyją jakby obok siebie, różni, a jednak uzupełniając się, kochając tak mocno że czas tego nie zmienia.
Nie znam jeszcze powieści Maggie O’Farrell, która była podstawą do scenariusza, ale mam wrażenie że to może być przypadek podobny do Snów o pociągach, o których pisałem kilka dni temu, gdzie udało się wydobyć z materiały literackiego dużo więcej nawet niż by wynikało z samej treści książki.
Hamnet bowiem urzeka zdjęciami i swoim klimatem, jakby trochę poetyckim, choć wciąż mocno bliskim życiu, jego wszystkim wymiarom. To nie jest typowe kino kostiumowe, które ma urzekać detalami, scenografią, wizualizacjami, rozmachem. Skupiamy się za to na życiu, na uczuciach, na upartej walce o życie, o to by trwać przy marzeniach, przy tym co się czuje, choćby wszyscy ci wmawiali że robisz źle.
Towarzyszymy im w chwilach szczęścia i ogromnej rozpaczy, która wydaje się po raz pierwszy ich od siebie oddalać. Każde musi znaleźć własny sposób na poradzenie sobie z traumą. I mimo że to żałoba wysuwa się na pierwszy plan, o dziwo to nie jest film, który by dołował, tak jakby wspólnie z reżyserką udawało się przejść przez wszystkie etapy, aż do jakiegoś ukojenia.
Nie wiem jak będę pamiętał obraz wyreżyserowany przez Chloé Zhao za pół roku, ale seans bardzo mnie poruszył i rzeczywiście jeżeli mógłbym powiedzieć o jakimś filmie że jest kompletny, to ten na to zasługuje. Zanurzenie całej tej historii jakoś mocno w przyrodzie, muzyka Maxa Richtera, zdjęcia Łukasza Żala, jakaś wrażliwość i uchwycenie duchowej, emocjonalnej sfery, tworzą fenomenalnie połączoną całość. Nawet trochę drętwy Paul Mescal jako William mi nie przeszkadzał :)
Takie filmy odbiera się emocjami, sercem, a nie tylko analizując je od strony detali, nie będę więc więcej pisał. Po prostu się wybierzcie. To przykład tego że sztuka może mieć terapeutyczną moc.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz