czwartek, 14 stycznia 2016

Boks na ptaku, czyli każdy szczyt ma swój Czubaszek i Karolak

O ile Artura Andrusa lubię bardzo, to nie zawsze poczucie humoru Marii Czubaszek do mnie przemawia i jakoś ominąłem pierwszą część tego wywiadu. Ale słusznie, że ukazuje się jego kontynuacja, bo przecież nie tylko pani Maria w tym domu robi za gwiazdę, Pan Wojciech ma równie wiele do opowiadania, no i jaka to frajda uczestniczyć w wraz z prowadzącym wywiad, w tym ich przekomarzaniu, podglądać, jak to też tak może układać się życie małżeńskie, domowe z taką żoną, z takim mężem. Barwne to małżeństwo i przeżyli ze sobą naprawdę wiele, więc mają też o czym opowiadać.
Jak wspomniałem jest to pewnego rodzaju kontynuacja i pewnie jak będę miał okazję sięgnę po wspomnienia Marii Czubaszek, bo tu ewidentnie usuwa się ona trochę na drugi plan. Jest obecna poprzez swoje czasem złośliwe komentarze, no i poprzez fragmenty jej twórczości - Artur Andrus odkrył bowiem w ich piwnicy całą walizkę tekstów pisanych dla radia, telewizji, czy prasy.

środa, 13 stycznia 2016

John Lennon. Listy, czyli dziś pewnie by analizowano profil na Facebooku

wtorek, 12 stycznia 2016

Cabaret w Teatrze Dramatycznym, czyli udane otwarcie 2016 r.


Kiedy w weekendowy wieczór wybierałem się do Teatru Dramatycznego na „Cabaret”, zastanawiałem się, czy reżyserce Ewelinie Pietrowiak uda się wykrzesać z aktorów tyle talentu wokalnego, by musical, który po raz pierwszy wystawiono  na Broadwayu w 1966 r. wytrzymał próbę czasu. Wytrzymał – i to jeszcze jak!
Oryginalna produkcja Joe Masterhoffa powstała na podstawie libretta Christophera Isherwooda do muzyki Johna Candera i słów Freda Ebba i wielokrotnie inspirowała twórców teatralnych największych scen z Nowym  Jorkiem i  Londynem na czele, stając się też, obok sztuki  „I am a Camera” Johna Van Drutena i książki „Berlin Stories” Christophera Isherwooda – kanwą nagrodzonego ośmioma Oscarami filmu Boba Fosse`a z Lizą Minnelli w roli głównej.
Na szczęście, spektakl nie przypomina (bardzo udanej) amerykańskiej produkcji filmowej, a bliższy jest wersji musicalowej, choć dostosowano go naturalnie do warunków sceny Teatru Dramatycznego. Otrzymujemy więc znakomicie podaną kilkuwątkową historię miłości kabaretowej artystki klubu Kit Kat – Sally Bowles  i amerykańskiego pisarza Cliffa Bradshawa, a także losów mieszkańców Berlina na tle przerażająco zmieniającej się rzeczywistości lat trzydziestych. Nie zabrakło genialnych szlagierów, tańca, imponującej muzyki na żywo ani wzruszających wątków dramatycznych.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Zacieralia, czyli podobno najbardziej żenujący festiwal roku

Wczoraj notki nie było, ale dzień był tak intensywny, że potem już człowiek chciał tylko odpoczywać. W ramach naszych cyklicznych akcji wymiany książek tym razem spotkanie wyjątkowe, bo połączone z miejskim finałem WOŚP, były więc licytacje, poczęstunek i sporo innych atrakcji. A my mogliśmy w to wszystko się włączyć i dołożyć do tego jakiś własny grosik. Fajna sprawa!
Zdaję sobie sprawę, że większość czytelników bloga jest spoza Warszawy, więc nawet zbyt często nie piszę o tych naszych inicjatywach, ale jakby ktoś chciał zerknąć niech wbije na FB "Półki do Spółki" i miło mi będzie jak da łapkę w górę.

No i tak... Zmęczenie spore, satysfakcja też jest, choć humor mam od kilku dni pod psem - wszystko przez to, że na sobotnim koncercie posiałem (podejrzewam, że wcale nietrudno było wyciągnąć mi z kieszeni) telefon... A bez niego trochę jak bez ręki. Dlatego i sama ocena imprezy trochę się opóźnia. Nawet jeżeli człowiek się fajnie bawi, a potem doświadcza niezbyt miłych konsekwencji, to i wspomnienia jakoś blakną :) Generalnie - dwa dni koncertów, do których namówiła mnie małżonka oceniam naprawdę fajnie, choć do utraty telefony dochodzą jeszcze inne czynniki, które wpływają na to iż pianie z zachwytu przychodzi mi z trudem.

sobota, 9 stycznia 2016

Sherlock i upiorna panna młoda, czyli nie tylko dla fanów serialu

Nawet się nie spodziewałem, że projekcje tzw. odcinka specjalnego, ściągną do kin aż tylu fanów. Zamiast jednego seansu, chyba większość kina robiła po kilka, a ja mogę tylko się cieszyć, że udało mi się dołączyć do tej rzeszy ludzi, którzy mieli przyjemność oglądania tego na dużym ekranie. Moje zdziwienie bierze się stąd, że od początku było wiadome, że to film, który przygotowany został dla telewizji i jego projekcje lada chwila (na BBC chyba dziś o 23, a nasza "dwójka" pokaże go 17 stycznia około 20). Ale oglądanie tego w kinie jednak ma swój urok. Tym bardziej, że odcinek specjalny, który promuje sezon czwarty serialu Sherlock (o którym pisałem dawno temu, ale z przyjemnością do niego wracam i towarzyszę w kolejnych sezonach), ma swój niepowtarzalny klimat. Serial, którego akcja dzieje się współcześnie, wraz ze wszystkimi postaciami i grającymi ich aktorami, został przeniesiony do roku 1895. Obserwowanie tych wszystkich smaczków kostiumowych i scenograficznych, było nie mniejszą frajdą niż sama fabuła filmu.

Słaba płeć? Czyli młodzi, ambitni, z kredytami

Wczorajszy wieczór pod znakiem Sherlocka, ale napiszę o nim pewnie jutro.  O ile będę miał siłę, bo jeszcze dwa intensywne wieczory przede mną, bo małżonka zabiera mnie na Zacieralia.
A potem jeszcze w niedzielę nasza akcja wymiany książek gra razem z WOŚP. Oj dzieje się.
Co dziś? Kolejna polska produkcja, którą już zdążono zjechać i zakwalifikować do szufladki z najbardziej żenującymi komediami romantycznymi. Tymczasem "Słaba płeć", choć nie jest wolna od wad, ma też kilka plusów. Przede wszystkim podobała mi się postać wykreowana przez Olgę Bołądź - kobiety, która wciąż się mobilizuje by być silną, niezależną, przebojową, bo nigdy nie ma specjalnie okazji, by pokazać co naprawdę czuje... Tu na słabość nie ma miejsca, bo by cię zjedli.

czwartek, 7 stycznia 2016

Niepoprawni (Fantazy), czyli - niestety - szkoda czasu...

      Ostatnio sporo osób pyta mnie, czy jestem aż tak zakochany w teatrze, że podoba mi się każdy spektakl. Niewielkie wyjaśnienie: owszem, staram się dostrzegać piękno, jednak tylko tam, gdzie ono faktycznie istnieje. Jeśli go nie ma... Zresztą: zawsze mówię i piszę to, co myślę. Oto zatem słów kilka na temat przedstawienia, które wyjątkowo nie przypadło mi do gustu.

środa, 6 stycznia 2016

Dzikie historie, czyli gdy już mówisz sobie: dość

 Zastawiam się ile dobrych filmów w ciągu ostatnich dwóch lat przegapiłem. Na pewno Mad Maxa, ale oto odkrywam ze zdziwieniem jaką perełką czarnego humoru (który uwielbiam) są "Dzikie historie". Widząc nazwisko Almodovara (chyba był producentem), byłem jakiś sceptyczny i film pominąłem gdy był w kinach. A teraz mogę tylko powiedzieć, po seansie w TV, cholera to naprawdę świetna rzecz!
Produkcja hiszpańsko-argentyńska ma w sobie świeżość, przewrotny humor, jednocześnie bawi i jest przeżyciem dość oczyszczającym. Bo w końcu historie, o których opowiada, choć tu wyolbrzymione, doprowadzone do eskalacji, mogą przydarzyć się każdemu. Z samych siebie się śmiejemy. Najpierw z tego jak widzimy, że bohaterów ponoszą emocje, że nad nimi nie panują, a potem wraz z tymi postaciami musimy zderzyć się z ich konsekwencjami.

Cage the elephant - Tell me I'm pretty, czyli nie za ostro, ale energia fajna

Wczoraj na notkę nie było czasu, to może dziś uda się dwie. Po nocce z grami planszowymi znalazłem muzę, która daje sporą dawkę energii, więc chcę najpierw podzielić się z Wami płytką, a wieczorem może jakiś dobry film. Co prawda nagromadziło mi się sporo produkcji, przy których chcę trochę pomarudzić, ale to może na przyszły tydzień, co? Dziś coś dobrego.
Muzycznie ubiegły rok był dość ubogi i nawet miałem jakieś postanowienie, żeby szukać więcej nowości, deezer bez konta premium na komórce sprawdza się jednak średnio, córka za to namawia mnie mocno na spotify i właśnie stamtąd dzisiejszy krążek. Gitarowo, hałaśliwie i energetycznie. Była spora pokusa, żeby opisać warszawskiego Sylwestra, ale było tak zimno, że większość kapel jedynie słuchaliśmy chowając się z córą do namiotu. Notki o tym koncercie więc nie będzie (Perfect grał krótko, Lemon smęcił, Grubson to nie do końca moja bajka). Gdyby nie the Kooks i świetne fajerwerki to bym to uznał za porażkę. Ale o brytyjczykach już kiedyś pisałem, to może dziś o kapeli zza Oceanu. Co prawda muza podobna - widać, że nie ustaje moda na indie rock, na ładnych chłopaków, którzy potrafią i przysmęcić i rozkręcić muzę podrygiwaniem a'a The Beatles.
Oto czwarty krążek Cage The Elephant - dla mnie odkrycia nowego, bo chyba więcej słucham dinozaurów, ale przecież kapela gra już chyba prawie 10 lat i koncertowała z największymi.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Utopce - Katarzyna Puzyńska, czyli czy kobiety potrafią pisać kryminały

Image
Moje pierwsze spotkanie z twórczością Katarzyny Puzyńskiej. Trochę głupio tak zaczynać lekturę od piątego tomu pewnego cyklu, ale tak się złożyło, może kiedyś uda się trochę cofnąć (choć zdaje się, że już kolejny w księgarniach lada dzień). Wrażenie całkiem pozytywne: nie ma za bardzo drażniących bohaterów, jest wyraźny wątek kryminalny i jakieś śledztwo (patrz moje uwagi do twórczości Guzowskiej), wszystko jest w miarę spójne, nie ma wielości wątków, które by sprawiały uczucie nadmiaru (patrz moje uwagi do twórczości Bondy) i tak by pewnie można ciągnąć różne porównania do różnych autorek (Kwiatkowska, Zaborowska...), ale nie zmienia to postaci rzeczy. Panie potrafią pisać kryminały. Można czepiać się detali, może czasem narzekać, że klimat nie podchodzi, że nie rozumiemy bohaterek (ach który mężczyzna w 100% zrozumie kobietę?) albo, że postacie męskie są dziwaczne (ach któraż kobieta...) i zbytnio uproszczone. Czy jednak tego samego albo bardzo podobnych rzeczy nie można zarzucić piszącym panom? 
Z dużą przyjemnością próbuję spotkań z kolejnymi krajowymi twórcami kryminałów, jeszcze wielu mi zostało do nadrobienia, przy niektórych nazwiskach może źle zacząłem i muszę dać jeszcze jedną szansę. Puzyńska w każdym razie wychodzi z pierwszego spotkania jak najbardziej z tarczą.

niedziela, 3 stycznia 2016

Arthur i George, czyli z takimi podejrzeniami to do książek



Kontynuujmy wątek kryminalny. Jutro Puzyńska, a dziś ten, od którego wszystko się zaczęło. No właśnie - czy wiecie, że już za kilka dni premiera najpierw w kinach, a potem w tv nowego długometrażowego Sherlocka? Choć nowa seria z Cumberbatchem będzie nadal współczesna, to ten specjalny odcinek jest w stylu retro. Sherlock i upiorna panna młoda już w tym tygodniu. Ja już bilety mam!

Aha, w ramach porządków na blogu wrzuciłem jeszcze coś nowego z filmów: Godzina rysia, czyli kto do mnie mówi

A na dziś słów parę o miniserialu - raptem trzy odcinki, rzecz bardzo w klasycznym stylu, bez nowinek od Guya Ritchiego :) Co kto lubi. Zresztą ten serial (a wypatrzyłem nie przeczytaną książkę Burnesa na półce, która była podstawą do scenariusza) nie do końca jest o Sherlocku, choć wciąż się o nim wspomina.

sobota, 2 stycznia 2016

Wiśniowy blues - James Lee Burke, czyli lepiej z nim nie zadzieraj

Odrobina porządków - wreszcie jest chwila na nadrabianie zaległości - dopisałem po kilka zdań od siebie do notek pisanych przez Włodka:
Egipt: haram halal.
Pozdrowienia z Korei. Uczyłam dzieci północnokoreańskich elit

Jeszcze chyba z 10 książek z ubiegłego roku czeka na swoją notkę, ubiegłoroczne podsumowania nie są więc idealne - siłą rzeczy nie znalazły się w nich chociażby powyższe dwa tytuły. Ale obiecuję, że zamieszczę je w tegorocznym zestawieniu. Na razie w wolnej chwili bawię się szablonami blogspota i zastanawiam czy chcielibyście trochę recenzji z gier planszowych czy karcianych na Notatniku. Robiłem dotąd to bardzo okazjonalnie, ale chyba złapałem bakcyla i mam trochę ciekawych tytułów do polecenia.

Ale dziś i jeszcze przez kilka dni kontynuujemy kryminały. Z niewielką przerwą (jutro) na coś filmowego i będącego naprawdę przeżyciem niepowtarzalnym.
Nie wiem czego spodziewałem się po Jamesie Lee Burke - koleżanka z pracy reklamowała mi go z wielkim wow!, a ja ostatnio chyba zbyt często sięgając po autorów polskich lub skandynawskich, szukam jakiejś odmiany. Na pewno (i pisałem o tym w podsumowaniach) moim odkryciem z ubiegłego roku był Ellroy, może więc oczekiwałem czegoś podobnego?

piątek, 1 stycznia 2016

Hobbit. Bitwa pięciu armii, czyli no, widowiskowo jest... I rozdawajka.


Pisałem już o dwóch poprzednich częściach Hobbita,
najpierw z entuzjazmem, potem już z dużo mniejszym.
Nie będę też powtarzał tego co pewnie wszyscy myślą: po cholerę było to dzielić na 3 części po ponad dwie godziny. Gdy już doczekaliśmy się finału, jakoś kompletnie nie ma w nas ciekawości, emocji... Jest inaczej niż przy Władcy Pierścienia. Ewidentnie rozciągając tu wszystko do granic możliwości, Jackson sprawił, że po prostu robi się to powtarzalne i mimo widowiskowości, niestety też nudne. 
Kto by pomyślał, że finał, który w książce jest wyglądany i wywołuje tyle emocji, tu oglądany jest jednym okiem, bo drugim zerka się na zegarek, na popcorn, czy tam cokolwiek innego.