Na początek odrobina porządków: sorry za dziwny post z dnia dzisiejszego - to miał być szkic, żeby nie zapomnieć napisać o serialu "Detektyw". Na dniach zaktualizuję listę obejrzanych filmów, ale ponieważ to właśnie wśród notek filmowych mam największe zaległości nie zdziwcie się, jeżeli wciąż będą one dominować na blogu. Zwłaszcza, że wkrótce impreza Wiosna filmów w kinie Praha i znów wpadnie pewnie sporo ciekawych tytułów. Z zaległości zapowiadam m.in. notki o "Polowaniu" (trzymam kciuki przy Oscarach), "Złodziejce książek", "American Hustle", "Pod mocnym aniołem"...
Aha i na miejsce zakończonego konkursu pojawiły się dwa nowe wpisy - zajrzyjcie koniecznie:
A dziś o książce. Od razu się przyznam, że jeżeli chodzi o SF i fantasy, to jestem strasznie do tyłu - uwielbiam sięgać do klasyki, ale kompletnie nie nadążam za modami i nowościami. Zresztą jest tego tyle, że trudno połapać się we wszystkich sagach, cyklach, seriach. Powiedzmy, że zatrzymałem się na etapie Achai. No i Uniwersum Metro 2033 też znam. Ale co mi szkodzi poeksperymentować gdy jest możliwość, prawda? Kręcąc więc nosem na jak zwykle przesadzone reklamy w stylu: "cykl, który w zgodnej opinii krytyków i
czytelników tchnął nowe życie w nieco już skostniały gatunek fantasy" i z pewną dozą nieśmiałości sięgam po "Zabójczy księżyc".