środa, 30 grudnia 2020

Przeczytane 2020, czyli czasu na czytanie było sporo

Ostatnie podsumowanie tego roku i jutro na blogu już chyba cisza :) Kupiłem sobie fotel bujany, zrobię dużo herbaty i Sylwester będzie pod kocykiem i z książką. Czyli tak jak lubię.
Nie ukrywam, że to moje ulubione z całorocznych postanowień, książki pamiętam najlepiej, więc najłatwiej mi potem wskazywać te z nich, które były najciekawsze w danym roku. Statystycznie - dobry rok, bo to aż 156 tytułów. Dużo? Niby tak, ale część z nich to rzeczy krótkie, dla młodzieży, to przeczytania w kilka godzin. No i pomaga to, że czytam nie tylko w papierze, ale i w e-, słucham audio, więc kilka tytułów równolegle na pewno pomaga w tym, by czytało się szybciej i więcej. Listy tego co bym chciał przeczytać i tak raczej się wydłużają, a nie skracają. Staram się jednak ograniczać czytanie jedynie nowości od wydawców, a sięgać po to co po prostu budzi ciekawość.

Pandemia sprawiła, że tego czasu na czytanie było sporo, to właśnie lektury czasem pomagały w tym, by uciec myślami przed różnymi bardziej ponurymi myślami. Pełną listę notek z tego roku znajdziecie na dole. Ale zanim kilka rekomendacji, to jeszcze małe podsumowania, czyli to co ważne, ciekawe i nowe.
Bardzo sprawdza mi się EMPIK GO. Co prawda wybór do audio i do ebooków jest dość skromny, za to korzyści zniżkowe już dawno zrekompensowały mi wydatek na kartę. Na razie z innymi stronami audio nie eksperymentuję, bo też tempo słuchania mam niewielkie, więc co kilka tygodni zawsze coś tam sobie wypatrzę (teraz np. kontynuacja Kastora Miłoszewskiego).

Kody Legimi - korzystam nie z abonamentu płatnego, tylko z darmowych kodów z biblioteki i uważam to za fantastyczny pomysł. Będzie ciężko jak mi się skończy ta możliwość, bo biblioteczka budowana "na zapas" to u mnie i córki już chyba około 100 tytułów w kolejce. Wybór nie jest pełny, ale naprawdę ogromny, na pewno nie ma audio, ale ebooków cała masa. 

Fajne na pewno były spotkania autorskie, które przeniosły się do sieci. Nie zawsze byłeś w stanie pojechać do innego miasta, a tu proszę. Nawet wręczanie nagród Wielkiego Kalibru online. Wiadomo, że nie ma autografu, atmosfera nie ta sama, ale dla przeciętnego czytelnika to fajne doświadczenie - premiery książek, wywiady, większa aktywność pisarzy choćby na FB (nawet książki pisane online w odcinkach), to akurat plusy całej tej cholernej pandemii.

Odkrycie jeżeli chodzi o wydawców. Chyba Pauza. Na razie to gromadzenie zachłanne tego co wydają (tak jak do dziś mam z Dowodami na istnienie), ale już coś za mną i czuję, że to dobra droga - mniej, a większa selekcja. No i może wyróżnienie dla VESPER za piękne wydania nie tylko klasyki, ale i debiutów w gatunku groza/horror. Takie książki to aż przyjemność kupować (a cena w odróżnieniu od innych nie przeraża).

Chyba tyle wstępu, to teraz bardziej szczegółowo.

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Podsumowanie filmowe 2020, czyli gdy kina nam zamykają

Podsumowanie 2020 i notki filmowe. Podkreślam: notki, bo nie zawsze piszę na bieżąco o nowościach, z równie wielką przyjemnością piszę o produkcjach starych albo mało znanych. Robię sobie własne przeglądy reżyserów, jakichś cykli i z tego właśnie buduję swój Notatnik od strony filmowej.
Statystycznie: 205 produkcji więc wydaje się, że bardzo dobrze. Sporo wpisów jednak jak zauważycie jest dość krótkich, robię trzypaki, więc to bardziej odnotowanie wrażenia, na pewno nie zawsze jakaś rozbudowana recenzja. Wiele rzeczy z obejrzanych w tym roku spadnie na rok przyszły bo nie było czasu albo miejsca, by o nich pisać na bieżąco - są to m.in. seriale Król, Watchmen, Kraina Lovecrafta i jeszcze spora ilość filmów fabularnych. Na pewno materiału mi nie braknie i to mimo trzymania trochę morderczego rytmu jednej notki dziennie. 

Jaki był ten rok 2020? Poza tym, że morderczy dla kin i dla premier? Festiwale sobie radzą przez przenosiny do sieci, rozwijają się platformy internetowe. Dla mnie też w tym roku dołączenie do Netflixa sprawiło wiele radości. Co prawda pierwszy zapał już minął i chyba jednak częściej zaglądam na kanały filmowe tv niż tam, ale sporo produkcji w podsumowaniu będzie właśnie z Netflixa. Dalej szukałem filmów i odświeżałem sobie m.in. Kubricka, Lanhimosa, Polańskiego, zacząłem powtórkę Bonda. Najstarszy film jaki widziałem w tym roku to chyba właśnie Doktor No z roku 1962. Ach no i Złodzieje rowerów z roku 1948. Sporo rzeczy mam wrażenie mi umyka, nie zawsze zdążę zanotować jakieś emocje, a potem zapominam, ale staram się pisać o jak największej liczbie oglądanych - stąd znajdziecie na liście (na końcu notki) mózgotrzepy, rozrywkę i tytuły jak najbardziej poważne czy nawet niszowe. Nie streszczam fabuły, nie analizuję aktorstwa, piszę o swoich odczuciach.
Co więc zwróciło moją uwagę?

Brytyjski czy amerykański, czyli poczwórna dawka Bonda

Ostatnia notka filmowa w tym roku, nie ze wszystkim się wyrobiłem z opisem, ale postanowiłem napisać o kolejnej porcji przypominanych sobie Bondów. Trochę z sentymentem, chwilami z frajdą, a chwilami z zażenowaniem...

"Żyje się tylko dwa razy". Bond w Japonii! Ba, nawet się żeni. Co prawda fikcyjnie, bo naprawdę nastąpi to dopiero w kolejnym filmie (ciekawe ile osób o tym pamięta). Do Azji wysłano go, by rozwiązał zagadkę znikania kapsuł kosmicznych i to zarówno tych amerykańskich, jak i radzieckich. Tajemniczy obiekt, który je przechwytuje był wystrzeliwany właśnie z wysp japońskich. Fabuła jest dość absurdalna, efekty idiotyczne, ale i tak ma się niezłą zabawę z oglądania Seana Connry'ego choćby w scenach gdy jest przerabiany na Japończyka. Widowiskowości na pewno trudno odmówić, kaskaderzy mieli co robić, zwłaszcza w scenach finałowych ataku na bazę Widma. W tej części zobaczymy wreszcie twarz szefa tej tajnej organizacji. 

niedziela, 27 grudnia 2020

Borówka Music - 15 lat w trasie koncertowej - Bartek Borowicz, czyli gdy praca staje się pasją, a pasja pracą

Zaznaczając etykiety do tej notki już miałem zagwozdkę. No bo jak w tym przypadku nie zaznaczyć: "muzyka" oraz "koncert", mimo, że to przecież książka. Tyle, że właśnie o pasji do muzyki, do życia w trasie, do promowania zespołów i realizowania koncertów. Niewielka agencja, której założycielem jest Bartek Borówka, nie jest bardzo szeroko znana, na pewno jednak warto zainteresować się tym co robią (polecam ich profil na FB).
Czesław Mozil, Cezik, to tylko ci bardziej masowo znani artyści, którzy współpracują z Borówka Music i pewnie wierzchołek góry lodowej tego co robi autor. Od kilkunastu lat bowiem stara się wyszukiwać różne interesujące projekty muzyczne, promować je, urządzać trasy koncertowe, wydawać płyty, nie przejmując się tym, że nie będzie pewnie na tym zarabiał na tym milionów. Bo nie o kasę tu jedynie chodzi.
Z równą pasją Bartek organizuje bowiem koncerty na dużą skalę, jak te w malutkich salkach knajp i kawiarni, czy nawet w prywatnych mieszkaniach. Ze swoimi wykonawcami zagląda do miejsc na mapie Polski, gdzie wielkie gwiazdy nie pojawiają się wcale. I ci, którzy z nim współpracują czują tą pasję, podzielają ją, nie krzywiąc się na warunki noclegowe, na to, że czasem sala nie jest tak pełna jak by się tego chciało. Grają, bo to kochają. Bartek Borowicz jako jeden z pierwszych w Polsce zaczął stawiać na coś co staje się obecnie dość modne - tzw. songwriterów, czyli projekty bardzo kameralne, osobiste. Człowiek z gitarą, który potrafi zaczarować salę bez wielkich fajerwerków, efektów, całego zespołu wsparcia - oto esencja.
Właśnie o tym wszystkim jest ta książka.

Teatralnie i muzycznie, czyli za czym tęskno

 Pierwsze z tradycyjnych podsumowań roku na Notatniku (poprzednie znajdziecie zawsze w ostatnich dniach grudnia). Rok 2020 wszyscy wiemy jaki był, więc będzie to w przypadku koncertów i teatru raczej symboliczne podsumowanie - raczej trudno było mówić o normalnym uczestniczeniu w wydarzeniach kulturalnych.
Jest to więc podsumowanie raczej jedynie dla formalności, dla uporządkowania notek, bez nagród, choć kilka wyróżnień możecie się spodziewać. Statystycznie jedynie 1 koncert, 20 notek na temat płyt, no i 21 teatralnych. Trudno porównywać same ilości rok do roku, ale jeżeli chodzi o moje emocje, satysfakcję , poczucie, że chodziłem na koncerty czy do teatru tak często jak bym chciał, to oczywiście trudno nie kryć mi rozczarowania i smutku. Mam nadzieję, że mimo wszystko kultura przetrwa. I to nie tylko dzięki pomocy państwa, bo ta raczej symboliczna, tylko dzięki temu, że widzowie potem będą wracać z radością, że bilety będą sprzedawać się jak świeże bułeczki. Oby. 

Pewnym fenomenem jest przeniesienie wielu działań i projektów do sieci - Internet daje jednak jedynie namiastkę tego co zwykle niosą ze sobą spotkania na żywo. Ja wciąż nie mogę się przełamać, choć kilka razy płaciłem za dostęp i uważam, że warto choć w ten sposób dawać artystom wsparcie. Kilka rzeczy wyszło dzięki tej cholernej izolacji całkiem ciekawych (ludzie szlifują różne projekty akustyczne, czytanie tekstów itp.) i to miejmy nadzieję, że będzie jakoś trwać. Przyhamowanie okazuje się może dać fajną perspektywę, choć pewnie lepiej byłoby gdybyśmy mogli sami decydować o izolacji, a nie być do niej zmuszani.
Dobra dośc gadania, pora przejść do kilku zdań podsumowania tego co najciekawsze - oczywiście w notkach, bo nawet nie aspiruję do tego, by twierdzić, że widziałem i słyszałem wszystko, rzeczywiście mogąc wskazać Wam najlepsze z danego roku. Czasem więc traficie na rzeczy starsze, ale akurat w tym roku je odkryłem. Całe spisy znajdziecie na samym końcu notki.
Najpierw muzyka.

sobota, 26 grudnia 2020

Nie ma, czyli pamieć, tęsknota, odchodzenie

Chyba jutro pierwsze z podsumowań tego roku, na początek muzyka i teatr. I wszyscy wiemy jaki ten rok był dla kultury, a szczególnie dla wydarzeń dziejących się na scenach. Smutno bardzo.
Żeby jednak dopełnić spisów całorocznych jeszcze jedna notka. Dość wyjątkowa, bo ten spektakl od początku powstawał jako pewnego rodzaju hybryda, więc potem wymuszone przejście na transmisję online zadziało się może bardziej naturalnie niż w innych przypadkach. I choć nie przepadam za oglądaniem przedstawień teatralnych online, to tym razem obejrzałem z ciekawością. Projekt na pewno dość odważny, sam tekst też niełatwy, to nie jest rzecz z tych lekkich, łatwych i przyjemnych, forma też wymagająca, chwilami dość statyczna. Warto jednak dać szansę, bo aktorzy Teatru Żydowskiego pod okiem Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej, wydobyli z "Nie ma" Mariusza Szczygła naprawdę bardzo dużo. 

piątek, 25 grudnia 2020

Kolekcjoner porzuconych dusz. Reportaże z Brazylii - Eliane Brum, czyli człowiek ważniejszy niż tekst

Reportaże Eliane Brum są głosem tych, którymi świat się niewiele interesuje. Może czasem, gdy wydarzy się jakieś nieszczęście... Ale gdy tego nieszczęścia jest tyle, że trudno to ogarnąć, to i świat przestaje się interesować. Gdy kolejne dzieci wychodzą na ulicę i wpadają w łapy gangów, narkotyków, drobnych interesów i giną, kto zainteresuje się tym co czuje matka? Gdyby zginął zastrzelony ktoś z dobrej dzielnicy... A tak - sam sobie winien. Tymczasem te reportaże są głosem zadającym pytanie: a co zrobiliście, by zmienić szanse dzieci ze slamsów, znieść te podziały na lepszych i gorszych.
Szuka tematów w których ma szansę być głosem uciśnionych, tych, którzy nie mają szans dobić się o sprawiedliwość, bo nie mają pieniędzy. Walka o środowisko naturalne, prawo do dachu nad głową, ochronę przed przemocą - to sprawy, które może pojawiają się w prasie, ale chyba rzadziej w książkach.
Jest jednak jeszcze jedna ciekawa rzecz w tej książce. A może nawet dwie.

czwartek, 24 grudnia 2020

Życzenia, czyli plany to sobie możesz człowieku robić...

 Wigilia. I choć sobie obiecywałem: więcej spokoju, mniej nerwów, bo ten rok i tak tyle zniszczył i zmienił, to znowu wiele spraw na ostatnią chwilę. I blog też. Mimo wszystko nie zostawię Was bez notki. Tradycyjnie z życzeniami.
I drugi rok z rzędu bez recenzji, za to z pewnego rodzaju rekomendacją i lekturą, po którą sam sięgam (a nawet dwiema). Kto chce zerknąć co napisałem w zeszłym roku i jaka to była książka proszę klikać tu.

Wybieram na ten rok rzeczy, które można sobie "dawkować". Raczej do sięgania dzień po dniu, niż do czytania od deski do deski. I z tym wiążą się też trochę moje życzenia. 

wtorek, 22 grudnia 2020

Las i i ciemność - Marta Matyszczak, czyli choćby w firance, byle do ślubu

Moje spotkanie z Guciem i jego opiekunem (a teraz już chyba opiekunami) numer osiem. Cykl się rozwija, autorka wciąż zabiera nas w nowe miejsca, ale wiele elementów się nie zmienia. Za każdym razem jest trup, więc mamy do czynienia naprawdę z kryminałem oraz bohaterowie dostarczają nam spore porcji zabawy, czyli nie bez przyczyny nazywa się tą serię komediową. I muszę przyznać, iż mimo tego, że robi się dość przewidywalnie, że zagadki nie zaskakują, to na tyle polubiłem te postacie, że zamierzam dalej im towarzyszyć. Nie tylko Guciowi, ale i Solańskim... Tak, nie przejęzyczyłem się - Róża wreszcie zrealizowała swoje marzenie, czyli ślub się odbył! Jej Szymon jest już jej. A ona jego. Co prawda finał znowu miesza nam w głowach, ale tego dowiemy się już w kolejnej części. Ślubu chyba jednak nikt nie wymaże. To wszystko co się zdarzyło w trakcie przygotowań do niego, to niezły armagedon. 

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Charakterni, czyli Cud nieznanego świętego, Bracia Sisters i 21 mostów

Jedna z ostatnich paczek filmowych w tym roku. I tak mam wrażenie, że część tytułów mi ucieka i finalnie zapominam o nich napisać. Jednak próbuję nad tym chaosem panować.

Pierwsza propozycja ma dużo uroku ze względu na to, że to inna mentalność, inna kultura. Niespieszny rytm, pewne elementy komedii, kryminału i oto otrzymujemy historię, która może zafascynować. Oczywiście gdyby zamiast niewielkiej muzułmańskiej społeczności podstawić to wioskę z kościołem czy cerkwią, byłby podobny efekt, mimo wszystko mnie to bawi i zaciekawia.
Oto złodziejaszek kradnie sporą kwotę i ucieka przed policją. Tuż przed schwytaniem ukrywa torbę z pieniędzmi na pewnym wzgórzu i potem, po wyjściu z więzienia, próbuje to miejsce odnaleźć. Zdziwiony odkrywa, że wcale nie będzie to proste, bo w tym miejscu miejscowi zbudowali sanktuarium nieznanego świętego i całą dobę ktoś tam przebywa.

niedziela, 20 grudnia 2020

Śniegu już nigdy nie będzie, czyli potrzeby ciała, potrzeby duszy

Tytuł brzmi dość groźnie i proroczo, a patrząc za okna, wcale nie jest nam do śmiechu. Najnowszy film Szumowskiej (i Michała Englerta, który dotąd był jedynie operatorem, a teraz jest również współodpowiedzialny za całość) to film, który skłania do refleksji i trochę może wybić ze strefy komfortu, jaką zwykle sobie tworzymy wokół Świąt Bożego Narodzenia. To obraz szczególnie krytyczny wobec bogatej klasy średniej, ludzi, którzy uciekają z Warszawy, chronią się za wysokimi płotami, lubują się we wszystkim co modne, co drogie... Ale czy przypadkiem wielu biedniejszych nie patrzy na nich z zazdrością? Niby się śmiejemy z ich zadęcia, ale wielu, mając taką możliwość, chętnie by się zamieniło i potem zajadało tymi ślimakami, ośmiorniczkami, piło najlepsze wina, wydzwaniając z pretensją do ochrony, że ktoś obcy im za oknem stoi.

Gdy zobaczyłem pierwsze zdjęcia z osiedla, na którym dzieje się większość akcji, zachciało mi się śmiać, bo w trakcie jednej z rowerowych wypraw, przypadkowo odkryłem tą oazę luksusu niedaleko Nadarzyna. Wielkie willo-pałace z kolumienkami, ale zdaje się, że wersja dla uboższych, bo to całe osiedle, jedna obok drugiej, z niewielkimi trawnikami, kwartały podzielone ulicami, a po nich zapieprza ochrona czuwając nad bezpieczeństwem mieszkańców. Kogoś nie stać na dużą działkę, a ma kompleksy to sobie buduje takie coś...

sobota, 19 grudnia 2020

Zaginiona kronika - Jacek Ostrowski, czyli jak Indiana Jones

Pan Jacek przyzwyczaił mnie do serii z mecenas Zuzą Lewandowską i teraz mam problem z jego najnowszą książką. Niewielki, ale jednak mam. No bo tak: jest akcja, jest zagadka do rozwiązania, poszukiwania, pościgi, morderstwa, skarby... No niczym o Browna albo w najlepszych książkach sensacyjno-przygodowych. Ten gatunek ma jednak to do siebie, że czytelnik albo widz muszą pogodzić się z pewnymi uproszczeniami, nie zadawać pytań, tylko cieszyć się z obserwowania pędzącej akcji.
I tak jest trochę tu. Tajny zakon, tajemniczy człowiek, który jak się okazuje zmarł 900 lat temu, ale teraz biega po mieście, bo stwierdził, że nie skończył wtedy misji, spiski, wywiad Izraela, szantaże, morderstwa, a w tym wszystkim dziennikarz, który wraz z przyjaciółką kiwają wszystkich jak chcą. W dodatku w maseczkach, bo wiadomo - pandemia.
Jak ja nie lubię takich "przypadkowych" zwycięstw, ratowania tyłka z każdej opresji, bezradności policji i szczęścia bohaterów, którzy rozwiązują prawie od ręki wszystkie zagadki. To dobre w książkach dla młodzieży, ale nie dla dorosłych. No chyba, że lubi się tą konwencję.

piątek, 18 grudnia 2020

Misja Greyhound, czyli przez martwą strefę


Dawno nie było produkcji tego typu na ekranach, bo nawet jak mieliśmy do czynienia z filmami wojennymi, to produkcje były rozbudowywane o jakieś wątki romantyczne, losy bohaterów itp. A tu sama esencja, czyli półtorej godziny działań wojennych. Raptem kilkadziesiąt godzin na morzu, ale ile emocji. Jeżeli ktoś lubi kino wojenne będzie miał frajdę!
Tom Hanks jak zwykle dobry i choć można by kręcić nosem na lekka pomnikowość granej przez niego postaci, trudno odmówić tego, że uczynił ją ciekawą i żywą. Tytułowy Geyhound to nazwa jednego ze statków, które płyną w konwoju ze Stanów do Europy. A bohater grany przez Hanksa jest dowódcą eskorty, która chroni statki przed atakami niemieckich U-botów. Mimo, że pierwszy raz dowodzi w takiej misji, radzi sobie wyjątkowo dobrze i to głównie dzięki niemu większość z 37 statków przepływa przez tzw. martwą strefę, gdzie nie mają możliwości korzystania z obrony z powietrza.