piątek, 16 sierpnia 2013

Miłość z księżyca, czyli tradycje kontra cywilizacja

Kolejna produkcja oglądana w ciągu ostatnich kilku lat, gdzie pojawia się stacja Bajkonur i motyw zbierania złomu spadającego z biega przez okoliczną ludność. Rzeczywiście klimaty dość egzotyczne i mimo, że ten motyw to już nie nowość, widać, że Kazachstan zrobił z tego dość modny temat i ściąga kolejne ekipy filmowe i zbiera nagrody na różnych festiwalach na świecie. Tym razem we współpracy z kinematografią niemiecką stworzyli współczesną wersję śpiącej królewny.
Młody, troszkę zakompleksiony chłopak marzy o wielkiej miłości. Jest specem w swej wiosce od nasłuchów radiowych - dzięki niemu wszyscy mogą żyć na jakimś poziomie docierając jako pierwsi do części rakiet spadających z nieba i sprzedając je na złom. Gdy po raz pierwszy w telewizji zobaczy francuską kosmonautkę przygotowująca się do lotu, obiekt jego westchnień przyjmie bardziej konkretny obraz.

środa, 14 sierpnia 2013

Last minute, czyli ja w ogóle nie lubię chodzić do kina, a szczególnie nie chodzę na filmy polskie

Nie, nie - to tylko cytat. Tak naprawdę do kina chodzić lubię, choć rzeczywiście czasem się zastanawiam po jaką cholerę wydałem 30 złotych na bilet. A w przypadku kina polskiego zastanawiam się 10 razy zanim się wybiorę. Skoro Patryk Vega kręci takie dziwolągi jak Last Minute, to znaczy, że już do nikogo z twórców nie można mieć zaufania, bo za pieniądze można zrobić wszystko w tym kraju. Jeszcze Kloss można by rzec był naszą przaśną próbą odwołania się do kina akcji (w realiach wojennych), Ciacha (może na szczęście) nie widziałem, ale Last Minute miało być wyluzowaną propozycją na wieczór.
Ufff. Zabrakło kasy? Chyba nie tylko na sam wyjazd (bo zdjęcia albo w hotelu, albo skromnie na jednej plaży, gdzie ten Egipt?), ale na wszystkich etapach produkcji, bo całość sprawia wrażenie mało składnego zlepku różnych scen - ani to specjalnie zabawne, ani nie mające zbyt wiele sensu.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Prawda - Michael Palin, czyli czy idealiści już pomarli

Na początek malutkie radości :) Tak mi się od wczoraj zbierają różne rzeczy i może pora się nimi podzielić:
- profil Notatnika (wejście z prawej strony bloga) ma już ponad 500 fanów. Hurra! Jako szczęśliwy znak odczytuję fakt iż jako 500 dołączył Marek Aureliusz. Ech ten Facebook. Dobrze, że nie Feliks Dzierżyński, bo bym lekko spanikował czego u mnie szuka, bo z kulturą chyba nie było mu specjalnie po drodze.
- dzisiejsza notka jak dobrze liczę jest 954 wpisem na blogu. Do 1000 coraz bliżej, ale przecież nie o liczby tu chodzi. Po prostu frajda ogromna gdy człowiek się trochę ogląda wstecz. Cieszy zainteresowanie ludzi i to, że wybaczacie czasem moją nieporadność stylistyczną albo pośpiech i chochliki gdy słownik mi się wyłącza...
- Nie mam czasu na bieganie po różnych stronach i pisanie recenzji dla innych - wystarcza mi póki co blog, ale frajda ogromna gdy linki pojawiają się w różnych miejscach - Blogarytm to fajny pomysł i miło dołączyć do grona tych, którzy już z nimi współpracują. O innych stronkach będzie jeszcze okazja napisać. 
A dziś o książce Prawda... Pamiętajcie, że jeżeli kogoś zainteresuje to można ją wygrać u mnie w rozdawajce (patrz zakładka z konkursami na górze).
  
Michael Pallin - gdy słyszymy to nazwisko i widzimy tego faceta, skojarzenia są jednoznaczne: ekipa Monthy Pythona. I na tej legendzie żartownisia i ekscentryka pewnie można by jechać długo, tyle że pewnie chleba z tego zbyt wielkiego nie ma. Zamiast odcinać więc kupony od dawnej sławy, człowiek ima się innych zajęć - a to robi filmy podróżnicze dla BBC, a to znów sięga po pióro (ha, następne pokolenia chyba już nie będą rozumieć tego określenia)... Nie mamy więc do czynienia z debiutantem, Palin pisać potrafi, teraz tylko pytanie czy jest to coś godnego uwagi, czy też po prostu próbuje nam się wcisnąć produkt nijaki, wierząc, że samo nazwisko autora i promocja wystarczą by przyciągnąć uwagę.

Marigold hotel, czyli optymizm jest dobry w każdym wieku

I kolejna rzecz obejrzana w ostatnich tygodniach. Tu wystarczy zerknąć na zwiastun, zobaczyć znajome twarze aktorów i od razu człowiek dopisuje do listy do obejrzenia. Dostajemy może nie tyle komedię, przy której będziemy boki zrywać, ale całkiem sympatyczny, pogodny film, wpisujący się trochę w serię z ostatnich lat obrazów pokazujących, że starość nie musi być straszna, nudna, że można przeżyć ją z pasją. 
Grupa emerytowanych Anglików, każde trochę z innych przyczyn, ale każde upatrujące w zmianie jakąś swoją dużą nadzieję, wyrusza w podróż do Indii skuszona folderem luksusowego hotelu dla osób starszych. Dom spokojnej starości, klimat dawnego imperium brytyjskiego, słońce i egzotyka, no kto by się nie skusił w sytuacji gdy życie tam może być wielokrotnie tańsze niż na Wyspach? Może to jest jakiś pomysł dla naszych emerytów? Szarpnąć się na bilet i wyjechać gdzieś na Kubę, na jakieś wyspy, albo na Białoruś :) Tam być może nasze nędzne pieniądze okażą się wystarczające na ciut więcej niż u nas, a nawet jeżeli nie to przynajmniej nie będzie kłuć nas w oczy tak wielkie bogactwo innych... 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek - M.A. Shafferm, A. Barrows, czyli listy, spotkania, lektury

Książka, która dla wszystkich tych, którzy lubią o książkach rozmawiać pewnie jest chyba "kultowa". Wszak idea DKK przyszła do nas właśnie z Wielkiej Brytanii, zbiera u nas obfite żniwo, człowiek więc aż ciekaw jest, jak to dawniej takie spotkania mogły wyglądać. Co prawda można by się upierać, że i u nas tradycje literackich spotkań są wiekowe, ale chyba rzadko to wyglądało tak jak w tym zadziwiająco prostym pomyśle: nie żadne spotkania ze specjalistami, wykłady, tylko spotkanie przy poczęstunku i opowiadanie o tym co się ostatnio czytało, dzielenie się emocjami i zachęcanie by inni spróbowali tego samego. Obecnie najczęściej wcześniej ustalamy, że czytamy to samo, ale znam takie kluby gdzie wciąż jest pełna dowolność i ustala się kilka tytułów do wyboru. No dobra - przydługi wstęp, bo przecież właśnie jako lekturę wakacyjną na DKK czytałem "Stowarzyszenie...", ale chciałem od razu podzielić się z Wami wielką skargą...

Dom snów, czyli straszenie takie bardziej "familijne"

Remont się przeciąga, niech nie dziwi Was zatem brak notek. Nie tracę jednak nadziei, że zapasów szkiców (czasem to sam tytuł książki, wiec muszę się spieszyć by wrażenie nie uleciały) wystarczy na czas jakiś. Na początek notki książkowe będą na pewno przeplatane różnymi filmowymi i nie przejmujcie się, że w wakacje zdarza mi się oglądać rzeczy lżejsze i mniej ambitne :) 
Dom snów widziałem już po raz drugi i prawdę mówiąc niby film wcale nie stary, ale prawie zapomniałem o co w nim chodziło. To chyba niezbyt dobrze o nim świadczy? A przecież pomysł był wcale niegłupi i początek filmu był dość klimatyczny...

środa, 7 sierpnia 2013

Umarli tańczą - Piotr Głuchowski, czyli pogoń za zbrodniarzem, pogoń za sprzedażą

Uwaga najpierw szybki przegląd nowych notek, które pojawiają się na miejsca po zakończonych konkursach: płyta "Uczucia w promocji" Zabili mi żółwia oraz  film "Orkiestra" z 1996 roku.
A na dziś notka podwójna, bowiem książka cieszy się popularnością i oprócz własnej mam jeszcze recenzję (na początek) od swojej koleżanki Marty. Napisała już wyprzedzając mnie również o drugim tomie (a ten jeszcze przede mną), ale ponieważ dużo nie zdradza niech to będzie po prostu dobra reklama powieści Piotra Głuchowskiego. Zdecydowanie wciągają!

Książkę możesz kupić tu
Sam jakiś czas temu dostałem propozycję by wziąć do recenzji kolejną książkę tego autora, ale gdy przyznałem się, że przegapiłem pierwszą - od Agory (bardzo dziękuję) otrzymałem obie! Aha pod recenzją Marty znajdziecie parę słów ode mnie, a już dziś mogę Wam obiecać (jak będą zainteresowani), że książka wejdzie w skład pakietu rozdawajki na wrzesień.

Po przeczytaniu kilkunastu stron kryminału Piotra Głuchowskiego „Umarli tańczą” wydawało mi się, że dotyczy tematów, które staram się omijać, przede wszystkim okrucieństw wojennych. Zastanawiałam się, czy książki nie porzucić, ale było to niezgodne z moją naczelną zasadą – rozpoczęte książki czytam do końca. I dziękuję opatrzności, że jestem czytelnikiem z zasadami. Książka okazała się być niesamowicie wciągająca, tematów wojennych było niewiele, a i te podane w taki sposób, że nie mogłam się oderwać.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Ki, czyli daj palec, wezmę rękę

No to dziś aż dwie notki o filmach polskich opowiadających o naszej współczesności. Notka o dramacie "Ewa" wylądowała w miejsce konkursu, w najbliższych dniach postaram się wszystkie te "dziury" na blogu zatkać... A na dziś też portret kobiety, ale jakże zupełnie innej - "Ki" opowiada nie tyle jak to ciężko utrzymać w dzisiejszych czasach rodzinę, co raczej o braku umiejętności jej założenia. W debiucie Leszka Dawida w centrum cały czas jest główna bohaterka - wszyscy inni są jakby w tle, ale nie tylko w filmie, ale również dla niej: ciepło traktowani gdy są potrzebni i kompletnie olewani gdy z nimi nie po drodze. Hasło na plakacie brzmi: nie polubisz jej i jest w tym dużo prawdy. Kinga (świetna Roma Gąsiorowska) nawet świętego by wyprowadziła z równowagi. Prosi o popilnowanie synka przez godzinkę i idzie imprezować na całą noc, wprasza się do kogoś do mieszkania i rządzi jakby było jej, pożycza i nie oddaje, wykorzystuje ludzi, a gdy próbują jej zwrócić na coś uwagę traktuje ich "z buta".

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Orkiestra, czyli te okrutne kapitalistyczne dupki

Kolejny film osadzony w latach 80-tych i wokół walki rządu Margaret Thatcher ze strajkami w górnictwie. Temat, który budzi sporo kontrowersji (bo jedni przyznają rację żelaznej premier i są wdzięczni za jej upór, a inni rzucają gromy na jej głowę) i jest przecież nam dość bliski - podobne argumenty i podobne protesty towarzyszyły likwidacjom różnych zakładów w Polsce i podobnie jak tam duża grupa ludzi nie odnalazła się w nowych czasach i nadal czuje się skrzywdzona. Nie ma tu specjalnie miejsca by analizować cały konflikt (znalazłem ciekawe choć lewicowe spojrzenie na jego historię), filmy zwykle bardzo mocno przechylają naszą sympatię ku górnikom, którzy tracą pracę, ale warto czasem pogrzebać trochę w faktach by zobaczyć szersze tło i pomyśleć nad przyczynami (lepiej podtrzymywać nierentowne przedsiębiorstwa czy zainwestować w nowoczesność i przekwalifikowanie przemysłu)... Mimo wszystko (czyli np. przemoc przy gaszeniu strajków) uważam, że racja była po stronie Thatcher i dzięki temu Wlk. Brytania miała kilkadziesiąt lat prosperity.
Ale odejdźmy od polityki i skupmy się na filmie. Nie znajdziemy tu wielkich kontrowersji politycznych, wielkich konfliktów, wszystko jest zarysowane w miarę łagodnie, ale tak byśmy nie mieli wątpliwości po której stronie lokować nasze emocje.

Przystanek Woodstock - dzień trzeci, czyli krótkie refleksje na koniec

O poprzednich dniach pisałem na szybko z Kostrzyna: dzień pierwszy i dzień drugi (jeżeli ktoś ciekaw porównania z Przystankiem sprzed dwóch lat może odnaleźć na blogu również tamte notki). Wiadomo, że to dość subiektywne spojrzenie - ani nie byłem na wszystkich koncertach, ani pewnie we wszystkich miejscach gdzie coś się działo - czasem to była świadoma decyzja, a czasem przypadek (dlatego całe te afery z ks. Bonieckim, Wojewódzkim, czy spoliczkowaniem Miecugowa znam tylko z relacji prasowych). Ponieważ to ostatnia notka na temat Przystanku, więc będę się starał zgromadzić tu wszystkie swoje refleksje, które dotąd się nie zmieściły - mam nadzieję, że nie będzie zbyt chaotycznie... No i kilka fotek - często nie brałem aparatu, więc jest ich niewiele - ale jak ktoś ma ochotę na więcej to najlepiej grzebać na profilu Przystanku!
Po co? Czyli kontrowersje...
Często nawet moi znajomi dziwią się po co tam jeździć, albo pytają jaka tam jest publika... Padają określenia "brudasy", degeneracja itd. Oprócz różnych ataków na samego Owsiaka i np. gości których zaprasza (czyli np. z tego roku ks. Boniecki i Wojewódzki) media oczywiście z lubością biorą co bardziej kolorowe i roznegliżowane zdjęcia by pokazać światu jaka to ta młodzież jest rozwydrzona, dziwna, wyluzowana itd.
Rzeczywiście trochę tak jest  - to festiwal, w którym dla młodych oprócz muzyki liczy się wygłup, zabawa, więc przebieranki, fryzury, taplanie się w błocie (czy nawet chodzenie w negliżu) jakoś nikogo nie dziwią i stanowią element stały tej imprezy. Przyjeżdża pół miliona ludzi, a pod scenami bawi się może kilkadziesiąt, a na największych gwiazdach kilkaset tysięcy. Po co więc tam są? Żeby się "wyluzować", pobawić w fajnej atmosferze, gdzie nikt nie patrzy się na nich jak na dziwoląga tylko dlatego, że ubrał się inaczej niż jakiś "kanon" społeczny. Czasem to "bunt" jedynie na wakacje, ale dla sporej grupy pewien styl, gatunek słuchanej muzyki i jakaś ideologia to rzeczy ważne na co dzień. I wszystkim krytykom i oskarżającym tych młodych o nie wiadomo co, chciałbym przypomnieć, że często ci młodzi z irokezami, kolczykami itd. są pierwsi do wolontariatu, do różnych inicjatyw społecznych, bo im się chce, bo dla nich nie pieniądze są najważniejsze. To nie tylko zbieranie do puszek co roku w styczniu. Może więc zamiast kręcić nosem o tym jaka to młodzież okropna i jak to Owsiak nimi manipuluje, warto po prostu z nimi rozmawiać, przyjechać tu do nich i odpowiadać na ich trudne pytania... Jakoś mam przeczucie, że organizatorzy nie odmówiliby zaproszenia do namiotu ASP nikogo... Skoro ktoś z założenia skreśla jakąś telewizję i nie chce do niej chodzić, to niech potem się nie dziwi, że przeciwnicy polityczni z radością to wykorzystają zagarniając rolę komentatorów rzeczywistości dla siebie. Że manipulacja, kłamstwa? No przecież na żywo nikt ci nic nie wytnie, ani nie zagłuszy. Ogromny szacunek mam dla tych, którzy zamiast marudzić i narzekać na ośmieszanie krzyża, przyjeżdżają na Przystanek Jezus po to by opowiadać jak ten krzyż jest dla nich ważny. Widziałem mnóstwo takich spotkań, rozmów, modlitwy, a jakoś nie widziałem by ktoś ich bił, wyśmiewał, przeganiał... Spotkanie i rozmowa powinny być kluczem do dialogu, bo gromy rzucane z felietonów tego nie załatwią - do młodych w ten sposób się nie dotrze... 

Zabili mi żółwia - Uczucia w promocji, czyli uśmiech w muzyce


Uśmiech na twarzy wywołuje już sama nazwa tej kapeli. A muza dodatkowo go tylko pogłębia. Postpunkowe reggae, zabawne teksty, skoczne melodie  to skojarzenia, które nasuwają mi się na pierwszą myśl o tej płycie (bo kolejnych w całości nie znam)... Rozpoznawalne i nakręca bardzo pozytywnie :) Teraz jeszcze kiedyś zobaczyć ich na żywo...
Niby jest już sporo kapel grających u nas podobne klimaty (czasem bliżej ska, czasem bliżej reggae), ale i tak ZMZ moim zdaniem opanowało dla siebie pewną niszę - głównie przez dołożenie do tych skocznych melodii prawie kabaretowych tekstów (King Kong to po prostu hit!).

sobota, 3 sierpnia 2013

Woodstock, dzień drugi, czyli królestwo za cień(-ia)

O ile pierwszego dnia jeszcze można było raz na jakiś czas spodziewać się jakichś chmurek na niebie, to drugi dzień to po prostu żar z nieba prosto na głowę. Nic dziwnego, że człowiek szuka cienia jak zmiłowania i jakoś nie ma specjalnie siły na to by skakać tuż pod sceną o ile jest ona w pełnym słońcu. I wiadomo - jak upalnie, to i kurz unoszący się przy tych tłumach wędrujących w tę i z powrotem, ale tego się prawie nie zauważa (najlepiej widać ile jego jest po samochodach stojących na polu). Pod samą sceną pomagają chusty, a najczęściej używanym gadżetem są rękawki wielofunkcyjne od Playa rozdawane tysiącami na polu - noszone jak nie na głowie to w najprzeróżniejszych innych miejscach. Play w ogóle jako sponsor główny sprawdza się całkiem nieźle - zorganizowali dla leniuchów koło Lidla strefę z telebimem by można było spokojnie oglądać koncerty, zorganizowali sporą ilość punktów z gniazdkami do ładowania komórek i zafundowali drewniane pomosty przy kranach (szkoda tylko, że inne zlewy porozrzucane w lesie są już w dużo gorszym stanie i tam nikt się nie przejmował funkcjonalnością). Choć nie jest bez błędów z ich strony - specjalna aplikacja z programem to jakaś katastrofa totalna, tyle w niej błędów, a z zasięgiem nie zrobili kompletnie nic (stąd notki raczej żałosne i przypadkowe)... Drugim sponsorem jest ponownie Carlsberg i do ich działań zdążyliśmy się już przyzwyczaić (do cen też), więc specjalnie nie będę tego komentował. Dużo bardziej od ich namiotów (już dwa miasteczka piwne) i jeżdżącej ekipy z gazikiem, która rozdaje piwa organizując jakieś konkursy, drażnią mnie punkty sprzedaży papierochów i tzw. specjalne strefy dla palaczy (pufy, leżaczki, muzyczka, dmuchawy, a nawet specjalne dyskoteki)... Szlag. I weź tu człowieku uwierz w to, że to ten sam festiwal co jeszcze parę lat temu... Ale o tym pewnie jeszcze napiszę jutro.

piątek, 2 sierpnia 2013

Przystanek Woodstock dzień pierwszy, czyli daj łyka

Tak jak się spodziewałem pisanie notek na Woodstocku cholernie trudne. Nie chodzi tylko o brak czasu, ale i o brak zasięgu. Umówmy się więc, że różne foty, klipy itp będę uzupełniał, notka będzie szlifowana, a teraz tak na gorąco...
Przyjechaliśmy dzień wcześniej, więc zdążyliśmy jakoś się zaaklimatyzować przed przyjazdem największych tłumów... Trochę spotkań z ludźmi (Zielona Przystań i zaprzyjaźniona poprzez Jacka Familia), łażenie po terenie Przystanku no i muzyka... Tej tu sporo i mam nadzieję, że to właśnie ona przyciąga większość ludzi (choć czasem tracę taką wiarę).
Jako, że Notatnik jest kulturalny to w notkach skupię się przede wszystkim na tej ostatniej warstwie... A więc dzień pierwszy (i kawałek środy, czyli dnia przed):
Zawsze gdy pisze się o Przystanku to mam ochotę pisać właśnie w dwóch warstwach o jego fenomenie - socjologicznej, czyli pisząc o ludziach, którzy tu przyjeżdżają, co ich sprowadza, co ich kręci, jacy są, oraz o muzyce, bo tej tu mnóstwo - w tej chwili mamy 3 oficjalne sceny, na których non stop coś się dzieje, a oprócz tego jeszcze jakieś wydarzenia, które są nieprzewidywalne (albo dla wtajemniczonych, którzy biegają z rozpiskami, albo fotografują w każdym namiocie program). W środę po rozbiciu namiotu i różnych spotkaniach (po raz pierwszy rozbiliśmy się na polu płatnym - trochę ze względu na wygody i bezpieczeństwo, bo chyba już trochę za stary jestem na różne godzinne kolejki do prysznica, albo taplanie się w błocie) zajrzeliśmy do wioski Krishny. Mimo tego, że oficjalnie koncerty startują od czwartku tu już się działo! Scena Pokojowej wioski (jak zwykle wdepnęliśmy też na żarcie, wciąż identyczne jak co roku, ale to sycące i tanie) opanowana w tym roku głównie przez kapele ze stajni Lou&Rocked Boys - co cieszy ogromnie, bo to kapele, które na co dzień rzadko mamy okazję słuchać, oglądać na żywo. Punkujący The Bill, niesamowicie energetyczna Raggafaya (tylko strasznie żałuję, że te teksty tak mocno pro-marihuanowe) - namiot Krishnowców malutki, kurzu pełno ale zabawa kapitalna. Potem zajrzeliśmy na chwilę na górę i to chyba dla mnie największa niespodzianka wieczoru: występ "tylko dla dorosłych" kabaretu Limo. Nie tylko namiot ASP pełen, ale całe wzgórze pełne, bo telebim na zewnątrz i po prostu wszyscy robią bokami ze śmiechu. O samych skeczach nie będę pisał, w każdym razie dużo było improwizacji i było dość pikantnie. Ale najbardziej fenomenalne jest to, że ta sama publika, która rzuca się w pogo pod scenę na koncertach punkowych, siedzi spokojnie na spotkaniach w ASP, albo skacze sobie przy folkowych kapelach na małej scenie.
Tak to chyba największy fenomen tego koncertu - różnorodność. Przyjeżdża kilkaset tysięcy ludzi, ale każdy zamiast marudzić, po prostu szuka sobie czegoś fajnego dla siebie, próbuje się bawić tam gdzie trafia. Dość powiedzieć, że wczoraj grało na dużej scenie Mazowsze, a dziś ma występ Bregovic... Środę zakończyliśmy znowu u Krishnowców na świetnym występie Haydamaków. Kolejna kapela z tej samej wytwórni -polecam ich strony i katalogi, bo znajdziecie tam niesamowicie różnorodną muzę - od ska, reggae, aż po punk rock, kapele w większości krajowe, którym nikt specjalnie nie daje miejsca w radiu, ani nie chce wydawać. A to taka kapitalna muza! Na żywo jeszcze lepsza!
Czwartek - pierwszy oficjalny dzień koncertowy. Na początek Bednarek - jakoś specjalnie mnie nie rozbujał, ale ludziom się podobało. Potem rozwaliliśmy się w cieniu (bo słońce praży okrutnie) na leżaczkach w strefie Allegro - jest się bardzo blisko sceny, a potem po zebraniu sił można udać się na bicie rekordu świata w produkcji wiatraczków, albo naładować sobie komórkę jazdą na rowerku stacjonarnym. I tak zeszły nam koncert Offensywy (całkiem fajne) i beznadziejny moim zdaniem występ Niemców z Atari Teenege Riot. Kompletnie nie czuję takiej muzy i dziwię się Owsiakowi, że idzie w tę stronę (jakby Prodigy go nic nie nauczyło, że ściąga to dziwną publikę, która nie chce wczuć się w tę atmosferę Przystanku - dla nich reszta widzów to brudasy)... Potem jak zwykle rozgrzewający koncert Big Cyca - znane kawałki rozbujały publikę... Third World, choć lubię reggae jednak dla mnie zbyt statyczne i udaliśmy się na górę na folk. Nie wiem jak do końca Przystanku, ale jak dla mnie na razie Folk i moje ulubione dęciaki (o nich za chwilę) to najlepsze punkty programu. Czeremszyna na małej scenie dawała czadu tak genialnie, że podlaskie przyśpiewki popchnęły ludzi do tańca nawet lepiej niż najostrzejsze kapele. Po prostu brawa dla kapel, które tam występują dla małej publiki i dla tych, którzy tam przychodzą i pokazują jak można się cudownie bawić... Potem Teuta - projekt Steczkowskich, ale my już schodziliśmy w dół. Wpadliśmy jeszcze wieczorem na występy do Pokojowej Wioski, jakoś na dużą scenę nas nie ciągnęło - słyszeliśmy tylko Ugly Kid Joe i ich hardrockowe riffy. A u Krishnowców kolejne fajne kapele - najpierw Tabu, a potem kolejny projekt z Ukrainy, czyli Kozak System. Szkoda tylko, że wszystko poopóźniane, więc Eneja już nie doczekaliśmy, bo zaczynał się grubo po północy...
To tak na szybko o samej muzie, może jutro, albo po powrocie uda się napisać więcej o samym Przystanku i ludziach :)
A skąd tytuł notki. Kabaret Limo słusznie zauważył - najczęstszy tekst, jaki się tu słyszy i scenki, które można spotkać na każdym kroku - dzielenie się piwem, każdym łykiem...