Udalo się wreszcie zrobić porządki w archiwach i uzupełnić listę filmów obejrzanych. Rany to już prawie 300 tytułów, coraz trudniej się w tym orientować, ale też wielka satysfakcja, że jednak odważyłem się na notowanie swoich uwag i założenie bloga. Tyle rzeczy by mi ukmnęło... Jak patrzę na te pierwsze miesiące tego roku to ku mojemu zaskoczeniu największe wrażenie zrobiły wcale nie jakieś głośne nowe tytuły (np. nominowane do Oscarów), ale rzeczy stare i odkrywane na nowo - np. Kitano (sięgam już czwarty film tego reżysera), z nowych jedynie Wstyd, Rzeź jakoś zostają w głowie na dłużej. No i Nietykalni, do którego mam chyba słabość i pewnie pójde na niego ponownie... W 2012 więc bez filmów wielkich - ale jeszcze tyle przecież zaległości naszykowanych, tyle nowości w drodze...Na dziś - od dokumencie, którego bohaterem jest jeden z najsłynniejszych mistrzów sushi na świecie - Jiro Ono, który prowadzi swoją knajpkę w Tokyo. Jak myślałem o tytule notki, czyli o pierwszej swojej myśli, to miałem aż kłopot by wybrać jedną, tyle ich się po tym filmie nasuwało. Myśl przewodnia - praktyka czyni mistrza, po prostu musisz ćwiczyć, do końca nie będąc zadowolonym z efektów, wciąż się rozwijać, wszystko zależy od ciebie - to samo w sobie byłoby świetnym podsumowaniem filmu. Ale gdzie wtedy zawarł bym wszystkie wrażenia dotyczące tych obrazów przygotowywania i jedzenia sushi? Naprawdę, mimo to, że za sushi nie przepadam, muszę przyznać, że niektóre sceny były po prostu bajeczne.











