Podobno każdy nosi w sobie materiał na przynajmniej jedną książkę. I oto na rynku coraz więcej pozycji pisanych przez ludzi, których kojarzymy z zupełnie innych ról - aktorek, prawników, biznesmenów, lektorów, a teraz proszę, nawet młody chłopak, który zbudował popularność na recenzowaniu książek, rozmowach z pisarzami, pokusił się o napisanie powieści. W końcu jak ktoś już jest popularny, to i wydawca łatwiej to wypromuje, prawda? No czemu nie...
A bloger czy youtuber mocno siedzący w książkach w niczym nie gorszy od innych znanych nazwisk. Podobno jak ktoś dużo czyta, to i łatwiej może mu przyjść też pisanie. Oczywiście istnieje ryzyko, że wiele pomysłów będzie podpatrzonych, że wchodzi się w rozwiązania, które wydają się nam świeże, ale znamy je już skądś indziej, ale gdyby tak trochę pozmieniać...
Na szczęście Lato ostatnich dni nie jest kryminałem, bo tu już o schematy byłoby najłatwiej. Generalnie nawet trudno tą książkę wcisnąć jakoś w ramy gatunkowe - thriller, powieść katastroficzna, fantastyka?
No dobra, a jak wrażenia?
Poza głównym motywem, czyli nadciągającą na niewielką społeczność nieokreśloną katastrofą, ciężko dopatrzeć się tu mocniejszych powiązać pomiędzy rozrzuconymi historiami. I to jest podstawowy mój zarzut. Są wątki słabsze, ciekawsze, ale ponieważ z góry autor założył sobie że to pierwszy tom jakiejś opowieści, żaden z nich prawie się nie kończy, wszystkie są urwane. To byłoby jednak do wytrzymania, gdyby jednak pojawił się choć jeden wątek główny, jakaś postać, która by to wszystko łączyła, której losy byśmy śledzili z zainteresowaniem.
Jeżeli mamy kilkanaście osób, o których dowiadujemy się całkiem sporo, bo autor często cofa się w ich życiorysach całkiem daleko, to jakoś umyka nam to że najważniejsze jest to co zrobią w teraźniejszości. Niektóre więc nas mogą zaciekawić, ale zaraz ich historia się urywa, nie wiemy jaki będzie miała wpływ na to co zrobią w sytuacji zagrożenia, zaczyna się kolejny wątek i przyglądamy się kolejnej postaci, by powrócić do kogoś dopiero po kolejnych 100 albo i więcej stronach. Słabo się to więc łączy ze sobą i nie buduje napięcia.
Same historie też nie są jakoś bardzo odkrywcze, tu jakiś gangster, ksiądz, który stracił zapał i napotyka kryzys, samotna kobieta, która nagle odkrywa w sobie energię by zawalczyć o swoje bezpieczeństwo, choć wszyscy uważali ją za szarą myszkę nie spodziewając się po niej zbyt wiele, policjant czy burmistrz mający swoje za uszami. Mała społeczność która żyła dotąd w miarę spokojnie, ale nagle w obliczu zagrożenia wszystko staje na głowie i może odwrócić się hierarchia wpływów i decyzji. Ci którzy budowali swoją niezależność i siłę, nagle mogą kusić zapewnieniem bezpieczeństwa, ale przecież nie zrobią tego za darmo.
Ponieważ to dopiero początek jakiejś dłuższej opowieści, to rozkręca się dopiero pod koniec, z jakąś akcją, która może zapowiadać wciągający ciąg dalszy. Za dużo czasu autor poświęcił przyglądaniu się bohaterom, a sposób w jaki to robi wygląda tak jakby o każdym miał ambicję napisać jakiś reportaż interwencyjny albo osobną powieść.
Trudno więc uznać to za książkę wciągającą, taką którą by się czytało z wypiekami na twarzy. Trzymam za Okonia kciuki, bo dopiero w pełni da się to ocenić gdy będziemy znali całość, może więc błędem było wydanie tego w taki sposób, by teraz długie miesiące czytelnicy czekali na ciąg dalszy.
Minusik też za brak pomysłu na opisanie o co chodzi z apokalipsą, tak jakby na to zabrakło już pomysłu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz