środa, 26 lutego 2020

Śpiewak jazzbandu, czyli Broadway kontra synagoga


Film sprzed ponad 90 lat stał się kanwą ubiegłorocznej premiery Teatru Żydowskiego, musicalu, który jak na ich repertuar muzyczny, jest dość nowoczesny. Czy dobre tempo, energia, to pomysł na przyciągnięcie młodszej publiczności? Gdy w styczniu miałem okazję spektakl oglądać, rzeczywiście młodzieży było sporo.

W umiejętny sposób wykorzystano materiał, w którym są odwołania do tradycji i kultury żydowskiej, ale i elementy, z którymi identyfikują się młodzi ludzie. Kryzys tożsamości, jakiś bunt, próba szukania własnego miejsca i pogoń za marzeniami (karierą?), często wywołuje konflikt pokoleń, jakieś rodzinne dramaty. Czy tak jednak być musi? Jest w tej historii miejsce na to, by przedstawić racje obu stron, by pokazać drogę do pojednania - oby nie za późno...



Krótko o tym co mi się podobało. Na pewno fajnie się sprawdza nawiązanie do początków kina - w rozwiązaniach scenicznych jak wyświetlane zdjęcia, taper, który jednocześnie staje się narratorem całości. Jestem pełen podziwu, że na niewielkiej scenie udało się pomieścić nie tylko spory zespół, ale i sprawić, by nie było chaosu, byśmy mieli wrażenie spójności tego co widzimy. Czasem coś zgrzytnie (bo np. do modlitwy jednak warto by było przebrać tancerki), ale generalnie jest dobrze. Pozytywnie też warto wspomnieć również o indywidualnej grze.



Obsada się zmienia, ale ta, którą widziałem radziła sobie naprawdę świetnie. Może Renia Gosławska jako taper ma ciut za mało charyzmy, ale za to para młodych bohaterów, czyli Jack (Daniel Antoniewicz) i jego miłość Mary (Adrianna Dorociak) mi się podobali. W zestawieniu młodzi-rodzice, tym pierwszym na pewno było trudniej zważywszy na dużą ilość ruchu, drudzy mieli chyba ciekawsze rzeczy do zaśpiewania (Piotr Wiszniowski i Monika Chrząstowska). Generalnie - raczej bez uwag krytycznych. Zdarzały się minimalne niedociągnięcia, ale mam wrażenie, że to raczej z tekstem jest coś nie tak - jeżeli aktor jest zmuszony w dziwny sposób dzielić słowa i rozkładać akcenty, to znaczy, że robotę skopał nie on, a raczej ten kto pisał libretto jakby nie znał do niego muzyki (tak się składa, że to również reżyser, czyli Wojciech Kościelniak).

Muzycznie - duże brawa za grę na żywo, mieszanka jazzu, pięknych melodii nawiązujących do tego jak się śpiewało w okresie międzywojennym, elementy muzyki żydowskiej, to wszystko naprawdę dobrze brzmi. Może nie wpada nic w ucho, tak jak bywa w teatrach muzycznych na ich przebojach, "Śpiewak..." nie ma też tak dużego rozmachu, ale ogląda się to przedstawienie z przyjemnością.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza