środa, 14 kwietnia 2021

Trzypak dziwaczny, czyli W labiryncie, Melancholijna dziewczyna, Góra

Czasem trafią się produkcje tak dziwne, specyficzne, że trudno je w ogóle oceniać. Podobają się jakieś sceny, może gra aktorska, jakiś pomysł, ale całość jest tak dziwaczna, że nawet nie wiesz co próbowano w ten sposób opowiedzieć. Czasem pozostajesz z jakąś masą domysłów i interpretacji i wtedy przynajmniej jest jakaś satysfakcja, ale bywa też tak że zostajesz z jednym wielkim pytaniem WTF i wściekasz się na to, że można było tak spieprzyć ciekawą ideę.

Melancholijna dziewczyna jak dla mnie jest manifestem feminizmu i zabawą wizualną. Nie chodzi tu o fabułę, a raczej o pokazanie nam pewnej postawy bohaterki, jej przemyśleń. Relacje z mężczyznami, pieniądze, praca, poszukiwanie swojego miejsca... A na ekranie snucie się ze znudzoną miną i powtarzanie ogólników. Marazm, pustka, której nie rozjaśnia żadne poważne zaangażowanie. Skoro nie można doświadczyć czegoś intensywnie, to łatwo powiedzieć, że coś takiego jak szczęście nie istnieje i nic nie ma specjalnego sensu. Pogoń za czymś? Po co? By dać sobie wmówić co tym szczęściem ma być?
Dziwnie się to ogląda - chwilami jak teledysk, innym razem jak teatr w sztucznych dekoracjach. Cukierkowy róż i spora odwaga, bo przecież Niemcy są dość bezpruderyjni.

"W labiryncie" - nie dość że thriller to jeszcze i Dustin Hoffman w obsadzie - obiecywałem sobie po tym filmie dużo. I tym większy mój zawód. Balansowanie między realizmem, snem i zupełnie groteskowymi rozwiązaniami fabularnymi, czy scenograficznymi, komplikowanie historii na maksa, bez jakiegoś większego sensu... No nie, tak nie powinien wyglądać thriller.
Nie znam pierwowzoru, czyli włoskiej powieści Donato Carrisi, może dzięki niej byłoby mi łatwiej, ale przecież do ekranizacji nie powinno być takich obowiązkowych "kluczy" do interpretacji całości. Niby wszystko się układa w poszczególnych wątkach w jakąś całość, czyli porwanie dziewczyny, przetrzymywanie jej 15 lat i jej trauma, do tego poszukiwanie sprawcy, który też prawdopodobnie był krzywdzony, tu detektyw, tu psycholog, ale twórcy piętrzą przed nami kolejne niespodzianki, zaprzeczając, że coś co widzieliśmy miało miejsce, fundując jako realne wydarzenia po prostu groteskowe i traci się przez to całą ciekawość i napięcie. 

Na plus jedynie klimat kina neonoir, dość duszny, specyficzny, tyle że jest on jedynie w wątku śledztwa prowadzonego przez starszego detektywa. Całość sprawia zamknięcia w labiryncie nie tyle bohaterki, co widza - a niech sobie kluczy, snuje domysły, mimo że część tego co widzi jest po prostu zmyłą, niech widz gania za króliczkiem, by nigdy go nie złapać.  


 
No i wreszcie Góra. To już kino dla smakoszy, w którym większość przeciętnych zjadaczy chleba nie znajdzie nic co by przypominało logiczną fabułę. To zaproszenie w świat pragnień, mrocznych fantazji, wysmakowane, ale kierujące uwagę nie tyle na rozwój wydarzeń co na samych bohaterów. Doktor kreujący się na specjalistę chorób psychicznych i leczący pacjentów dość kontrowersyjną metodą operacji mechanicznych na otwartej głowie (lobotomia czy elektrowstrząsy są wciąż praktykowane w czasach o których opowiada film), zyskuje nowego pomocnika - zamkniętego w sobie, wycofanego młodego mężczyznę. Przewodnik i uczeń. W dodatku dodajmy uczeń z problemami, o których nie potrafi rozmawiać. A lekarz nie ciągnie za język. Czeka. Wie że potrzeba czasu.
Wysmakowane, ładne zdjęcia, ale całość strasznie dziwna, mocno depresyjna.

1 komentarz: