niedziela, 31 maja 2020

Dwa razy Yorgos Lanhimos, czyli Lobster i Zabicie św. Jelenia

"Kieł" Lanthimosa mnie raczej wkurzył niż zachwycił, ale im więcej oglądam filmów tego reżysera, tym tego zachwytu we mnie jest więcej. Ma odwagę, wyobraźnię, nie idzie na łatwiznę, a jego projektom trudno odmówić oryginalności. Pisałem o "Faworycie", o "Kle", to dziś o kolejnych dwóch filmach.

"Lobster" - już lektura scenariusza (lub choćby opisów może rozłożyć na łopatki i sprawić, że się krzyczy: co to jest?!). Oto świat, w którym ludziom nie wolno być samotnym - każdy musi mieć parę, a dla tych, którym jest trudno (choćby wdowcom, ludziom porzuconym), przygotowano specjalne programy "resocjalizacyjne". Przez kilkadziesiąt dni pobytu w ośrodku przechodzą coś w rodzaju... hmmm terapii? Wszystko sprzyja temu, żeby ludzie się zaprzyjaźniali, żeby razem spędzali czas, ale odbywa się to nie w atmosferze jakiejś walki o zwycięstwo, o szczęście, tylko w atmosferze strachu. Jeśli bowiem w ramach określonego czasu - turnusu nie znajdziesz partnera/partnerki, zostaniesz zamieniony w zwierzę (tak jak brat głównego bohatera, który mu towarzyszy jako pies).

I nie ma zmiłuj się, nie ma wykręcania. Ci którzy uciekli co prawda jakiś czas żyją w lesie, skazani na ukrywanie się, ale wciąż są obiektem polowań (a jak!). I to jest cały Lanthimos - funduje nam sytuacje kompletnie groteskowe, chwilami aż śmieszne, ale robi to zupełnie na poważnie. Przez to zmusza do refleksji. Patrzymy na przedziwne ludzkie zachowania, reakcje, budzą one w nas sprzeciw, potem jednak przychodzi pewien dreszcz niepokoju - w końcu nie od dziś wiadomo, że człowiek dostosowuje się do warunków, może więc to wizje, które dziś bawią, wcale nie są tak groteskowe jak nam się wydaje? Dla kogoś może to wydać się chore, pokręcone (ja miałem tak z "Kłem"), jednak można dostrzec tu całkiem sporo ciekawych obserwacji i diagnoz dotyczących relacji, naszych reakcji, wyborów. No i Colin Farrell w niepowtarzalnej roli!
Tylko nie dajcie sobie wmówić, że to jest komedia. Bo tak nie jest.


Z drugą propozycją na dziś, czyli "Zabić św. jelenia" również nie jest łatwo. Thriller psychologiczny? Dramat? Na pewno. Ale też sytuacja nakreślona wizją reżyserską jest tak mało realistyczna, obarczona wątkami paranormalnymi, że aż by się chciało nie potraktować jej serio. Przecież niemożliwe, żeby ktoś rzeczywiście pogodził się ze stanięciem przed takim wyborem - zabić kogoś bliskiego, tylko kogo? W takiej sytuacji postawiony jest główny bohater - znany i ceniony chirurg, prowadzący wydawałoby się szczęśliwe i wygodne życie. To dobry człowiek, chciałoby się rzec - nawet zaprzyjaźnia się z synem swojego byłego pacjenta, który zmarł, pomaga chłopakowi jak potrafi, jest dla niego mentorem i wzorem.
Jest w tym dreszczowcu coś z klasycznego greckiej tragedii (nie tylko przyjęte rozwiązania muzyczne), w której los prędzej czy później musi upomnieć się o sprawiedliwość, kara musi zostać wymierzona, a najgorsze to świadomość tego faktu oraz to trzeba dokonać własnej decyzji o tym jak ona będzie wyglądać. Jednocześnie nie da się od niej uciec - ignorowanie klątwy, decyzja o samobójstwie wcale jej nie przerwie - i tak ktoś z bliskich umrze.
Naprawdę niepokojące. I dla mnie to nie tylko krytyka cynizmu i hipokryzji bogaczy, ale bardziej uniwersalny głos na temat ludzkiej moralności w dzisiejszym świecie. Nasze odrzucenie zasady "oko za oko" wcale nie dla wszystkich może oznaczać sprawiedliwość.
Chłodne, niepokojące kino.  Aktorsko zachwyca młody Barry Keoghan.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza