Do puli obejrzanych w tym roku, dorzucam jeszcze jeden serial, choć dopiero go zacząłem. Nie wiem jednak nawet czy będę miał siłę go kończyć, więc notka to raczej formalność. Mało kogo kto widział Lost przyciągnie coś co jest jedynie jego namiastką, a zamiast tajemnicy i zagadki funduje nam się masę głupot i nielogiczności.
Oto w samym środku Los Angeles, powstaje ogromne zapadlisko, do którego wpada sporo ludzi, budynków, aut... Mimo tego, że wszystko się wali, jak to przy katastrofach, oczywiście wszyscy przeżyją, bo okaże się, że spadli z nieba do... przeszłości. Różne rzeczy się rozbijają, ale ludzie nawet nie są połamani :)
A potem próbują zbadać dziwną krainę, która okazuje się, że jest Los Angeles ale sprzed 12 tysięcy lat. Miejscem w którym już jakiś czas temu pojawili się "przybysze z niebios" budując własną społeczność, która wcale nie jest otwarta na nowych. Ponieważ to nie pierwsze zapadlisko, a jedynie rząd ukrywał o takich zdarzeniach wszelkie informacje, nic dziwnego, że "na powierzchni" tajemnica wychodzi na jaw i niewielka grupka postanawia dostać się wgłąb tej szczeliny na ratunek swoim bliskim.
Zabrakło konsekwencji w prowadzeniu detali, zabrakło realizmu, a i relacje pomiędzy postaciami przypominają jakiś dziwny film klasy B albo kino familijne. Przygoda? S-F? Kino katastroficzne? Wszystkiego po trochu i nic z tego sensownego nie wychodzi. Odradzam.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz