
Kiedy się idzie na „Szczury” wg Gerharta Hauptmanna w reżyserii Mai
Kleczewskiej do Teatru Powszechnego, słowo - klucz do tego przedstawienia to
właśnie owo „wg”. Przetransponowany tekst nijak się ma do przesłania autora,
zaś reżyserka po raz nie wiadomo który pod pozorem wolności sztuki daje nam te
same ograne chwyty, nie poparte żadną koncepcją interpretacyjną. Czułem to
choćby w „Orestei” w Teatrze Narodowym, gdzie w finale otrzymujemy dwudziestominutową
kakofonię dźwiękowo - plastyczną plus duszącego się pod warstwą plastycznej
mazi Sebastiana Pawlaka oraz błyskotliwe teksty Orestesa o Agamemnonie (jeśli
dobrze pamiętam, w stylu: „Zdejmij mu spodnie, chcę zobaczyć jego kutasa”).
„Szczury” są w zasadzie kalką tego przedstawienia, z mniejszą ilością barw, za
to zwiększoną dawką golizny. Jeśli ktoś tłumaczy to koniecznością ponoszenia
ryzyka, potrzebą eksperymentu i twórczego podejścia - jestem jak najbardziej
za! Tyle, że jeśli w efekcie nie otrzymujemy niczego ponad to, do czego już nas
przyzwyczajono, a jedynym artystycznym eksperymentem będzie rozebranie aktorów
i stworzenie w finale sztuki czegoś na kształt gotującego się kłębowiska, w
którym nic już nie ma sensu, to jako widz nie nazwę tego przekraczaniem granic,
a zwyczajną błazenadą. Nagość w kulturze nikogo już nie szokuje, w byle
teledysku trzecioligowej zachodniej wokalistki więcej jest rozebranych scen niż
faktycznego śpiewu, w teatrach też już widzieliśmy niejedno. To więc jest ten
artystyczny radykalizm, którym szczyci się Maja Kleczewska? Radzę zaryzykować bardziej - niechże się
reżyserka sama rozbierze w swoim własnym przedstawieniu i popatrzy na pukająca
się w czoło widownię, później zaś zrewiduje poglądy, czy to, co proponuje
widzom, ma jakąkolwiek wartość…