piątek, 30 listopada 2012

89 mm od Europy, czyli tak niewiele, a jakby inny świat

Kolejny filmik dokumentalny znaleziony na iplex.pl. Naprawdę zamiast gapić się w telewizor, skakać po kanałach, albo po stronach w sieci wolę sobie obejrzeć coś tak specyficznego i na chwilę nad czymś się zastanowić. Filmik kręcony w latach 90-tych, ale pewnie i dziś można by nagrać ciekawe sceny na granicy wschodniej. To granica nie tylko między krajami. Te przymusowe postoje wszystkich pociągów, bo trzeba zmienić wszystkie podwozia, to jednocześnie pewien symbol przekraczania granic innej mentalności, innej kultury. Świetne ujęcie robotnika i małego chłopca pokazuje jednak nam, że być może część tych granic to tylko pozory albo zaszłości, które siedzą w głowach starszych pokoleń.
Film tam naprawdę jedynie rejestruje pracę robotników oraz twarze pasażerów pociągów. I tyle.Jest surowo, bez skupiania się na określonych ludziach.
By jechać dalej brakuje tytułowych 89 mm (tyle wynosi różnica w szerokości między europejskimi torami, a torami w byłym ZSRR).

czwartek, 29 listopada 2012

Mroczna Argentyna, czyli miłość, dramat, polityka i na dodatek paranormal

Ciężki temat, duże nazwiska, opowieść o miłości, tęsknocie i tragedii. Tak można by zamknąć kilkoma słowami ten film. Zacząłem go oglądać kiedyś w tv, niestety nie obejrzałem do końca, ale upolowałem go gdzieś w sieci. Emmę Thompson lubię od dawna (chyba od czasów filmów, które robiła z Branaghiem), Banderasa za to jakoś nie trawiłem, więc ciekaw byłem co reżyserowi z tego duetu aktorskiego uda się wydobyć. I po dobrym początku prawdę mówiąc trochę zgłupiałem. Czy to dramat, film historyczny opowiadający o autentycznych wydarzeniach w Argentynie i zbrodniach junty wojskowych, alegoryczna opowieść o zaślepionej władzy, czy mglista przypowieść przepełniona realizmem magicznym? Pomieszanie z poplątaniem niestety nie wpłynęło dobrze na moją percepcję tego filmu.

środa, 28 listopada 2012

Big Calm - Morcheeba, czyli najlepsze tło do filmów i konkurs

Była notka o konkursie, to czas dorzucić do niej jakąś recenzję. A, że ostattnio trafiłem jakiś niedrogi zestaw dwupaków to z tej kupki przy odtwarzaczu dziś o czymś lekkim. Trip-hop i wszystkie wynalazki łączące duszną atmosferę, elektronikę i alternatywne pomysły rodem z piwnic i klubów (nie z dyskotek) polubiłem choćby poprzez odkrycie Massive Attack. Ale bynajmniej nie jestem znawcą takiej muzy - hip hopu i rapu na co dzień raczej unikam, a zamiast elektroniki zawsze wybiorę ciężkie brzmienie gitar. Czasem jednak fajnie jest zafundować sobie odmianę - szuka się różnych rzeczy w sieci, coś wpada w ucho w radiu. Jeden kawałek, drugi, potem się rozpoznaje już wokal, charakterystyczne brzmienie - ooo to już znam. I tak to właśnie miałem z Morcheebą.

Cztery lwy, czyli gotowi na wszystko

Z różnych rzeczy można się śmiać, a Anglicy już nieraz udowadniali, że potrafią prawie ze wszystkiego. Tym razem jednak trochę mnie zaskoczyli - bo o ile rozumiem oswajanie lęków i pokazywanie terrorystów jako głupków, to same zamachy wcale nie wydaja mi się takie zabawne i nie bardzo rozumiem jak można się bawić takimi sytuacjami.
Absurd i dość żenujące dowcipy towarzyszą tu całkiem fajnym pomysłom - pewnie jest ich mniej więcej po połowie. Chyba tylko dlatego dotrwałem do końca i naprawdę były chwile gdy szczerze rechotałem. Dopiero finał i same zamachy trochę mi zepsuły wymowę. Ale może to kwestia jakiejś mojej wrażliwości. 
Sam pomysł, by pokazać brytyjskich islamistów, którzy choć zasymilowali się już nieźle to w deklaracjach nie akceptują kultury zachodniej i chętnie by wszystko wysadzili w powietrze (Rossmanna! by kobiety się nie malowały, bo wtedy kuszą!) - naprawdę dobry. Pokazanie ich jako nieudaczników i gamoniów - no dobra niech będzie na potrzeby komedii też do zaakceptowania (zwłaszcza, że Brytyjczycy w filmie wcale nie są bystrzejsi). Ich rozumienie Dżihadu, chęć pójścia do raju są tu tak przejaskrawione, że część z nich jest gotowa nawet do wysadzenia meczetu by w ten sposób doprowadzić do większej przemocy.

wtorek, 27 listopada 2012

GARS - Grozy absolutu, rewizja symboli, czyli niczym bomba w skrzynce pocztowej

W dzisiejszych czasach okazuje się, że można znaleźć całkiem ciekawe pomysły na promocję swej twórczości. Przecież nie każdego stać na wyłożenie kasy by duże sklepy wykładały Twoją płytę/książkę na półki, nie każdy ma szczęście do dużego wydawnictwa, który zechce zainwestować w promocję. Ale od czego pomysłowość. Blogów ci u nas więcej niż pism muzycznych. Dziś ze zdumieniem odkryłem w swej skrzynce przesyłkę od zespołu GARS. Nie znam chłopaków, ale pomysł uznałem za tak fantastyczny, że nie mogłem nie poświęcić im jednej notki - może ktoś jeszcze zainteresuje (podobnie jak ja) się ich muzą. W ubiegłym tygodniu ukazała się właśnie ich druga płyta - "Grozy absolutu, rewizja symboli". Te kawałki, których mogłem wysłuchać pokazują, że chłopaki grać umieją i warto wydać te kilkadziesiąt złotych, by dać im szansę na dalsze granie. Tekstowo też jest niegłupio, powiedziałbym i aktualnie i przewrotnie (poniżej próbki). To nie tylko wrzask i wylanie frustracji, ale i czasem przestroga by tym co wrzeszczą (szczególnie twierdząc, że robią to w naszym imieniu) specjalnie nie ufać. I to mi się podoba.

niedziela, 25 listopada 2012

Lao Che - Soundtrack, czyli panie dzieju niejedno słyszałem

Ta kapela zaskakuje praktycznie każdym albumem - żaden nie był powtórzeniem, odcinaniem kuponów od sukcesu, ale zaskakiwał tekstowo, muzycznie, klimatem. Słyną z tego, że tworzą koncept-albumy - od początku do końca przemyślaną całość, którą można rozdzielać na piosenki, ale najlepiej słuchać płyty i wsłuchać się w jej klimat. Tym razem pomysł - jak wskazuje sam tytuł płyty - był taki by stworzyć album inspirowany klasycznymi nagraniami muzyki filmowej, to ich "wariacje na temat". I aż żal, że taki film nie powstał (może znajdzie się odważny), bo rzecz by wyszła na pewno cholernie oryginalna - myślę, że bardzo w stylu Lyncha, a może Jarmusha? Byłoby chwilami mrocznie, ale na pewno byłoby tam sporo szaleństwa i absurdu. 
To nie jest album łatwy do słuchania. Po pierwszym przesłuchaniu stwierdziłem, że raczej drażni niż się podoba, ale im dalej w las...

sobota, 24 listopada 2012

Gangster, czyli ballada o mordercach

Notka szybka, bo i czasu na pisanie nie ma zbyt wiele - przy okazji zapraszam też do zerknięcia notek wrzuconych dziś w ramach porządków na blogu:
A dziś szybka notka o Gangsterze (od piątku w kinach). A szybka też dlatego, że nie bardzo jest o czym moim zdaniem pisać. Rozumiem, że troszkę wraca moda na kino gangsterskie, a czasy prohibicji w Stanach są zapleczem mnóstwa historii, które jeszcze można przerobić na scenariusze (bo ta jest autentyczna - scenariusz pisano na podstawie powieści wnuka jednego z bohaterów). Ale szczerze mówiąc mało kiedy udaje się na fali tej mody opowiedzieć coś autentycznie świeżego, zaskakującego choćby formą. Jest mniej lub bardziej sztucznie i naiwnie (czyli kule latają i trafiają tylko sporadycznie, ale jak trafia to w wybranego od razu hurtem), jest krwawo (no tu rzeczywiście postęp, bo im coś bardziej współczesnego tym musi być dosłowniej). Tak i tym razem - ogląda się nieźle, ale zapomni pewnie równie szybko jak i masie innych tego typu produkcji.

czwartek, 22 listopada 2012

Antonina Krzysztoń - Turkusowy stół, czyli taniec z aniołami. I roztrzygnięcie konkursu

Tośkę (choć powinienem chyba mówić Panią Antoninę) uwielbiam od lat. Wiele nagrań mam jeszcze na kasetach, ale staram się w tej chwili kompletować wszystko na bieżąco na CD, już trudno mia nawet policzyć wszystkie koncerty gdy mogłem jej słuchać... I za każdym razem to przeżycie, które zaliczam do tych "duchowych". Jeżeli po koncercie wszystko aż w duszy ci śpiewa, gra, chce ci się tańczyć, nucić, przytulać ludzi, do wszystkich się uśmiechasz i w nosie masz wszystkie problemy - to chciałoby się tylko aby takie chwile zdarzały się częściej.
Niesamowita postać, głos, wrażliwość. Zawsze na scenie na bosaka, by mieć bliższy kontakt z ziemią, gdy zaczyna śpiewać wszyscy zdajemy sobie sprawę, że ma też kontakt z aniołami. Sporo swoich nagrań komponuje albo pisze teksty w trakcie rekolekcji, wyciszenia. Ale choć często mają one w sobie coś bardzo prostego, prawie medytacyjnego, fragmenty do powtarzania, śpiewania wraz z nią, to nie jest muzyka smutna czy ascetyczna. Wręcz odwrotnie - w tych magicznych folkowych dźwiękach jest mnóstwo radości, piękna, uniesienia. Na koncertach w zależności od składu czasem jest ascetycznie (np. tylko gitara i przeszkadzajki, fujarka). ale widzieliśmy już ją z całym zespołem (m.in. Słoma na bębnach), a na płytach jest już zwykle świetny zespół i po prostu bajkowo...

środa, 21 listopada 2012

Mąż do zadań specjalnych - Tatiana Polakowa, czyli dla wielbicieli Chmielewskiej

Jakoś mi nie podeszło. Mimo, że stare powieści Chmielewskiej bardzo lubiłem, a ta jest napisana w podobnym stylu, książka do której wracać nie mam zamiaru i jeżeli ktoś się z niej ucieszy - chętnie się podzielę. Ze względu na ograniczone zasoby finansowe wysyłka tylko na terenie kraju :( Ale wysyłka za to będzie szybka. Dziś wracam z Krakowa - powiedzmy więc, niech to będzie szybka akcja - proszę o wyrażenie zainteresowania w komentarzu, a wieczorem, o 20.00 zobaczę kto jest chętny. Jak będzie więcej "dobrych rąk" do przejęcia kniżki to zrobię losowanie. Jak chętnych nie będzie, książka powędruje do jakiejś biblioteki, albo ją uwolnię na przystanku. Aha! Zaglądajcie też do zakładki konkursowej! Wciąż dwie rzeczy do zdobycia!
Książka reklamowana jest tak:
Jeden z najlepszych kryminałów, jakie kiedykolwiek powstały w Europie Wschodniej. Drugi tom bestsellerowej serii o Żeni i Anfisie – pisarkach amatorkach, detektywach w spódnicy. Ich domena to romanse, największy talent – wpadanie w tarapaty. Przeczytałeś już wszystkie powieści Joanny Chmielewskiej i wciąż masz apetyt na kryminały? Polakowa, autorka fantastycznego Wielkiego seksu w małym mieście, zapewni Ci niezapomniane emocje. Historia zacznie się zwyczajnie: lato, dacza, sielski wiejski krajobraz, dwie przyjaciółki szukające natchnienia. Nie daj się zwieść pozorom. Już wkrótce nastąpi trzęsienie ziemi i, jak u Hitchcocka, napięcie będzie rosnąć aż do brawurowego finału. Będzie trup, będzie tajemnicze zaginięcie, dawne romanse zamienią się w dramat, a na światło dzienne wyjdą mroczne rodzinne tajemnice. Na scenie pojawi się Roman – dzielny funkcjonariusz specnazu, prywatnie całkiem nowy mąż Anfisy. A wtedy… STOP! To po prostu trzeba przeczytać!

wtorek, 20 listopada 2012

Wilk - Kim Nowak, czyli powrót do korzeni

Kim Nowak! Nowa płyta i dla mnie już przy pierwszym numerze myśl: jejku jak ja bardzo bym chciał puszczać taką muzę w radiu! Aż ciarki chodzą. Ale ponieważ już jakiś czas temu porzuciłem zabawę w robienie radia i wieczorne audycje "Friday guitar nights" odeszły do historii, tylko tak mogę podzielić się z kimś radością z tej muzy.
Po niezłej energetycznej pierwszej płycie tej kapeli nie mogłem przegapić kolejnej. I oto mam! W drodze wrzuciłem ją do odtwarzacza (bo warto jej słuchać głośno) i raz i drugi i wracając też wiem czego będę słuchał. Tamta płytka była surowa, nagrywana "na setkę", tu jest może mnie brudno, ale to nie znaczy, że muza jest spokojniejsza - za to słychać oprócz "kopa" i ściany dźwięków słychać poszczególne partie instrumentów i jest to przyjemność ogromna. Nie ma ku mojej radości tu zbyt wielu eksperymentów (elektronika, hip-hop itd.) - jest radość robienia muzy, radość grania i nawet jeżeli ktoś kręci nosem, że niby nic nowego, to dla mnie ważne jest jak to jest robione. Mimo, że możemy tu odnaleźć sporo podobieństw, sporo mamy skojarzeń, nawet niektóre solówki wprost kojarzą nam się z klasycznymi numerami, ale to nie jest kopiowanie, ale raczej odkrywanie frajdy z takiego grania, tych emocji. Skoro czegoś słucham, to czemu nie spróbować tak zagrać? Odniesienie do bluesa, klasycznego hard-rocka, energii lat 70-tych, ale brzmi to przecież świeżo, współcześnie. Ostre granie, energetyczne i choć więcej jest tu w porównaniu z debiutem melodii i wirtuozerii, to przecież nadal czuć w tych przesterowanych, szalonych chwilami rytmach szczerość i autentyczne emocje. Nie udawane i na siłę jak np. "rewolucjoniści" z Cool Kids... Chłopaki z Kim Nowak nie potrzebują buntu udawać.

Koncert dla Julii, czyli magiczny Kraków

Jak wspominałem od niedzieli jestem w Krakowie. Ile razu tu jestem zawsze mnie kusiło by gdzieś skorzystać z "kulturalnych" propozycji miasta. Niby miło się siedzi w dobrym towarzystwie w knajpkach, kafejkach i kawiarniach, ale być tu i nigdzie nie pójść? Tym razem - mimo, że sam (tym razem bez działu) postanowiłem skorzystać. Kasia namawiała mnie na Teatr Słowackiego, ale co zrobić jak nic nie grają? Ale ale jak to nic? Jest jakiś koncert. Po pierwsze charytatywny - zbiórka funduszy dla Julii - młodej kobiety chorej na raka by mogła wyjechać do Stanów i tam przejść leczenie (u nas lekarze są bezradni), po drugie sam teatr, po trzecie zestaw artystów. Byle tylko mieli bilety. Mieli!!! Udało się! Cudowny to był wieczór!  Jak się cieszę, że się udało! Nawet jeżeli jutro już nigdzie nie uda się wyjść (a może się uda bo spacer na Rynek to raptem pół godziny i o dziwo nawet nie błądzę po mieście), to i tak będę miał co wspominać.
Muzycznie - głównie poezja śpiewana, ale w tak różnych stylach i nastrojach, że sama różnorodność była piękna. Tyle cudownych głosów, świetny zespół muzyków akompaniujących, a do tego niesamowita akustyka tego miejsca. Ten teatr rzeczywiście nie dość, że piękny, ze wspaniałą kurtyną malowaną przez Siemiradzkiego (bajka!), to jak mało które miejsce nadaje się do prezentowania takiej muzyki. 

poniedziałek, 19 listopada 2012

Pokłosie, czyli prawda, pamięć, przebaczenie

Pokłosie. O tym filmie już tyle się mówi, że trudno coś dodać od siebie. Pewnie i tak utonie to w zalewie tych wszystkich oskarżeń twórców, albo też oskarżeń tych, którzy oglądać nie chcą. Ale nic to - ważne żeby samemu na gorąco uchwycić te ulotne myśli. Choćby po to, by za jakiś czas do nich wrócić i coś przemyśleć. To jedna z radości z tych notatek. 
O samym filmie i jego fabule pewnie wszyscy już wszystko wiedzą. Dwóch braci. Jeden: Franciszek (Ireneusz Czop) wraca wkurzony do kraju po 20 latach w Stanach, bo tam mu się zwaliła na głowę bratowa z dziećmi, próbuje więc wyjaśnić "u źródła" co się dzieje z bratem. Drugi z braci: Józef (Maciej Stuhr)  tak naprawdę wcale nie cieszy się z jego przybycia - ma swoje problemy i chyba nawet nie chce w to wciągać nikogo. Po odejściu żony stał się odludkiem zajętym tym co uznał za swoje "dzieło". Chce uratować od zapomnienia i zniszczenia płyty nagrobne z cmentarza żydowskiego - przypadkiem odkrył, że wybrukowano nimi drogę, a ich pozostałości są też w gospodarstwach, więc ściąga je wszystkie na swoje pole.Franciszek nie rozumie działań brata, ale widząc olbrzymią niechęć ludzi wobec niego, agresję i chęć uciszenia, na przekór ludziom postanawia pomóc bratu. To co odkryją nie będzie łatwe ani dla ludzi z ich otoczenia, ani dla nich samych.
Gdyby rozpatrywać ten film w warstwie fabularnej, wizualnej, spójności całości musiałbym powiedzieć, że film jest zaledwie średni - mnóstwo tu niespójności, dziwnych zbiegów okoliczności, czarno-białych klisz, które mają łopatologicznie wbić nam do głów pewien przekaz. Sporo rzeczy tu irytuje i aż dziw, że tak doświadczony reżyser popełnia tak amatorskie błędy.
Ale ten film trudno tak rozpatrywać. Bo nawet jeżeli budzi sprzeciw, różne refleksje i nie tylko zbiorowe narodowe posypywanie głów popiołem, to znaczy, że dobrze że zmusza nas do rozmawiania. Bo oto chyba w tym wszystkim chodzi. O prawdę. O pamięć. O przebaczenie.

niedziela, 18 listopada 2012

Wyspa, czyli pokój w sercu

Ten film to dla mnie czysta metafizyka. Tak prosty, surowy, raz przepełniony słowami modlitwy, chwilami dowcipny, ale na pewno dotyka tego co najważniejsze - sumienia, duszy ludzkiej, istoty wiary i sensu życia. Oglądam go po raz trzeci - tym razem korzystając z tego, że z okazji festiwalu kina rosyjskiego Sputnik nad Polską, platforma iplex.pl udostępniła filmy pokazywane w poprzednich edycjach - polecam Wam gorąco, bo to klasyka, prawdziwe perełki, a niestety kino rosyjskie rzadko gości na ekranach telewizorów (widać ktoś uznał, że tyle lat było w nadmiarze, to teraz tylko ameryka ma nam starczyć).
To zadziwiające, że Rosjanie mają w swojej kinematografii naprawdę sporo takich filmów, które nawet jeżeli nie zawsze o religii mówiły wprost, to zadawane w nich pytania i ich wymowa była na wskroś metafizyczna. Ci to umieją. A Polacy, nawet jak podejmują próby (Faustyna), to wychodzi nijako. Wyspa, w której blisko jedna trzecia wypowiadanych słów to modlitwy, oglądana jest nawet przez niewierzących i to bez jakiegoś specjalnego odrzucenia. Tu nic nie razi sztucznością, egzaltacją, fanatyzmem, te słowa płyną z duszy i to się czuje... Nawet humor jest tu jakoś przesycony mądrością, uczeniem pokory, poskromieniem pychy - niczym w opowieściach o pierwszych pustelnikach.