

I prawdę mówiąc nie wiem za bardzo co o nim myśleć, jak się do niego ustosunkować. Przecież lubię czarny humor, nie unikam przemocy na ekranie, ba - nawet czasem zdarza mi się czerpać sporą frajdę z oglądania jakiś pokręconych pomysłów z psychopatami w roli głównej. A jednak w wypadku "Domu, który zbudował Jack" stwierdzam, że chyba moje granice tolerancji dla takich obrazów zostały przekroczone.

Kim jest tytułowy Jack? Trochę samotnikiem, facetem cholernie inteligentnym, perfekcjonistą (z tendencją do natręctw), który zasmakował w zbrodni. Pierwsza była zupełnie przypadkowa, po niej jednak nastąpiły kolejne, a on traktuje swoje "dzieła" niczym sztukę, delektując się swoją pomysłowością i bezkarnością.
Gdy widzisz niektóre sceny, groteskowe, pokazujące śmieszność nie tylko policji, ale i samego bohatera, nawet zaczynasz się tym bawić, po chwili jednak kolejne sceny szybko zabierają ci uśmiech z twarzy. Patrzeć na diaboliczny uśmiech Matta Dillona, na to jak zabija, a potem bawi się w kreowanie scenek z ciałami, naprawdę nie jest zabawne. Von Trier wielokrotnie zaskakiwał i przełamywał różnorakie tabu, za każdym razem jednak miałem wrażenie, że te historie niosły ze sobą jakąś treść: mówiły o winie, odkupieniu, zadręczaniu się, lękach, obsesji. Tymczasem ta podróż wgłąb ziemi (do szeolu?) to jawna kpina z widza, prowokowanie dla zabawy, bez jakiegoś większego sensu. Odwołania do Bacona, Blake'a, czy wybitnego pianisty Glenna Goulda mają sprawiać wrażenie jakiejś głębi, poszukiwania natury zła, łączenia go z geniuszem i niezrozumieniem przez masy, ale przecież to nie jest żadne usprawiedliwienie i nie można go traktować poważnie. Zresztą ten geniusz Jacka, jest dość dyskusyjny, a fiasko jego kolejnych wizji i projektów architektonicznych pokazuje wyraźnie, że on sam nie wie czego chce. Jedno co wciąga go coraz bardziej, to zbrodnia. I w tym stara się osiągnąć mistrzostwo. Choć sam nie wie po co...
Wychodziłem z kina z ciarkami na plecach. Dlatego ostrzegam, szczególnie tych, którzy nie lubią czarnego humoru i bezmyślnego okrucieństwa. To film dla ludzi o dość specyficznej wrażliwości.
Jack nie robi z tego czym się zajmuje przez lata jakiejś misji, ale robi to po prostu dla zabawy, dla adrenaliny. I to właśnie jest przerażające.
Jakiś dziwny ekshibicjonizm, nabijanie się ze wszystkiego i frajda z tego, że ktoś się oburza, ma być chyba dowodem geniuszu artystycznego, żądaniem uwielbienia dla swojej odwagi twórcy jakiego oczekuje Von Trier. O ile szaleństwo Aronofsky'ego w Mother! mi się podobało, tu wychodzę raczej z niesmakiem. Doceniam odwagę, ale zastanawiam się nad kolejnymi granicami do przesunięcia i myślę o tym raczej z obawą. To takie kino, które może prowokować kolejne chore umysły do działania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz