Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy Ritchie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guy Ritchie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 lutego 2020

Dżentelmeni, czyli nie próbuj ze mną pogrywać

Proszę Państwa Guy Ritchie powraca! Wszystkim, którzy pokochali Przekręt, Porachunki i kolejne jego zwariowane (ale słabsze) produkcje, mam do przekazania dobre wieści. Powraca nie tylko do kina gangsterskiego, ale i powraca w formie!
Oczywiście poza jego scenariuszem, pokręconą konstrukcją opowiadanej historii, cudownie pomyślanymi postaciami, dużą robotę robią tu kreacje aktorskie, ale w końcu to też robota reżysera, żeby ich ściągnąć na plan i przekonać, by zagrali coś troszkę innego niż zwykle.
Ależ to przyjemność oglądanie tych wydawałoby się eleganckich facetów (i jednej babki), którzy obracają się w najwyższych kręgach, ale spróbuj nadepnąć im na odcisk, a własnoręcznie odetną ci jaja. Angielski sznyt, ale ponieważ większość z nich wcale nie urodziła się w klasie wyższej, to i czasem chlapnie im się trochę dosadniejsze zdanie. Cała zabawa u Ritchiego polega właśnie na takich schematach: ci z tytułami to zwykle nieudacznicy i nieroby, ale za pieniądze, by utrzymać swoje tytuły i włości, zrobią wszystko, dlatego tak bratają się z gangsterami, o ile ci założą garnitur szyty na miarę i potrafią zachować się przy stole. Balansujemy między dwoma światami, bo aspirując do tego wyższego wcale nie jest prosto wyzbyć się wszystkiego z przeszłości. Nawet jeżeli próbujemy wyczyścić sobie interesy i pozbyć się tego co by mogło zainteresować w przyszłości policję lub władze.

niedziela, 8 lipca 2012

Sherlock Holmes. Gra cieni, czyli szybciej, mocniej i jeszcze mniej klimatu



O pierwszej części Sherlocka w nowej wersji Guya Ritchiego pisałem już tutaj. Dwójka raczej mnie na kolana nie powaliła, ale ponieważ wczoraj mieliśmy okazję zobaczyć ją ponownie w kinie pod chmurką, postanowiłem jednak o niej napisać. Klimat takich seansów jest luźny, kasy nie płacisz za bilet, więc może dlatego człowiek podchodzi i do samego filmu bez większych oczekiwań. 
Rozrywka. I koniec, bo myślenia tu dużo nie trzeba. Jest w porównaniu do jedynki szybciej, głośniej, mocniej, ale jeżeli tam kręciłem nosem ile zostało tam pierwowzoru, to tu niestety jest jeszcze mniej. Sherlock  w wykonaniu Roberta Downey'a Jr. i w reżyserii Ritchiego bardziej przypomina Bonda, McGyvera, tyle że język ma ciut bardziej cięty i zdarza mu się powiedzieć coś zabawnego. Z kryminału i klimatu tajemnicy też zostało niewiele - liczy się akcja, mamy więc kino sensacyjno-przygodowe, gdzie nawet realia historyczne, czy geograficzne się nie liczą - możemy spokojnie mieszać gadżety, tworzyć jakieś dziwne sytuacje, bo widz współczesny (w większości młody) nie zwraca na takie rzeczy uwagi. Ja zwracam, co zmniejsza trochę moją przyjemność, ale co tam, na jeden wieczór postanowiłem wyłączyć myślenie.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Sherlock Holmes, czyli każdą postać można ożywić

Ponieważ w tym tygodniu postanowiłem napisać o drugiej części najnowszej ekranizacji Sherlocka Holmesa, więc jak tu nie napisać o części pierwszej? Odświeżam zatem i pizę. Bez specjalnego oczywicie bólu i zamartwiania się ta powtórka, ale i bez zachwytów. Ot po prostu zgrabnie zrobiona, unowocześniona i pełna fajerwerków, dość szybka wersja tego co już znamy. Skoro nie można zaskoczyć rysem psychologicznym postaci, to można przecież chwycić się zalać widza tempem akcji, szybkością scen (i zwolnieniami wtedy gdy mogą one być atrakcyjne). W sumie głównie na tym polega zabieg odświeżenia tego bohatera i "nowatorskości" tej ekranizacji. Zamiast pokazywać zadumanego pana z fajką, każmy mu biegać, skakać, bić się, bo teraz wszyscy bohaterowie muzą być tacy. Ten co tego nie potrafi ten jest nudny. Ci którzy tęsknią za duchem prawdziwego detektywa będą i tak powracać do dawnych wersji filmowych, a tę ekranizację potraktujmy po prostu jako pewną wariację na temat. Można jedynie wzdychać z żalem, że dla tak wielu widzów to będzie jedyna ekranizacja po jaką sięgną i że dla nich Sherlock Holmes już na zawsze będzie mieszanką klauna, Indiany Jonesa i Bonda. To już nie kryminał, ale kino akcji, przygodówka, albo przykład kina awanturniczego z dawnych lat, a zagadka i dedukcja, klimat opowieści chodzą na drugi plan.   

niedziela, 16 stycznia 2011

Rock'n'rolla, czyli z kim nie robić interesów

                 Reżyser - Guy Ritchie - po "Porachunkach" i "Przekręcie", które szybko stały się kultowe, popełnił parę innych dziwnych rzeczy, tu próbuje wrócić do sprawdzonych pomysłów. Mamy więc klasyczną czarną komedię kryminalną gdzie każdy próbuje wykiwać innych nie wiedząc, że sam jest kiwany jeszcze przez kogoś innego. Kiedy rosyjski gangster zamyka szemraną transakcję sprzedaży ziemi, w Londynie pojawiają się miliony dolarów, wszyscy kryminaliści zaczynają snuć plany przejęcia pieniędzy. Oprócz kasy mamy jeszcze słynny obraz, skorumpowanych polityków, piękną księgową, zawodowych zabójców, zaginionego uzależnionego od narkotyków muzyka (który podobno przeżył więcej swoich pogrzebów niż grabarz) i dużo, dużo więcej.
Na początku filmu z ust wytrawnego londyńskiego gangstera Lenny'ego Cole'a padają słowa "To miasto jest moje", ale czas gdy boss mógł być pewny swojej pozycji na wieki zdaje się, że już minął. Musi nieźle się natrudzić by udowodnić swoją pozycję.