
A może Jean jest tu jedynie symbolem współczesnych ludzi; zagubionych w tym rozpędzonym świecie, chowających się za wymyślanymi osobowościami, tożsamościami, z moralnością tworzoną na własne potrzeby - co dobitnie odtworzyła świetnie dobrana obsada. Kłamstwo i fałsz to dla rodziny Gordona jest jak chleb powszedni co odsłania stypa. Zaborcza matka (Agnieszka Pilaszewska) mówiąc o równości uczuć miedzy synami bez zająknięcia przechyla szalę miłości na Gordona, a będąc niewierzącą żegna go w kościele ubrana w czerwień, ale jednocześnie, w kolejnych odsłonach, uświadamia nam, że żal po stracie syna może być ogromny choć nieuzewnętrzniony, schowany pod maską obojętności. Urocza żona Gordona, Hermia, w wykonaniu Moniki Kwiatkowskiej dopiero po alkoholu odkrywa się emocjonalnie i przyznaje, że przez lata małżeństwa grała jedynie rolę szczęśliwej kobiety, pokazuje że w sercu nosi głód miłości – duże brawa dla obu pań za te dwoiste odsłony. Lekko aspołeczny brat Gordona, Dwight, zawieszony między brakiem komunikacji we własnej rodzinie, osamotnieniem a tęsknotą za szczerym, opartym na miłości związku, został pięknie zagrany przez Rafała Zawieruchę. I Jean, kobieta z misją, kobieta wierząca w słuszność kłamstw, które w jej mniemaniu mają uszczęśliwiać innych. Cicha, „szara myszka” przypadkowo zamotana w cudze życie, która nie widzi, że te działania prowadzą do zaniku jej autentyczności – nie wyobrażam sobie nikogo innego w tej roli, Barbara Wypych jest rewelacyjna.
Chyba najważniejsza w tym spektaklu jest scena spotkania Gordona z Jean w „piekle”. On to cynik, człowiek w zawodzie o wątpliwej reputacji, ona – dziewczyna z misją uszczęśliwiania innych… dlaczego znajdują się w tym samym miejscu? Czy dlatego, że tak naprawdę są podobni do siebie, uszczęśliwiają innych kłamiąc?
Przyznam szczerze, że ten spektakl trudno zdefiniować. Wątków jest tak wiele, że widz nie wie za którym podążać i który jest tym wiodącym. Raz wydaje się, że to mentalna podróż do granic absurdu, innym razem, że dotyczy współczesnego uzależnienia od nowinek technologicznych. Można go również odczytywać jako spektakl o samotności, o oddalaniu się ludzi od siebie, o tym, że boimy się pokazywać swoje słabości. A może to też opowieść, że sami jesteśmy dla siebie kłamcami, bo oszukujemy sami siebie myśląc, że komórka łączy nas z innymi, że kreacja z foto shopu to prawda a nie złudna powłoka. Czy już jesteśmy na etapie, że tracąc komórkę tracimy swoją osobowość, tożsamość i łączność ze światem?
Trudny do odczytania spektakl, ale polecam.
MaGa
Teatr Współczesny – A komórka dzwoni…
Autor: Sara Ruhl
Przekład: Małgorzata Semil
Reżyseria: Maciej Englert
Scenografia: Marcin Stajewski
Kostiumy: Anna Englert
Muzyka: Jerzy Satanowski
Światło: Katarzyna Łuczak
Obsada: Mateusz Król (Gordon); Barbara Wypych (Jean); Agnieszka Pilaszewska (matka Gordona); Monika Kwiatkowska (Hermia); Rafał Zawierucha (brat Gordona); Natalia Stachyra (Ta Druga/Nieznajoma).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz