Wciąż zbieram się, by napisać o wstrząsającym "Synu Szawła", ale nie znajduję odpowiednich słów. Dziś więc inny obraz i choć być może części jest on już znany, to notkę uważam za ważną i proszę o jej przekazywanie. Dlaczego? Bo trwa kolejna edycja szczególnego festiwalu filmowego (ach jak fajnie było, gdyby to polskie filmy były tak promowane na świecie), do udziału w którym chcę wszystkich zaprosić. French Film Festival jest darmowy, nie musisz ruszać się z domu, a jednocześnie to Ty jesteś jednym z jurorów. Kliknij link i sam sprawdź.
Wybierasz, oglądasz i oceniasz. "Seryjnego zabójcę nr 1" obejrzałem właśnie w ramach festiwalu na tej stronce. I już wybieram sobie kolejne.
To film, który przypadnie do gustu fanom kryminałów policyjnych bliższych dramatom niż kinu sensacyjnemu. Bo choć historia (autentyczna) jest dość mroczna i krwawa, to film ma w sobie niewiele napięcia - to odtworzenie nie tyle samego śledztwa, ale wieloletniej frustracji, że nie udaje się go zamknąć.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
wtorek, 26 stycznia 2016
poniedziałek, 25 stycznia 2016
Niebezpieczna metoda, czyli o konsekwencjach łamania zasad...
Pokazać
w jednym spektaklu kawał historii psychoanalizy, świat wewnętrzny kilku osób,
wątek miłosny, ludzkie dramaty i chwile szczęścia – to niełatwe zadanie. Gdy
zaś dodać do tego aktorstwo wysokiej próby – zaczynamy zastanawiać się, czy to
aby nie niemożliwe! Teatr Dramatyczny spektaklem „Niebezpieczna metoda”
udowadnia, że da się!
Napisaną
przez Christophera Hamptona, a wyreżyserowaną przez Agnieszkę Lipiec –
Wróblewską sztukę ogląda się tak, jak gdyby pozwolono nam znaleźć się nagle w
miejscu, w którym bohaterowie cierpią, a ich losy splatają się ze sobą. Jest to
zarazem perwersyjnie przyjemne i niesamowicie odstręczające. Nie możemy z
jednej strony przestać interesować się rozwojem wypadków, z drugiej zaś –
uczestnicząc w bardzo intymnych ich przeżyciach, dokonujemy mimowolnie ostrej
wiwisekcji bohaterów.
Mamy
tu do czynienia z dość niepokojącym trójkątem uczuć, relacji, konwenansów: Oto
bowiem młoda Żydówka z problemami psychicznymi, lękająca się świata
zewnętrznego, po zupełnie nieskutecznej terapii elektrowstrząsami trafia do
szwajcarskiej kliniki, w której Carl Gustaw Jung otacza ją dość specyficznie
pojętą opieką, przeprowadzając na pacjentce eksperymentalną kurację opracowaną
przez swego mentora: Sigmunda Freuda. Metoda to tyleż skuteczna, co dotąd
nieznana. Jung sam nie do końca pewien słuszności postępowania, pełen własnych
wewnętrznych kłopotów, leczy Sabinę Spielrein niekonwencjonalną metodą rozmowy.
niedziela, 24 stycznia 2016
Aleja tajemnic, czyli nie da się uciec od wspomnień
Johna Irvinga polubiłem czytając tak znane
książki, jak choćby „Hotel New Hampshire” czy „Świat według Garpa”, dlatego
nikogo zapewne nie zdziwi, że spodobała mi się także najnowsza powieść autora,
wydana w tym miesiącu przez Wydawnictwo Prószyński i S-ka: „Aleja tajemnic”.
Już
pierwszy rozdział podniósł mi ciśnienie, gdy przeczytałem, ze na wysypisku
książki są najlepszym sposobem na rozpalanie ognia. Ile książek tam się zmarnowało?
– pomyślałem od razu? Dłuższej chwili wymagało dojście do siebie na tyle, by zrozumieć,
ze to przecież tylko fikcja literacka. Niby tak, ale słabo mi się robi na myśl
o tych wszystkich spalonych cudeńkach…
„Aleja
tajemnic” to nieźle napisana historia Juana Diego, pisarza, który wychował się
na wysypisku śmieci w Meksyku. Mocna historia. Trudno, żeby takie dzieciństwo
nie wywarło wpływu na psychikę, zwłaszcza, że na wysypisku wiele się dzieje i
Czytelnik (tak mówią o nim współmieszkańcy tego miejsca o wątpliwych walorach
wychowawczych) już jako czternastolatek ma za sobą utratę matki, prostytuującej
się, by przeżyć, a sam ulega wypadkowi, którego efektem jest bardzo
wyniszczające organizm zmiażdżenie nogi.
sobota, 23 stycznia 2016
Czesałam ciepłe króliki. Rozmowa z Alicją Gawlikowską-Świerczyńską, czyli ileż siły w tej kobiecie
Książka ciekawa i to podwójnie - raz, że bohaterką wywiadu nie jest nikt znany, żadna celebrytka, ale zwyczajna (ale jak się okazuje niezwyczajna) pani doktor, dwa, że to co mówi o swoich przeżyciach, może wiele osób zaskoczyć. No bo jak to? Więźniarka obozu w Ravensbrück, nie mówi o cierpieniu, o tragedii jaką przeżywali więźniowie, ale opowiada o tym jak wyglądało tam zwyczajne życie... Pani, która ma już ponad 90 lat, a zamiast odpoczywać, wciąż jest pełna wigoru, chęci życia i poszukuje dla siebie nowych wyzwań, wciąż pracując jako lekarz i pomagając innym... Pani, która jest we władzach związku byłych więźniów obozów koncentracyjnych, nie chce rozpamiętywać przeszłości, ale z ciekawością jeździ do Niemiec, by spotykać się z tamtejszymi rodzinami, szukać dialogu i pojednania... Takich zaskoczeń można znaleźć tu jeszcze przynajmniej kilka.
piątek, 22 stycznia 2016
Marcin Grygier - Nie patrz w tamtą stronę, ale... jak nie patrzeć, gdy kusi?
Jak tak dalej pójdzie obok mojego zdjęcia jako pomysłodawcy i autora bloga, będę musiał dołączyć jeszcze jedno :) Włodek rozszalał się z notkami, nie tylko teatralnymi, bo pomaga mi też wygrzebać się spod spod stosów rzeczy do recenzji. Dotąd pojawiały się u mnie wpisy gościnne, ale nie tak regularnie... Cieszę się, bo to też dla mnie wyzwanie i może na dłuższą metę spowoduje jakieś zmiany na blogu. Nie będziemy robić rankingów: kto pisze lepiej, ale za to możemy obiecać, że od coraz więcej notek będzie podwójnych, czyli po jakimś czasie w każdej z nich, może pojawić się drugi głos. Czasem zgodny, czasem nie...R
„Ofiara leżała na brzuchu. Skóra zdążyła już zsinieć pod wpływem niskiej temperatury. Kończyny nie były skrępowane. Nogi i ręce ułożono jak na słynnym obrazie da Vinci – tym z człowiekiem w okręgu. Ciało było zupełnie nagie i… niekompletne. Brakowało głowy. W miejscu, w którym powinna się znajdować, leżał koński łeb. Śnieg wokół niego barwiła brunatna czerwień.” – mocne, prawda? Czyżbyśmy mieli do czynienia z jakimiś zwyrodnialcami, którzy dokonali dziwacznego i przesyconego grozą rytuału? A przecież już na samym początku dowiadujemy się, że dziewczyna jeszcze przez chwilę żyła! Kiedy ocknęła się w lesie, miała chwilę, by zrozumieć, że pachnie smarem, gumą, że coś się działo i … że nie jest sama. Chwilę później…
Mocno się zaczyna, a
potem jest jeszcze ciekawiej. Mnożą się tajemnice, giną ludzie, a badający
sprawę nadkomisarz Roman Walter, będący w kiepskiej formie psychicznej, sam
jeszcze nie wie, że rozwiązanie zagadki jest tak blisko! Tylko - gdzie?
Thriller? Mocna sensacja?
Pewnie gdzieś pośrodku, jednak zaleta książki jest przede wszystkim dobrze
zarysowana fabuła. Szalony morderca jest nieobliczalny, tropy i wątki
przeplatają się, narasta atmosfera grozy. Życie prywatne Waltera ma tu wielkie
znaczenie, ale nie tylko, bo i w dzieciństwie mordercy zdarzyło się coś, co
sprawiło, że po latach zabija… Wątki psychologiczne, wyjaśnienie, że czasem
niezawiniona nawet krzywda buduje w ludziach poczucie nienawiści, które rośnie
i rośnie, by znaleźć ujście w najbardziej niewyobrażalnych zachowaniach.
Roman Walter – glina, a
jednak bardzo ludzki, Alicja – jego przyjaciółka – silna, Krępy i Niski –
wszyscy nadają książce kolorytu, wpływają na rozwój wydarzeń, ale też łączą
poszczególne elementy układanki w całość, którą rozwikłać może tylko Walter…
W dobie, gdy zalewa nas
miałkich lotów kryminał - sensacja z całego świata, napisanie dobrej książki w
tym gatunku nie jest wcale takie proste. I choć mocno widać tu skandynawskie
naleciałości, „Nie patrz w tamtą stronę” jest jedną z lepszych pozycji
ostatnich miesięcy. Marcin Grygier debiutuje tak, że czuje się, iż wątek
głównego bohatera rozwinie się w cykl powieściowy. Dlaczego? Raz - czyta się
nieźle, dwa – przewiduję sukces rynkowy, a to zazwyczaj domaga się ciągu
dalszego.
„Nie patrz w tamtą stronę”, choć
odrobinę przekombinowana w końcówce, jest mocną opowieścią o ludziach, którzy
odwracają głowę, gdy innym dzieje się krzywda, o ludziach, którzy wolą swój
spokój, choć nie potrzeba wiele, by mogli komuś bardzo pomóc. Czy jesteśmy
tacy? Książka jest dobrze napisana, niezła stylowo, nie brak w niej tego, czego
szukać będą miłośnicy gatunku: seks, przemoc, trzymająca w napięciu akcja –
wszystko tu znajdziecie. Uwaga - ta książka- to złodziej czasu, gdy zaczniecie
czytać – trudno się oderwać…
Sakis
czwartek, 21 stycznia 2016
Krafftówna w krainie czarów, czyli znakomita rozmowa z Remigiuszem Grzelą
Kiedy
w grudniu 2015 r. widziałem Barbarę Krafftównę na premierze w Teatrze Żydowskim
(„coś jeszcze musiało być…”), nawet nie przypuszczałem, że zaledwie kilka
tygodnie później będę mógł z wielką przyjemnością poczytać o magicznym życiu
aktorki. Magicznym, bo pełnym zaskakujących wydarzeń, stąd też zresztą tytuł
książki, napisanej przez Remigiusza Grzelę – „Krafftówna w krainie czarów”. Mało
kto zapewne wie, ale autor książki współpracował już z aktorką, bowiem w 2006
r. napisał dla niej monodram o ostatnich latach życia Marleny Dietrich – „Błękitny
anioł”, a dwa lata później – komedię „Oczy Brigitte Bardot”. Dzięki temu o
wiele łatwiej było pisarzowi nawiązać przyjazną atmosferę rozmów, sprzyjającą
intymnym zwierzeniom…
Barbara
Krafftówna, jak na legendę polskiego teatru i kina, tka opowieść o sobie wspominając
ważne wydarzenia z życia swojej rodziny, łącząc je z tym, czego najbardziej
szukają miłośnicy jej talentu, a więc z informacjami na temat życia
aktorskiego.
Każda
z części książki wzrusza mnie i czaruje, tak, jak aktorka zawsze czyni to na
scenie. Kiedy czytam o tym, jak wyglądało życie w powstańczej Warszawie, mam
przed oczami „krowy” niszczące piękne kamienice, ludzi przemykających piwnicami
i aparat, na którym u ciotki aktorki oglądało się zdjęcia. Naturalnie jednak jako miłośnik teatru i
admirator talentu bohaterki książki – z największym skupieniem dowiadywałem
się, jak przebiegała kariera aktorki, okres w teatrze Galla (fascynująca
opowieść o tym, jak kształtował się tam warsztat artystki), Wrocław, później
Warszawa. Szaleńcze tempo pracy, a przy tym mozolne analizowanie ról, ich
niuansów, poznawanie siebie i stwarzanie na scenie od nowa, by widz nie widział
Krafftówny, tylko kogoś zupełnie innego!
Piękne
wspomnienia związane z życiem prywatnym, dwóch mężów, wspaniałe wspólne chwile
(zaręczyny z Michałem Gazdą: to aktorka oznajmiła ukochanemu, że musi się z nią
ożenić, efekt: on mdlał, ona go cuciła, woda w wannie się przelała, zalewając
mieszkanie, czajnik się spalił, ale ślub był!), a potem prywatne dramaty
(przedwczesna śmierć obu mężów).
Historia
znajomości z Kaliną Jędrusik rozpali każdego (sceny toalety w pociągu – zupełnie
jak u Felliniego, wspólne wyjazdy na plany filmowe, anegdoty o zachowaniu
największej polskiej skandalistki – podane tak barwnie, że człowiek widzi obie
panie zgrabnie wsiadające do opisywanego tramwaju)…
No
i największa z magicznych bajek życia Barbary Krafftówny – przygoda z Kabaretem
Starszych Panów! A do tego praca w filmie, później emigracja i powrót do kraju
po dziesięciu latach: gotowy scenariusz na film!
Remigiusz Grzela potrafi
słuchać jak nikt. To dzięki niemu wiemy już, czego artystce dziś najbardziej
żal, za kim tęskni, co myśli o życiu na Kresach Wschodnich. Rozmawia z aktorką
tak pięknie, że niemal czujemy, że to my sami siedzimy z nią przy stole, pijemy
kawę i rozmawiamy tak po prostu, o jej życiu. Takie książki zdarzają się
nieczęsto. Duża w tym zasługa autora, który wykonał tytaniczną pracę, zbierając
materiał do stawianych pytań.
Jeśli miałbym wskazywać
wydawniczy hit początku 2016 r., będzie to właśnie „Krafftówna w krainie czarów”.
W krainie czarów? Krafftówna czy Alicja? Kto przeczyta, zrozumie! I zakocha się
w aktorce od nowa!
Sakis
To już moje drugie spotkanie z Remigiuszem Grzelą i jego wywiadami. Chętni mogą zerknąć na recenzję "Wolnych". A teraz kolej na premierę przygotowaną przez Prószyńskiego (ukłony za egzemplarz do recenzji) i aktorka, która na pewno zasługuje na pamięć, na biografię. Aż by się chciało dowiedzieć jeszcze więcej, pogłębić pewne wątki - tyle sukcesów, ale i tyle trudnych chwil w jej życiu, tyle tragedii. Krafftówna sama wspomina na koniec w podziękowaniach, że autor usłyszał dużo więcej, ale wiele rzeczy taktownie pominął w książce i choć może trochę żal, za to też należą się brawa - nie trzeba na siłę budować książki na sensacji, na kontrowersjach, wybebeszaniu wszystkiego. Idealnie rozłożone akcenty między wspomnieniami innych o pani Barbarze, jej samej, elementy rozmowy, wywiadu i dygresje dopisywane potem na tekście - to wszystko sprawia, że trudno się nudzić przy lekturze. Odrobina anegdot, ciekawostek, humoru nadaje pikanterii tym wspomnieniom, ale to przede wszystkim kapitalna opowieść o tym jak traktowało się zawód aktora kiedyś, jak się go uczyło, z jaką sumiennością podchodziło się do budowania roli. I to chyba najbardziej mnie tu fascynowało.
Lepiej znam Krafftównę z jej ról telewizyjnych, czy z przypominanych fragmentów Kabaretu Starszych Panów i ogromnie mi szkoda, że nie mogłem zobaczyć jej na deskach teatru. Ze zdumieniem czytałem o tym jak osoba, którą najczęściej kojarzymy z Honoratką z "Czterech Pancernych" uznawana była ze jedną z najlepszych wykonawczyń ról z dramatów Witkacego, czy Gombrowicza. Jej niewielkie ciało mieści w sobie wulkan energii...
Wady? Może chciałoby się więcej zdjęć. Ale z całego serca wywiad polecam! A na półce już czeka kolejna publikacja Remigiusza Grzeli - tym razem o Irenie Jun i Stanisławie Brudnym.
R
Rozmowa jaką przeprowadził z Barbarą Krafftówną Remigiusz Grzela to nie biografia, to raczej garść wspomnień jakie wyciąga z zakamarków pamięci znana aktorka, by przedstawić sposób życia, pracy, zabawy ludzi jej współczesnych. Razem z nimi wędrujemy przez jej życie rozpoczęte w przededniu II wojny światowej (ur. 1928), kiedy jeszcze dobrze nie zagoiły się rany po pierwszej. Poznajemy rodzinę złączoną z dwóch innych, pokrewnych, których klamrą spinającą były narodziny rudej Basi, rozbrykanej, czupurnej, trzpiotki. To jest zbiór emocji, jakie pozostawia po sobie barwne życie choć było one zarówno dobre, jak i tragiczne. Razem z p. Barbarą wędrujemy z Wołynia uciekając przed Sowietami, czołgamy się tunelami zrujnowanej Warszawy, kryjemy po piwnicach, by następnie osiąść na wsi. Tajne, konspiracyjne studia aktorskie, ich kontynuacja po wojnie, pierwsze występy, pierwsze związki, przyjaźnie, miłości. Poznajemy ją zarówno z jej opowieści, jak i opowieści spisanych przez innych, którzy ją znają/znali, pamiętają/pamiętali. Wielu ludzi z jej otoczenia już nie ma, odeszli na drugą stronę tęczy, a pani Basia jest już jedną z niewielu, którzy stykali się z nimi na co dzień.
Dla ludzi młodych Barbara Krafftówna to przede wszystkim Honoratka z serialu „Czterej pancerni i pies” (akurat ta rola nie była mi bliska). Dla mnie – to przede wszystkim rola Felicji w filmie Hasa „Jak być kochaną”, film o kobiecie, która dla miłości poświęca wszystko i przegrywa. Takich ról się nie zapomina. Ale były przecież i inne role teatralne i filmowe w jakich przedstawiała swój kunszt aktorski. Była również jednym z filarów Kabaretu Starszych Panów. Przy okazji dowiedziałam się dlaczego kontynuacje, próba reanimacji tego kabaretu nie wychodzą, nie niosą tego smaczku, tego lirycznego wdzięku jaki był charakterystyczny pierwowzorowi. Bo każdy to czuł, ale nie umiał nazwać. Pani Barbara ujęła to tak:
„To co było istotą Kabaretu (…) to coś z przedwojennej tkanki, która w nas była, którą chcieliśmy z siebie wydobyć. Coś właściwie nie do nauczenia, nie do zagrania. Wspaniali młodzi aktorzy, którzy pojawili się później w Kabarecie, byli z innego pokolenia, nie mieli w sobie tej galanterii (…). Byli po prostu inni.”
Nietuzinkowa aktorka z właściwym sobie wdziękiem opowiada o swojej karierze, sposobie przygotowania ról, o reżyserach, kolegach, o miłościach zakończonych małżeństwami i późniejszych dramatach. To takie mini reportaże z zapamiętanych momentów życia, które po latach ujawniają się we wspomnieniach.
Namawiam do sięgnięcia po tę pozycję. Czyta się „szybko, lekko i przyjemnie” choć niekiedy scenariusz jej życia nie dawał powodów do uśmiechu. Można z tej książki wyciągać nadzieję na własną przyszłość i pobierać nauki w jaki sposób mierzyć się z przeciwnościami losu, jak pielęgnować przyjaźń i doceniać to co mamy.
MaGa
R
Rozmowa jaką przeprowadził z Barbarą Krafftówną Remigiusz Grzela to nie biografia, to raczej garść wspomnień jakie wyciąga z zakamarków pamięci znana aktorka, by przedstawić sposób życia, pracy, zabawy ludzi jej współczesnych. Razem z nimi wędrujemy przez jej życie rozpoczęte w przededniu II wojny światowej (ur. 1928), kiedy jeszcze dobrze nie zagoiły się rany po pierwszej. Poznajemy rodzinę złączoną z dwóch innych, pokrewnych, których klamrą spinającą były narodziny rudej Basi, rozbrykanej, czupurnej, trzpiotki. To jest zbiór emocji, jakie pozostawia po sobie barwne życie choć było one zarówno dobre, jak i tragiczne. Razem z p. Barbarą wędrujemy z Wołynia uciekając przed Sowietami, czołgamy się tunelami zrujnowanej Warszawy, kryjemy po piwnicach, by następnie osiąść na wsi. Tajne, konspiracyjne studia aktorskie, ich kontynuacja po wojnie, pierwsze występy, pierwsze związki, przyjaźnie, miłości. Poznajemy ją zarówno z jej opowieści, jak i opowieści spisanych przez innych, którzy ją znają/znali, pamiętają/pamiętali. Wielu ludzi z jej otoczenia już nie ma, odeszli na drugą stronę tęczy, a pani Basia jest już jedną z niewielu, którzy stykali się z nimi na co dzień.
Dla ludzi młodych Barbara Krafftówna to przede wszystkim Honoratka z serialu „Czterej pancerni i pies” (akurat ta rola nie była mi bliska). Dla mnie – to przede wszystkim rola Felicji w filmie Hasa „Jak być kochaną”, film o kobiecie, która dla miłości poświęca wszystko i przegrywa. Takich ról się nie zapomina. Ale były przecież i inne role teatralne i filmowe w jakich przedstawiała swój kunszt aktorski. Była również jednym z filarów Kabaretu Starszych Panów. Przy okazji dowiedziałam się dlaczego kontynuacje, próba reanimacji tego kabaretu nie wychodzą, nie niosą tego smaczku, tego lirycznego wdzięku jaki był charakterystyczny pierwowzorowi. Bo każdy to czuł, ale nie umiał nazwać. Pani Barbara ujęła to tak:
„To co było istotą Kabaretu (…) to coś z przedwojennej tkanki, która w nas była, którą chcieliśmy z siebie wydobyć. Coś właściwie nie do nauczenia, nie do zagrania. Wspaniali młodzi aktorzy, którzy pojawili się później w Kabarecie, byli z innego pokolenia, nie mieli w sobie tej galanterii (…). Byli po prostu inni.”
Nietuzinkowa aktorka z właściwym sobie wdziękiem opowiada o swojej karierze, sposobie przygotowania ról, o reżyserach, kolegach, o miłościach zakończonych małżeństwami i późniejszych dramatach. To takie mini reportaże z zapamiętanych momentów życia, które po latach ujawniają się we wspomnieniach.
Namawiam do sięgnięcia po tę pozycję. Czyta się „szybko, lekko i przyjemnie” choć niekiedy scenariusz jej życia nie dawał powodów do uśmiechu. Można z tej książki wyciągać nadzieję na własną przyszłość i pobierać nauki w jaki sposób mierzyć się z przeciwnościami losu, jak pielęgnować przyjaźń i doceniać to co mamy.
MaGa
środa, 20 stycznia 2016
Kamienica na Nalewkach, czyli kto marudzi na Cepelię, ten trąba!
Na
przekór tym, którzy nonszalancko określali swego czasu repertuar Teatru
Żydowskiego jako nieco cepeliowy, „Kamienica na Nalewkach” ma się znakomicie i
grana jest już szesnasty sezon! Kto by uwierzył, że premierę miała 16 grudnia
2000 r.! Najlepszą tradycją światowych scen jest utrzymywanie w repertuarze przez
lata sztuk, na które publiczność wykupuje bilety z dużym wyprzedzeniem. Tak
jest i w tym przypadku, zatem: świętuje
Idea
spektaklu spodoba się zapewne wszystkim tym, którzy idąc do Teatru Żydowskiego chcieliby
obejrzeć pogodny obraz, pełen pozytywnego przesłania, nie zaś trudne widowisko
poświęcone trudnym czasom wojny. Jest to wszak najwyższych lotów widowisko
pełne najwspanialszych żydowskich dźwięków, misternie tkanych nostalgicznych tekstów
piosenek, zabawnych historyjek, gagów. Ponad dwie godziny rozrywki, bez chwili
nudy.
wtorek, 19 stycznia 2016
Tramwaj zwany pożądaniem, czyli niezła Julia Kijowska w Ateneum
Fabuła sztuki Tennessee Williamsa jest
jedną z bardziej fascynujących w historii dramatu, co powoduje, ze od 1947 r.,
kiedy po raz pierwszy wystawiono ją na Broadway`
„Tramwaj zwany pożądaniem”
to historia Blanche DuBois, niezrównoważonej kobiety, ogarniętej żądzą zdobywania
mężczyzn i poruszającej się na granicy świata rzeczywistego oraz swojej
urojonej wizji własnej pozycji i klasy, która przybywa do Nowego Orleanu w
odwiedziny do siostry, która wyszła za mąż za brutalnego i prostackiego potomka
polskich emigrantów – Stanleya Kowalskiego. Blanche uwodzi przyjaciela
Kowalskich – Mitcha, chcąc znaleźć w jego ramionach oparcie w trudnych czasach.
A te nie są sprzyjające – straciła dom, oszukując w opinii Stanleya przy jego sprzedaży
własną siostrę – Stellę, a także posadę nauczycielki za romans z uczniem,
natomiast rozwiązły tryb życia przyczynił się do powstania plotek, które
zmusiły ją do opuszczenia rodzinnego Laurell. W trakcie urodzinowego przyjęcia
Blanche w wyniku awantury ciężarna Stella zaczyna odczuwać bóle brzucha i musi
zostać odwieziona przez męża do szpitala. W tym czasie Mitch, powiadomiony przez
Stanleya o prawdziwym życiu Blanche zrywa z nią. Kiedy wraca ze szpitala pan
domu, dochodzi- bądź to realnie, bądź tylko w wyobraźni Blanche do gwałtu, a
bohaterka traci kontakt z rzeczywistością i zostaje odwieziona do zakładu dla
psychicznie chorych.
poniedziałek, 18 stycznia 2016
Ona wraca na dobre - Grażyna Jagielska, czyli zupełnie nietypowa powieść o kobiecych problemach

Tym razem lektura od Włodka, ale pozwalam sobie dać słowo wstępu. Po prostu po rozmowie z nim, byłem ciekaw na ile będziemy się różnić w opiniach. Dopisuję więc (już po przeczytaniu, po kilku tygodniach) kilka zdań od siebie. Spodziewam się czegoś osobistego w stylu Miłości z kamienia, a nie powieści obyczajowej...
Grażyna Jagielska
napisała zatem całkowicie niestandardową książkę poświęconą swoim problemom.
Podróżniczka, żona Wojciecha Jagielskiego, przez całe lata nie potrafiła poradzić sobie z pasjami męża. Obawy
o jego życie paraliżowały ją, a niemożność poradzenia sobie z problemami
codzienności doprowadziły do półrocznego pobytu w szpitalu psychiatrycznym.
Książka jest zapisem
sposobu, w jaki autorka starała się powrócić do rzeczywistości po pobycie w „psychiatryku”.
Okazuje się, że najlepszą metodą na odnalezienie siebie, jest bardzo daleka
podróż. Pisarka wyrusza więc w wymarzoną jeszcze w dzieciństwie podróż w głąb
amazońskiej dżungli, w górę Rio Negro. Ta podróż ma jej przypomnieć, kim jest,
a także: co przynosi szczęście… Czy ta
przygoda faktycznie pozwoli jej dotrzeć do źródeł swoich problemów i
unicestwić je? Musicie przeczytać książkę, by się tego dowiedzieć.
niedziela, 17 stycznia 2016
Nebraska, czyli po tylu latach mogłem cię dopiero lepiej poznać
Ile razy miałem już taki dylemat: pisać o rzeczach zaległych, czy o tych, które mam świeżo w głowie. Chcąc nie chcąc, im bardziej coś odkładam, istnieje ryzyko, że coś tam zapomnę i notka będzie krótka i mało treściwa. Niech będzie więc kolejny ubiegłoroczny film z Oscarów. Aż dziwne, że do grona nominowanych się załapał, bo to produkcja dość surowa, pasująca raczej na festiwal kina niezależnego. I choć nie ma może w sobie czegoś co by powalało na kolana, urzeka swoją prostotą. Właśnie dlatego, że opowiada o tak prostych, naturalnych sprawach i robi to w nienachalny sposób, jakby podglądając prawdziwe życie, zostaje nam w głowie.
sobota, 16 stycznia 2016
Cwaniary - Sylwia Chutnik, czyli męski szowinizm i kobiece pięści
A dziś jedna z zaległych lektur z ubiegłego roku. Moje drugie (i pewnie nie ostatnie) spotkanie z Sylwią Chutnik. Ostatnio sporo sięgam po autorów krajowych, bo też budzą oni sporą ciekawość, ich twórczość jest często komentowana w mediach, więc i na DKK się często pojawiają. A ja dzięki temu "kosztuję" nowych rzeczy... Rzadko bowiem sugeruję się rekomendacjami krytyków (może wyjątek robię dla trójkowego znaku jakości Nogasia) w przypadku polskich tytułów, wolę sięgać po klasykę, szukać różnych tytułów, które nie muszą być nowe. Gdy jednak pojawia się taka propozycja na klubie - nie mam zamiaru protestować, w końcu zawsze fajnie jest podyskutować o czymś, co choć troszkę poruszyło nasz światek literacki. Mogę już zapowiedzieć, że po Chutnik, pojawi się jeszcze niedługo Karpowicz. Potem chyba jeszcze tylko 4 recenzje książkowe z ubiegłego roku i wreszcie będę mógł zająć się tegorocznymi. Jakoś łatwiej mi się pisze o filmach, zajmuje to mniej czasu, a tego ostatnio mi ciut brakuje. Pochorowałby trochę człowiek może? Albo nie, lecę odpukać w niemalowane...
Foxcatcher, czyli pieniądze podobno dają wszystko

No i pięknie za oknem. I mimo, że pogoda pokrzyżowała mi trochę plany kinowe, to czasem warto odpuścić i nie ryzykować, nie zwiększać ilości klnących na ulicach kierowców :) Powoli przymierzam się do tegorocznych nominacji oscarowych, dwie już za mną (zerkajcie do spisu obejrzanych), czyli Marsjanin i Most Szpiegów, ale oba raczej nie warte są nagród. Zobaczymy co dalej. Ale póki co w planach na dziś aż dwie notki: jedna filmowa i jedna książkowa. Po dzisiejszym DKK mam ochotę napisać o "Musimy porozmawiać o Kevinie", ale na to potrzebuję chyba troszkę czasu. Może więc coś innego z zaległości.Dzisiejsza notka to też nominacje, tyle, że ubiegłoroczne - zostało mi jeszcze kilka rzeczy i będę je powoli opisywał. "Foxcatcher" zachwycił Amerykanów, oni chyba w ogóle lubują się w obrazach inspirowanych prawdziwymi postaciami (bracia Schultz - medaliści olimpijscy) i wydarzeniami, a jak pojawi się sport, to już im więcej do szczęścia nie trzeba. Tym razem nie baseball ani kosz, ale trochę niszowe zapasy. I dramat, który jak dla mnie niestety jest zbyt rozwleczony, jakiś taki klaustrofobiczny. Kreacje aktorskie naprawdę niezłe, ale kto lubi wpatrywać się minutami gdy bohater ma wciąż jedną minę i milczy albo patrzeć na zmagania obściskujących się na macie facetów (zaiste dziwny sport).
Czy to znaczy, że jest tak kiepsko? W końcu ciarki pojawiały się, choć tylko na chwilę...
piątek, 15 stycznia 2016
Wkręceni 2, czyli przepis na sukces?
Gdy oglądałem (i pisałem o tym) pierwszą część "przeboju komediowego", czyli "Wkręconych", obiecywałem sobie, że: w życiu, nie będę takich głupot oglądał. Ale czasem człowiek wpada na jakiś kanał telewizyjny zupełnie przypadkowo i ciekawość tego co jeszcze głupszego można wymyślić, skłania by na nim pozostać. Czy mogłoby być gorzej? Okazuje się, że raczej można. Jest jeszcze bardziej schematycznie, prostacko i kompletnie nie śmiesznie.W jedynce Wereśniak nabijał się trochę z naszych kompleksów wobec Zachodu (w małym miasteczku biznesmeni brani za cudzoziemców to jak bogowie), a tym razem jest jeszcze bardziej "pod publiczkę". Warszawka ze swoim blichtrem, kasą próżnością i głupimi modami, konfrontowana jest z "normalnym" życiem ludzi, którzy mają zupełnie inne problemy, radości i... prawdziwe szczęście, które dla celebrytów i ich fanów jest nie do osiągnięcia. Po co gonić za czymś wciąż nowym, skoro można w spokoju, z piwkiem w ręku... i tak w tym stylu można by ciągnąć takie porównania. A co będzie nagrodą dla "normalsów", gdy już pokażą swoją wyższość nad stolicą? Wniebowstąpienie, czyli chwila sławy, a potem powrót z wielką kasą do siebie, gdzie można żyć wspomnieniami i cieszyć się "prawdziwym życiem". Biedak został nagrodzony i oczywiście sugeruje się, że on będzie mądrzejszy i nigdy go bogactwo tak bardzo nie zepsuje...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



