wtorek, 26 maja 2020

Noughts & Crosses, czyli zamiast ciekawej dystopii, młodzieżowe romansidło

Iksy i zera. Chyba tak lepiej to brzmi niż Krzyżyki i Kółka. Przewrotny pomysł, by opowiedzieć o nierównościach poprzez zamianę kolorów skóry niestety irytuje zbyt wieloma uproszczeniami i prawdę mówiąc zmuszam się do tego, by ciągnąć dalej oglądanie (pocieszam się tym, że odcinków niewiele i chcę zobaczyć dokąd to zmierza). Nie tylko tym, że dla twórców zdaje się, że najważniejszy jest wątek romansu białego chłopaka z nizin społecznych i czarnoskórej córki ministra spraw wewnętrznych - to taka Romeo i Julia trochę w innych realiach, bo nikt nie akceptuje ich uczucia.
Irytują wszystkie te obrazy, które w sposób jaskrawy mają przełożyć nam różne stereotypowe obrazy jeden do jednego - oto lud z Afryki, który podbił Anglię opala się na basenami i zamieszkuje piękne wille, a biali, podbici Anglicy pracują u nich jako służba, a zamieszkują slamsy, to o nich opowiada się: lepiej nie wchodzić w te dzielnice. Serio? Czarne - białe, bez żadnych szarości? A gdzie klasa średnia, której powodzi się mniej więcej podobnie? Ile to dekad upłynęło od podbicia Wysp Brytyjskich, że tak zdominowała ją kultura afrykańska? Okupant przecież zwykle musi się natrudzić, by udowodnić swoją wyższość (nie tylko militarną). 


Serial jest ekranizacją powieści Malorie Blackman i o ile nie dziwię się, że powstają takie tytuły, to raczej nie wróżę im jakiegoś wielkiego przełomu w mentalności u ludzi, jakiego miałyby dokonać. To nie jest materiał jakości powieści Atwood, wielowymiarowy i oryginalny, ale raczej bajka, pełna schematów i przewidywalna. Rasa panów choć przypomina to wszystko czym niestety wielu białych raczy wszystkich "innych", ale jakoś nie wywołuje to w widzu większych emocji.
No chyba, że ktoś ma lat naście i lubi takie historie, w których nie ważne jak kto gra, byle był ładny/przystojny i można było do niego powzdychać.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza