poniedziałek, 3 września 2018

Noc klezmerów, czyli Plac Grzybowski nie musi być martwy


Strasznie żałuję, że w tym roku czas nie pozwolił mi na więcej wydarzeń festiwalowych, w tej chwili zostały jeszcze tylko dwa wieczory, ale oficjalnie XV Festiwal Warszawa Singera już się zakończył. Nie dotarliśmy z żoną na koncert finałowy, ale przynajmniej mamy ogromną frajdę, że byliśmy na Nocy Klezmerów. Po raz kolejny. Scena na Placu Grzybowskim, tuż przy kamienicy na Próżnej, w tym roku była dodatkowym podkreśleniem faktu iż Teatr Żydowski ma szansę wrócić na to miejsce na stałe. Odebrano i zniszczono ich siedzibę, ale oto pojawia się obietnica władz miasta, że po kilku latach tułaczki, wreszcie znajdą swoje miejsce, właśnie tam, w tej kamienicy, z której pozostała chyba obecnie jedynie fasada.
Tegoroczny koncert był pokazaniem jak bardzo można w różny sposób czerpać z tradycji muzycznych narodu żydowskiego. Niezwykle oryginalna grupa z Japonii Jinta-la-Mvta, choć może najbardziej odbiegała wizerunkowo od wyobrażeń o muzyce klezmerskiej, w tym co grała chyba była tego najbliżej.


Choć ich twórczość to miks różnych gatunków i kultur, próba odnalezienie energii, która sprawdzałaby się na koncertach ulicznych, to ze sceny wybrzmiały nie tylko melodie bardzo skoczne, marszowe, ale i bardzo nostalgiczne. Wokalistka śpiewała (ach jak dziwnie to brzmiało) i po hebrajsku i po niemiecku, a nawet po arabsku. Było tu wszystko - od bardziej tradycyjnych melodii, aż po twórczość Kurta Weilla. Szybko złapali kontakt z publicznością i zostali przyjęci bardzo ciepło. I to wcale nie dlatego, że starali się mówić po polsku. Po prostu stworzyli fajną atmosferę!

Austriacki Nifty's na folkowej scenie europejskiej podobno jest dość znany, mają na swoim koncie sporo nagród, ale dużo trudniej im było przekonać do siebie ludzi. Ich muzyka jest jednak dużo trudniejsza w odbiorze, a i oni sami błyskawicznie gasząc bardziej skoczne melodie jakimiś solówkami i improwizacjami, nie pozwalali na podgrzanie atmosfery. Na pewno było to coś innego, ciekawego - słychać było w tym dużo inspiracji muzyką żydowską, ale ponieważ na scenie mieliśmy dość zaskakujący zestaw instrumentów, brzmiało to zupełnie inaczej. Trzy gitary, perkusja... i jedynie trąbka, która w charakterny sposób ciągnęła melodię, sprawiała, że panowie nie zatracili się w jazzowych klimatach. Fajne, choć chyba bardziej do małego klubu.
Za to kolejny projekt (ponieważ ich widzieliśmy z żoną wcześniej wiedzieliśmy czego się spodziewać) to strzał w 10 na dużą scenę. Ależ energia! Może bardziej to klimaty bałkańskie i cygańskie, niż klezmerskie, ale chyba mało komu to przeszkadzało. Bujanie się, skakanie, wspólne śpiewy rozgrzały atmosferę. Siłą Bum Bum Orkestar jest umiejętne mieszanie różnych tradycji, spontaniczność w tym co robią. No i gdy na scenie zabrzmi tyle dęciaków, to trudno żeby nogi same nie zaczynały podrygiwać. Niby materiał w większości już znaliśmy, ale tym razem zespół zaprosił na scenę przyjaciół, którzy sprawili, że koncert był jeszcze bardziej energetyczny. Był rap, bardzo dobry wokal Piotra Koźbielskiego, który przecież zwykle z nimi już tak często nie śpiewa, a nawet kilkudziesięcioosobowy Międzypokoleniowy Klub Piosenkowy STAYnia. Jak oni się zmieścili na scenie to ja nie wiem. Ale to było naprawdę coś!
Ależ wieczór. Może dość odległy od tradycji, ale pokazujący, że to źródło z którego czerpią wciąż inspirację młodzi twórcy z bardzo różnych środowisk muzycznych.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza