W ubiegłym roku św. Patryk na folkowo, a w tym roku na rockowo. I ciut wcześniej. Weekend zaczęliśmy w klubie Potok zielonym piwem i niezłym koncertem. A dziś okazuje się, że gardło zdarte od śpiewania, ale i przeziębienie bierze - jak się mokrym od potu wracało ponad godzinę komunikacją miejską, to potem takie skutki.
Ale koncert fajny.
Nie będę marudził, że opóźniony, a klub dość ciasny, nagłośnienie kiepskie i tak można było cieszyć się dobrą muzą.
Najpierw Crue. Całkiem fajne granie rockowe, chłopaki brzmią chwilami ostrzej, mają dupnięcie metalu, ale w ciekawy sposób w każdym numerze jest miejsce na jakiejś bardziej delikatne riffy, solówki, w których pobrzmiewa trochę bluesa, a nawet jazzu (bas). Z początku wydawało mi się, że wokal jest dość mizerny, za łagodny jak na taką muzę, ale to tylko pierwsze wrażenie, w tych spokojniejszych fragmentach. Jak się wydarł i rozkręcił miło było ich słuchać. Chętnie będę się rozglądał za nimi w przyszłości.
No i to na co czekaliśmy.

Wykrzyczałem się, trochę poskakałem więc wieczór bardzo udany. Co tu gadać, Armia potrafi zaczarować publikę i na dużej sali koncertowej i w niewielkim klubie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz