sobota, 27 lutego 2021

Machinery, czyli przekonać do swojej niewinności

To ciekawe, na ile kryminały ze Skandynawii w wersji serialowej podbijają świat. Przecież gdyby tak podrapać trochę z wierzchu, to większość z nich fabułę ma dość przeciętną, czyżby więc rzeczywiście aż tak wielkim magnesem ma być surowa przyroda, te fiordy, lasy? A jeżeli nawet tego nie ma? Kryminały oglądam przecież namiętnie od lat, sporo produkcji polskich, choć nie zawsze cieszy mnie ich poziom (o kolejnych niedługo), szukam jednak czegoś oryginalnego.
Machinery zaczynało się nieźle, potem jednak pojawił się błąd wielu scenarzystów - ważniejsze dla nich było dostarczanie kolejnych zwrotów akcji i napięcia, niż utrzymanie jakiejś logiki i prawdopodobieństwa wydarzeń.


Mamy więc gościa, który budzi się na promie w aucie, niewiele pamięta, ale przeczuwa, że powinien się ukrywać, bo znajduje przy sobie torbę pieniędzy i pistolet. Przebłyski sugerowałyby, że ktoś coś mu podał, może wykorzystał jego stanowisko w firmie budowlanej, by ukraść sprzęt użyty do napadu. Ludzie, którzy ukradli 30 milionów koron są ścigani przez policję, a na swoją rękę próbuje ich dopaść również bohater, żeby zmazać z siebie jakiekolwiek podejrzenia.

I więcej chyba nie ma co zdradzać, bo jeżeli by się ktoś zdecydował, odebrałbym trochę frajdy. Prawie każdy kto się pojawi na pierwszym planie, okaże się wplątany w całą intrygę, bo nawet jeśli nie maczał palców w napadzie, jakoś jest związany z jego uczestnikami. I tu niestety w tych powiązaniach, obejmujących nawet ścigających moim zdaniem twórcy trochę się zagalopowali. Niby da się oglądać, ale po niezłym początku, potem już niestety rosnące rozczarowanie. Za szybko, za łatwo, zbyt topornie to wszystko rozrysowane. No i nie ma fiordów :) A przynajmniej nie tyle, żeby nacieszyć oczy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza