czwartek, 7 stycznia 2021

Elegia dla bidoków, czyli jemu się udało...

Powieść przyjąłem jakoś bez wielkiego entuzjazmu (pisałem o niej tu), a i film jakoś chyba nie zagości na dłużej w mojej głowie. Może dzięki roli Glenn Close ogląda się to całkiem nieźle, natomiast podobnie jak przy powieści - to raczej wydmuszka, a nie głęboki dramat, czy też analiza społeczna. Na szczęście mocno ograniczono rozważania na temat sąsiadów i próbę szerokiej diagnozy społecznej - jej namiastką są obrazki, gdy bohater jedzie przez miasta i widzi mało zadbane domy, nastolatki z alkoholem itp. Najważniejsza zaś staje się tu jego własna historia - dzieciństwo, które sobie przypomina, jadąc z powrotem do domu, by ratować tyłek swojej matce (Amy Adams). Ona przez wiele lat powtarzała mu jaka była dobra w szkole, jaką mogła zrobić karierę, ale ponieważ przytrafiło się jej dziecko, potem nie miała szczęścia do facetów, nie miała wsparcia ani kasy, skończyła jak skończyła. Czyli łapiąc się różnych fuch i szukając szczęścia w narkotykach. J.D. zresztą pewnie mógłby, podobnie jak wielu jego rówieśników i wielu przed nim, powielić podobny schemat - dobrze zapowiadający się, ale bez szans na wyrwanie się ze środowiska, z miasta, z regionu... Ile jest w każdym z krajów takich miejsc jak amerykańskie Apallachy, z których po kryzysie gospodarczym wycofał się przemysł, wcześniej wyeksploatowawszy ziemię i ludzi do cna.

 
Książka, której ekranizacją jest ten film, miała być pokazaniem, że się da, że można zostać prawnikiem gdzieś w Waszyngtonie, mimo że pochodzi się z biedoty. Pokazaniem, że ta biedota ma swój honor, swoją dumę. I w sumie chyba tylko dla Amerykanów była tak ważna, dlatego było o niej głośno - właśnie wygrywał Trump, dzięki głosom m.in. z takich regionów. Bo ci ludzie czuli się opuszczeni, zapomniani przez kraj, a ktoś oto ogłosił, że chce być ich głosem. I uwierzyli.
Czy film po kilku latach, gdy Trump właśnie przegrał, ma szansę powtórzyć dyskusję jaka wtedy wybuchła przy książce? Śmiem wątpić. To portret rodziny, ale raczej nie odkrywający nic nowego, powielający różne ogólniki np. na temat tego jak się powiela rodzinne wzorce zachowań, jak trudno nauczyć się nowych. Ani to specjalnie wciągające emocjonalnie, ani głębokie. To raczej wizja tego jak bogaci wyobrażając sobie stereotypowo problemy biednych.

   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz