A dziś o filmie. Zupełnie przypadkowo trafiłem na dwie produkcje biograficzne, może i same w sobie nie wyjątkowe, ale za to jakie fajne historie opowiadają. Dziś o pierwszej z nich.
Wonder Women. Jako że ja fanem komiksów nie jestem, to się specjalnie nie podniecam, ale film obejrzałem i coś tam kumam (nawet notka była). Wiem kto to jest. A tu się okazuje, że niekoniecznie. Bo nie znałem źródeł tego co stało za tą postacią.
Kim jest tytułowy profesor Marston? To dość utalentowany wykładowca, popularny szczególnie wśród studentek, którego konikiem były teorie psychologiczne dotyczące dominacji, podporządkowania i generalnie relacji między kobietami i mężczyznami. Już sam fakt, że dość głośno mówił o równouprawnieniu, szczególnie w zaspokajaniu potrzeb emocjonalnych, czynił go postacią, która nie wszystkim się podobała. Mimo więc ciekawych badań i osiągnięć, jak choćby wraz z równie utalentowaną żoną wymyślenie prototypu wariografu, nie mógł przebić się ze swoimi teoriami do powszechnej świadomości. Tym bardziej, że oboje uwikłali się w romans z jedną ze swoich studentek. Trójkąta konserwatywne społeczeństwo nie mogło darować i Marston wyleciał z uczelni. Dalej chcieli ze sobą być, żyli więc w ukryciu, zmuszeni do rezygnacji z ambicji naukowych.
Do czasu. Profesor swoje teorie psychologiczne lubił bowiem łączyć z pewnymi bardziej praktycznymi zainteresowaniami (choćby skłonności sadystyczne i masochistyczne jako przykład jego hipotez), postanowił więc nie tylko popróbować tego na sobie, ale i przemycić to w sposób, który wydał mu się najlepszy do zaszczepienia czegoś w świadomości.

Film może nie jest wyjątkowy, ale mimo wszystko historia jaką opowiada sprawia, że warto go zobaczyć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz