piątek, 15 lipca 2016

Niezgodna, czyli skąd ja to znam?

Przyznaję się bez nacisków, że wszelkiego rodzaju produkcje Sci-Fi i thrillery, w których akcja jest na pierwszym miejscu, raczej mało mnie kuszą i oglądam je raczej w towarzystwie córek, bo sam bym pewnie ich nie wybrał. Ano kwestia gustu. Siedzisz dwie godziny, niby efekty i widowiskowość robi wrażenie, ale każda z tych produkcji trochę przypomina poprzednie i coraz mniej jest w nich czegoś co by zaskoczyło (jak choćby Dystrykt 9).
Powiedzcie sami - czyż cała seria "Niezgodnej" nie przypomina Wam schematu "Igrzysk śmierci"? 
Wiem, wiem, książki też są dość schematyczne, więc jak ich ekranizacja ma być czymś super oryginalnym? Ale w takim razie (poza kasą) jaki jest powód, żeby je kręcić?
Świat w "Niezgodnej" funkcjonuje według pewnych zasad, które wydają się zapewniać ład i porządek po wielkiej katastrofie, a przez większość obywateli nie są podważane. Ale co jeżeli ktoś nie pasuje do tych reguł? Jeżeli zostanie uznany za buntownika? Okazuje się, że władza wcale nie jest tak pacyfistyczna i altruistyczna, jak chciałaby o niej myślano.


czwartek, 14 lipca 2016

Serpico, czyli graj tak jak wszyscy


Na początek dwa małe uzupełnienie na miejsca notek z przeszłości:
Dopisałem parę słów do recenzji książki Mafia nie daje czasu, i wrzuciłem notkę o filmie Bullitt - to po lekturze Korwin Piotrowskiej :)

Pisałem kilka dni temu o "Wzgórzu" i przypomniał mi się inny film Sidneya Lumeta, który poniekąd opowiada podobną historię. Oto jednostka w walce z systemem, bo wierzy w to, że to niemożliwe, żeby wszyscy byli umoczeni. Nie wiem jak w przypadku poprzedniego bohatera, ale tu mamy do czynienia z prawdziwymi wydarzeniami. Frank Serpico kończy studia policyjne jako prymus i gdy praktyka zweryfikuje jego standardy moralne pracy w tej służbie, będzie szukał miejsca, gdzie może spokojnie ją wykonywać, nie brudząc sobie rąk. Wcale nie chce donosić na kolegów, ale gdzieś po cichu wierzy w to, że przełożeni nie wiedzą o całym procederze brania łapówek i że będą chcieli to ukrócić. 

wtorek, 12 lipca 2016

Wchodzi koń do baru - Dawid Grosman, czyli wykrzyczeć ból

Oprócz Kereta i Amosa Oza chyba nie znam innych pisarzy z Izraela. Ale przecież wszystko do nadrobienia, prawda? Ta niepozorna książeczka dostarczyła mi tyle emocji, że intensywnością przebija wiele innych, dużo bardziej wypasionych tomów. Przed lekturą sięgnąłem do sieci i dowiedziałem się, że Dawid Grosman to izraelski dziennikarz i pisarz, w Polsce chyba znany jest bardziej ze swoich książek dla dzieci. 
Tyle, że w takim państwie jak Izrael chyba trudno pisać, zupełnie ignorując otaczającą rzeczywistość, sprawy społeczne, politykę. Grosman angażuje się więc w działania antywojenne, również przez to co pisze. 
"Wchodzi koń do baru", choć jest bardzo osobistą, szczerą opowieścią o życiu pojedynczego człowieka, to w jego słowach nie raz zabrzmią tony, które są dość bolesnym grzebaniem w świadomości przeciętnego Izraelczyka, w jego uprzedzeniach, jego dobrym mniemaniu o sobie, ale jednocześnie w jego przeszłości, o której niektórzy chętnie by zapomnieli. Przecież okropieństwo holocaustu nie dotyka młodych bezpośrednio, a jednak wciąż coś w nich tkwi. Wzrastali w domach, gdzie pewne rzeczy się wyczuwało, o niektórych nie mówiło albo wręcz odwrotnie: mówiło nieustannie. To pobrzmiewa w tej dziwnej opowieści, będącej jakby rozliczeniem z samym sobą i ze światem.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Metropolis, czyli arcydzieło, które ma blisko 90 lat

Wiem, wiem. Patrząc na niektóre sceny, na te wszystkie sztuczności charakterystyczne dla kina niemego, widzi się ramotę. Ale ileż scen z tego filmu robi kolosalne wrażenie nawet dziś - przy środkach jakimi dysponowano w latach 20 XX wieku, one są po prostu genialne i wizjonerskie. Film, który wtedy przez widzów nie był doceniony, cięto go i "poprawiano" warto oglądać w wersji zrekonstruowanej, czyli po najnowszych pracach, gdzie dołączono niektóre zaginione sceny. Nie tylko dlatego, że to klasyka, że potem wzorowano się nim wielokrotnie. Po prostu dlatego, że ta futurystyczna wizja jest cholernie ciekawa. Zobaczcie ileż z elementów tej fabuły można by spokojnie i dziś traktować jako aktualne. Wykorzystywanie robotników przez wielki kapitał, podział na tych, którzy wpływają na kształt świata i tych, którzy nie mają nic do powiedzenia, bieda i blichtr, pracujące ręce i głowy, które chcą nimi kierować, wciąż niezaspokojone ambicje człowieka, by wykazać się boską mocą stwarzania życia... Sporo ciekawostek tego typu i szczegółową analizę można znaleźć np. tu.

sobota, 9 lipca 2016

Master - Olgierd Świerzewski, czyli ile trzeba zapłacić za utrzymanie się na fali

Pierwsza książka Świerzewskiego, o której pisałem tu, miała w sobie dużo uroku, nostalgii i chyba troszkę czegoś podobnego oczekiwałem od kolejnej. A tu zaskoczenie. Powieść mocna, mięsista, agresywna. I choć rozumiem, że trudno oczekiwać od pisarza, by wciąż tkwił w tych samych klimatach, o jego umiejętnościach świadczy właśnie zdolność kreowania różnych scenariuszy, ale jakoś mi tęskno do tej Rosji i jej mieszkańców. Tym razem bohaterowie "Mastera" są tak antypatyczni, że trudno mieć w stosunku do nich jakieś pozytywne emocje. Szczególnie główny bohater - szowinistyczny, pewny siebie, nie zważający na ludzkie uczucia. Oj tak, Aleksandra Rymera nie da się lubić. Czy da się zrozumieć? Poprzez przyglądanie się jego wspomnieniom, może domyślamy się czemu jest właśnie taki: zbudował sobie mur, aby nikt już go nigdy nie zranił. Do wszystkiego doszedł sam, ale nauczył się nie tylko pracowitości lecz również bezwzględności. Teraz, zesłany z Nowego Jorku do Warszawy, musi pokazać na co go stać, by z powrotem wybić się na szczyt i zemścić się na tych, którzy przywłaszczyli sobie jego osiągnięcia.


piątek, 8 lipca 2016

Wzgórze, czyli bo władza zawsze ma rację

Miała być zupełnie inna notka, ale słońce przygrzało nam na szlaku tak mocno, że przypomniały mi się sceny z filmu, który oglądałem jakiś czas temu, a jeszcze o nim nie pisałem. Wyobraźcie sobie wzgórze usypane z piachu i w afrykańskim słońcu komenda, by biegać przez nie w tę i z powrotem w pełnym rynsztunku. To jeden z pomysłów, jakie mają oficerowie w obozie karnym, w którym dzieje się akcja. Mimo, że to II wojna światowa, to obóz wcale nie dla jeńców, ale dla żołnierzy, którzy podpadli w swoich jednostkach i trzeba z powrotem nauczyć ich dyscypliny. Brytyjski podwładny ma być po prostu posłuszny, obojętnie jak głupi by rozkaz dostał, ma z nim nie dyskutować. Słowo przełożonego jest święte.

czwartek, 7 lipca 2016

Egzekucja w dobrej wierze - Aleksandra Marinina, czyli bez legitymacji, ale umiejętności nie wyparowały

Trzydzieści dwie książki na koncie i to z jedną bohaterką, a czytelnicy nadal chcą nosić cię na rękach i wyczekują kolejnych tytułów? Kurde oto prawdziwa królowa kryminału, a nie jakieś wypromowane jednym czy dwoma tytułami autorki. I o dziwo powiem Wam, że miałem podobnie jak z ostatnim Wrońskim: sama zagadka kryminalna jakoś mało wciąga, a mimo wszystko cholera trudno się oderwać. To kryminały, ale z duszą – bez chłodu skandynawskiego, bez rozdmuchanej akcji, prawdziwie żmudne śledztwa, praca intelektualna, a nie survival dla supermenów.
Co ciekawe, wydawnictwo Czwarta Strona, zdecydowało się nie bawić w druk starszych tytułów, ale zaoferowało czytelnikom najnowszy tom, w którym... Nasta Kamieńska nie jest już nawet milicjantką...
Bohaterka zmienia się wraz z kolejnymi powieściami, dojrzewa wraz z autorką. To ciekawe, że Aleksandra Marinina nie wykorzystuje tak modnego pomysłu na retro kryminały, ale każe swojej major Kamieńskiej dostosowywać się do zmieniającej się rzeczywistości.

środa, 6 lipca 2016

Mała Moskwa, czyli szukajmy wspólnych historii


W ostatnich tygodniach oglądam mniej filmów, a jeżeli już coś odpalam z nagranych, to często okazuje się, że wybieram melodramaty lub romansidła. Jakiś monotematyczny się zrobiłem. Po "Pożądaniu" dziś o "Małej Moskwie", a w zanadrzu jeszcze kilka podobnych. 
Ale jeżeli macie ochotę na coś innego to zerknijcie na ostatnio ciut rozbudowana notkę o Spotlight. 

A "Mała Moskwa"? Waldemar Krzystek zrobił film, który przełamuje trochę stereotyp Polaka rusofoba - nie dość, że temat, czyli miłość między Rosjanką i oficerem naszego wojska, nie dość, że wspólnie zrobiony (brawa dla rosyjskich aktorów), to i publiczność go kupiła, zauroczona historią. Przecież nawet ci, którzy do dziś zgrzytają zębami na sowietów, którzy po 45 "obdarowali nas wolnością" i zostali to ponad 40 lat, żeby nas pilnować, nie przenoszą swojej niechęci na wszystkich mieszkańców Rosji, czy ZSRR. Oni też nie zawsze byli szczęśliwi.
Fabuła jest dość luźno oparta na miejskiej legendzie o romansie jaki rzeczywiście miał miejsce między polskim oficerem i żoną radzieckiego lotnika. Władze na takie historie nie mogły pozwolić, nie po to tak ściśle odgradzano Armię Czerwoną, żeby się bratać zbyt blisko. Legnica była pod tym względem wyjątkowa, bo tu stacjonował chyba jeden z największych ich garnizonów. Miasto żyło podwójnym życiem, przedzielone murem, a ludzie musieli się tego nauczyć.

wtorek, 5 lipca 2016

Portret wisielca - Marcin Wroński, czyli wszyscy tacy świątobliwi i pełni dobrych intencji

Odrobina porządków: rozbudowana została notka o filmie Amy - niezmiennie go polecam!
A ponieważ jutro sporo godzin w drodze i potem przez tydzień nie wiem na ile łazikowanie po Tatrach pozwoli na pisanie, wrzucam kolejną notkę. Tym razem polski kryminał retro. Zresztą komisarza Maciejewskiego i autora, czyli Marcina Wrońskiego nie wiem czy muszę przedstawiać. To już ósmy z kolei tom z cyklu (podobno przedostatnia powieść, a na koniec ma być jeszcze tom opowiadań), a poprzednie narobiły na rynku sporo szumu. Po tym jak Marek Krajewski porzucił okres międzywojenny (i nieodżałowanego Mocka), to właśnie Wroński dostarczał mi świetnych lektur osadzonych w tamtym okresie. A przecież region równie ciekawy jak Wrocław, czy Lwów. Lubelszczyzna, choć postrzegana zawsze jako trochę prowincjonalna, ma ciekawy klimat, a jej miasta, równie interesującą historię.
W powieściach o komisarzu Maciejewskim na równi z samą akcją, czy zagadką kryminalną, cenię sobie właśnie ciekawe nakreślenia tła i wierne oddanie atmosfery tamtych czasów.
Wrońskiego interesują nie tyle najwyższe sfery, blichtr, śmietanka towarzyska, czyli to co najczęściej się nam pokazuje, opowiadając o dwudziestoleciu międzywojennym. Jego bohaterowie mieszkają skromnie, a upodobania mają bardzo prozaiczne: alkohol, kobiety, jedzenie, w kolejności, która zmienia się w zależności od humoru. 

Pożądanie, czyli goniąc marzenia (albo króliczka), tak by nie złapać

Człowiek spodziewa się kolejnego dość schematycznego romansidła, a tu spora pozytywna niespodzianka. Gdy się patrzy na bohaterów (szczególnie na niego), dalecy przecież są od wymuskanych, koniecznie młodych bohaterów, jakich zwykle się nam pokazuje na ekranie w filmach o miłości.
Sophie Marceau rzeczywiście ma w sobie coś magnetycznego i wcale nie dziwne, że może zwrócić czyjąś uwagę, ale on? Prawnik, raczej nudny, podtatusiały typ... Ale zwraca na siebie jej uwagę. Może to uśmiech, poczucie humoru, jakaś iskra, którą poczuła w rozmowie. I wystarczyło.
Oboje po krótkim spotkaniu na imprezie, nie mogą o sobie przestać myśleć. Choć przecież rozważnie nie wymieniają się telefonami, los i tak poprowadzi ich ku sobie.

sobota, 2 lipca 2016

The Twilight Sad - Oran Mor Session, czyli nikt tak nie wymawia "r" jak Szkoci

Moje myśli biegną ku Szkocji - co prawda nie udało mi się tym razem pojechać, skorzystała tylko córka, ale może jeszcze kiedyś się uda. Irlandia rok temu też wydawała się mało realna.
I tak pomyślałem sobie, że dawno nie było nic muzycznego. Nie chciałem jednak iść utartymi schematami i fundować sobie i Wam czegoś super znanego. Znalazłem jednak kapelę z Glasgow, o której nawet sam niewiele wiem, a troszkę o nich ostatnio zrobiło się głośno, bo ogłoszono, że będzie supportować The Cure. Tym samym Robert Smith swoją decyzją wyciągnął ich chyba trochę z dołka, bo zdaje się, że myśleli o zawieszeniu działalności. Co w nich dostrzegł? Co mają muzycznie wspólnego? Gdy słucham ostatniego krążka, wydanego na jesieni ubiegłego roku, powiedziałbym, że niewiele. No chyba, że smutek, melancholię, którą kiedyś muzyka The Cure zawierała, a tu, mimo zupełnie innego instrumentarium też jest. Ale to dlatego, że to płyta dość wyjątkowa. Posłuchajcie całości np. na deezerze albo zerknijcie na fragmenty poniżej.

Skrzypek na dachu, czyli ile razy już to widziałem? I konkurs

Który to już raz? Dziesiąty? A za każdym razem oglądam to z równie wielką przyjemnością. To zasługa przede wszystkim muzyki, cudownych kompozycji, które pewnie w świadomości wielu Polaków utrwaliły się jako wzorzec z Sevres muzyki i kultury żydowskiej. Ale również zdjęcia, pomysły reżyserskie na pokazanie w ciekawy sposób dialogów z Panem Bogiem, chwil zadumy... No i aktorstwo. Topol, którego nie przebije chyba nikt w tej roli, ale i mnóstwo innych postaci, które pozostają nam w głowach.
Ech... Anatewka...

piątek, 1 lipca 2016

Sońka - Ignacy Karpowicz, czyli ta książka może zaboleć

Ponad 60 książek przeczytanych w tym roku, ale to nie ilość sprawia mi największą frajdę, ale fakt, iż wciąż trafiam na nowsze lub starsze tytuły, które zachwycają, które czasem robią burzę w głowie czy w sercu i które potem się długo pomięta. "Sońka" Karpowicza na pewno będzie właśnie należała do tych szczególnych książek, o których się pamięta.
Ciekaw jestem bardzo adaptacji teatralnej tego tekstu, bo przecież właśnie o fascynacji usłyszaną historią, próbą przeniesienia jej na deski teatru opowiada "Sońka". Bohater wraca do krainy dzieciństwa, prosto ze stolicy, szuka natchnienia, a potem cały zatraca się w historii kobiety, którą spotkał. Już nic nie jest ważne, nawet reakcje krytyków, a jedynie to, żeby usłyszeć opowieść Sońki mogli inni. Igor choć nie jest pisarzem, a modnym reżyserem teatralnym, przypomina nam trochę samego autora, mamy więc do czynienia z autoironiczną grą z czytelnikiem. To wszystko jest jednak drugorzędne, bo podobnie jak on, cali zatracamy się w historii starej kobiety.