
Kurcze, w czym by ta aktorka nie zagrała, ogląda się ją z ogromną przyjemnością. Nawet jeżeli film jest kichą (Nigdy nie jest za późno), to i tak raczej nie przerywasz seansu, bo ona jak zwykle jest dobra. A jako Florence Jenkins? Po prostu boska!
I nie ma co porównywać z przedstawieniem w teatrze Polonia, które jest klasą samą w sobie. Twórcy filmu poprowadzili historię w zupełnie inną stronę, mniej komediową, bardziej pokazując tragizm i samotność tej postaci. Nie marudźcie więc, tylko pędźcie do kin - premiera była wczoraj, więc macie parę tygodni na złapanie tego na ekranach.
Kreacja Meryl Streep jak zwykle niesamowita, ale i reszta obsady jest ciekawa: Hugh Grant, wreszcie nie ma roli uroczego łamacza serc niewieścich, a Simon Helberg w roli akompaniatora Florence jest naprawdę zabawny. Tu znów wychodzą różnice pomiędzy filmem, a znanym w Polsce przedstawieniem, bo każdy z aktorów trochę inaczej podszedł do swojej postaci i co innego w niej pokazał. Oprócz tego scenarzyści bardzo skupili się na chorobie bohaterki i jej małżeństwie, które w pewien sposób było oszustwem. Jeszcze bardziej uświadamiamy sobie, że pragnienie, by śpiewać, nie było jakąś fanaberią bogatej i zadufanej w sobie kobiety, ale raczej skrytym marzeniem, którego wcześniej nigdy nie miała możliwości na poważnie zrealizować. Wiedząc, że niewiele jej zostało czasu, postanawia spróbować jeszcze raz.