Walentynkowo w tym roku było podwójnie, bo z żoną dzień przed tym świętem mieliśmy jeszcze okazję zaliczyć specjalny koncert walentynkowy Michała Kowalonka. Dziś więc trochę o koncercie, ale i płycie jaką potem przesłuchałem sobie w całości i zdobyłem z autografem na przyszłoroczny WOŚP.
Nie jest łatwo w środku tygodnia zapełnić sporą salę, gdy mimo lat grania nie przebiło się do świadomości masowego odbiorcy ze swoim nazwiskiem. W końcu Michał Kowalonek mimo tego że obecnie więcej robi solowo, we współpracy z innymi artystami, to mocno kojarzony jest raczej z zespołami w jakich występował, czyli Myslovitz i Snowman. Szczególnie ten pierwszy, miał masę przebojów, zawsze więc będzie ten ciężar skojarzeń i oczekiwań.
Tymczasem tu - w wersji solowej, jedynie z gitarą klasyczną, może to bardziej propozycja na niewielkie sale, kluby, na bardziej kameralną atmosferę? Niech jednak żałują ci co nie przyszli, bo zapełniliśmy może jedynie 1/4 sali. A było bardzo sympatycznie.
Nie zabrakło Myslovitz, ale nawet przy tych mniej znanych numerach solowych, bardzo przyjemnie się tego słuchało. Motywem przewodnim była miłość w różnych jej odsłonach, a mimo że było nas tak niewielu udało się nawet skłonić nas do wspólnego śpiewania. Atmosfera bardzo fajna, bo też artysta nie dał po sobie jakoś poznać, że wolałby większą publikę, fajnie zagadywał, opowiadał jakieś historie związane z poszczególnymi piosenkami.
Choć na co dzień słuchamy częściej ostrzejszych numerów, to bardziej kameralne, melancholijne (ale bez smęcenia) granie sprawiło nam sporą frajdę. Bez sztuczek, popisywania się na gitarze, traktując ją raczej jako instrument do prowadzenia melodii, podbicia gdy trzeba siły wyrazu, przede wszystkim skupiając naszą uwagę na słowach, na swoim głosie (bardzo przyjemnym dodajmy). Tak, zdecydowanie to fajne spotkanie.
Dlatego też z ciekawością potem zanurzyłem się w różne odsłony artysty - z Miro Kępińskim tą bardziej elektroniczną, z numerami do filmów (też było tego trochę) i to co zdobyłem na koncercie - ciekawym projektem, który został stworzony trochę w nawiązaniu i inspiracji do Powstania Wielkopolskiego. Bez patosu, wielkich pieśni patriotycznych, raczej zaskakująco współcześnie, popowo, ale tak właśnie może trzeba. Korzystając w tekstach m.in. z pamiętników, z listów pisanych między powstańcami a ich rodzinami udało się stworzyć ciekawą całość - wpadającą w ucho, chwilami dość przebojową (List do syna - choć tu chórki nie wszystkim będą pasować, mogą wydać się mało poważne, To nie koniec), ale i pełną pewnej zadumy. Tekstowo bardziej skupioną na relacjach, na uczuciach, niż na podkreślaniu bohaterstwa, dzięki temu chyba jednak jest właśnie bardziej prawdziwie, tak zwyczajnie, bez odrealnienia.
Raczej melodyjnie, z gitarami, bez podkręcania ostrości, bardziej melancholijnie. Elektroniki nie za dużo (np. Przez chmury i rzeki), powiedzmy że to takie popowo-rockowe granie, wokalnie zbliżone do klimatów songwriterskich, bez zadziora. Miłe urozmaicenie głosami kobiecymi, zdecydowanie jest w tym materiale fajny pomysł, nie ma monotonii!
No i to ciekawe, lekko jazzujące fortepianowe nawiązanie do Paderewskiego w finale. Muza może i nie przebojowa, ale to fajna płyta.
Zerknijcie, posłuchajcie. Na koniec wrzucam też dwa własne filmiki z koncertu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz