Grudzień. Pewnie skończy się jak co roku, że i ja poddam się nastrojowi świątecznemu w głośnikach, wyszukując jakichś mniej typowych wersji zimowych melodii, ale póki co jeszcze staram się słuchać czegoś innego.
Dziś kolejna nowalijka. Przynajmniej dla mnie - zdecydowanie już nie jestem na bieżąco, skoro nawet hasła "tak genialna jak Billie Eilish" nie wywołują u mnie podniecenia. No dobra - jeden drugi utwór całkiem sympatyczne, ale czy to rzeczywiście materiał na tyle wyjątkowy by krzyczeć o nim że genialny?
Na pewno ciekawy głos, do tego jakaś stylówka, charyzma, oryginalność. No i na szczęście muzycznie to nie jest jakaś sieczka popowa, ale coś co ma choć trochę duszy.
Wyczuwa się tu miłość do niewielkich klubów, do wodewilu, do sceny. Trochę jest takiej teatralności, scenicznego charakteru w tych nagraniach, niezależnie czy chodzi o szybsze numery, czy o ballady. Porównania? Dla mnie choćby Fleetwood Mac, choć pewnie małolatom to niewiele powie. Bezczelność i wyzywający styl, trochę punkowej energii, wokalistka łączy z mrocznymi opowieściami, jakby storytellingiem, tyle że wyśpiewanym (Nick Cace się kłania).
Sophie Morgan Howarth postanowiła ukryć się za pseudonimem Lucat, za jakąś maską i zaprasza nas na spektakl. I powiem Wam że ten krążek to całkiem niezły materiał.
Myślałeś kiedyś o tym jak gromadzić te ulotne chwile towarzyszące dobremu filmowi, spektaklowi, płycie czy książce? To miejsce na dzielenie się opiniami czy emocjami. Zachwytem i rozczarowaniem. Mam nadzieję, że będzie ono nie tylko dla mnie. W natłoku śmieci warto szukać perełek - każdy dzień to jedna propozycja kulturalna w notatniku. Znajdźmy czas dla siebie - na książkę, kino, teatr, koncert czy płytę. Jeżeli nie teraz to kiedy?
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz