W końcu ładne okładki to nie wszystko, a Fabryka Słów mocno obniżyła poziom tego co kiedyś wydawała, raczej stawiając na ilość a nie na jakość.
W przypadku Malowanego Człowieka po lekturze pierwszego tomu, stwierdzam jednak, że to naprawdę niezła, wciągająca rozrywka. Trzeba przejść przez wymagający początek, gdy dopiero poznajemy bohaterów, przyzwyczaić się do tego, że będziemy między nimi przeskakiwać, ale nie brakuje tu akcji, dramatycznych wydarzeń, a i sam opis uniwersum wydaje się interesujący.
Oto świat, w którym doszło do jakiejś katastrofy, mędrcy twierdzą że to ludzka chciwość i przekonanie o własnej wielkości, doprowadziła ją do upadku. Obecnie ludzie żyją jedynie w skupiskach, jako tako funkcjonując w dnie, ale nocami świat opanowują demony Otchłani, atakując bezlitośnie wszystkie ich siedziby. Chronią ich jedynie runy, kreślone przez nielicznych, którzy się tego uczą, trudno mówić o jakiejkolwiek walce, to raczej siedzenie w schronieniach i modlitwa by bariery magiczne wytrzymały. Kto znajdzie się poza nimi albo gdy znajdzie się w nich wyłom, wszyscy zginą.

Trudno w tym świecie przeżyć dzieciom, szczególnie jeżeli nie pochodzą z bogatych rodzin, które mogą zapewnić im nie tylko ochronę ale i przyszłość. Klasowość jest podstawą funkcjonowania każdego z miast i wsi, a poza oficjalną władzą, największe znaczenie mają ci, którzy mogą jakoś pomóc: Posłańcy, czyli odważni ludzie podróżujący między siedzibami, przenoszący pocztę i pomagający w wymianie towarów, uzdrowiciele, zielarki, no i pewnie kupcy bo ci zawsze sobie poradzą. Kapłani? Tu nie ma za wiele detali - wiemy że jest jakaś oficjalna wersja historii, trzymająca ludzi w posłuszeństwie i niestety marazmie. Trzeba przyjąć klątwę jaka na nich spadła i godzić się z kolejnymi ofiarami.
W sumie nad detalami opisu poszczególnych miast i całego świata, logiki w gospodarce czy wzajemnych relacjach między władcami, nie ma co za bardzo szukać. Dla Bretta liczyć się historia, a nie tło i musimy jakoś się z tym pogodzić. Mamy trójkę bohaterów, gdzie na plan pierwszy na początek wysuwa się Arlen, marzący o walce z demonami, zemście za śmierć matki. To jego droga w pierwszym tomie jest opisana w najszerszej perspektywie - z młodziutkiego i nieopierzonego dzieciaka, staje się walecznym, upartym wojownikiem, wciąż szukającym sposobu jak by tu przywrócić ludziom chęć do walki i nadzieję na zwycięstwo. Rojer, wędrowny minstrel, czy też na razie uczeń, to również dzieciak uratowany przed demonami, on chyba najbardziej wydaje się bezwolny wobec losu, jeszcze nie jest świadomy tego co może dokonać w przyszłości. No i jest Leesha, dziewczyna praktykująca u wioskowej wiedźmy, czy też zielarki - co prawda towarzyszymy jej krótko, już jednak dała się polubić, nie tylko za konsekwencję w trzymaniu się swojej drogi, nie uleganiu innym, ale i za dobre serce, uważność i intuicję w leczeniu.
Jesteśmy świadomi, że to dopiero początek do większej historii, że poznajemy ich początki, a cała akcja, droga do czegoś większego przed nami i przed nimi. To powieść o dorastaniu, o przeciwnościach które trzeba pokonać stając się jednocześnie mądrzejszym, silniejszym, czy też bardziej cwanym. A że jest trochę papierowo, to raczej jedynie pozory psychologicznej i emocjonalnej głębi, to już może sie nie czepiajmy.
Zdecydowanie trzeba jednak przyznać, że to lektura przyjemna, lekka, wciągająca. Na tyle, że już jestem w trakcie lektury kolejnej części. Póki co nie ma zadęcia, tego podkreślania wyjątkowości bohaterów, które potrafi tak wkurzać. Kawał niezłego fantasy, choć rzeczywiście może lepiej czytać wersję pierwszego tomu bez podziału na tomy - niby grubaśne, ale nie będzie tego wkurzenia jakie przeżywałem, że niby jak to koniec w takim momencie. No i pytanie czy starczy mi cierpliwości na cały cykl demoniczny, który podobno rozrósł się potężnie i nie wiadomo czy trzyma poziom. Ale to już problem wielu tego typu historii, łącznie ze słynnym Kołem Czasu, które też planuję wreszcie zacząć w tym roku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz