sobota, 23 kwietnia 2016

Niebo na ziemi, czyli śpiewać (i dyrygować) każdy może

Dziś teatr, jutro teatr, a przecież wciąż trwa Festiwal Wiosna Filmów. Szaleństwo jakieś. Na jutro chyba jednak przystopuję, planuję małą akcję w swoim miasteczku z okazji Światowego Dnia Książki.
Ale jeżeli chodzi o notki - na razie będzie filmowo.
Najpierw o komedii (ale takie słodko-gorzkiej) ze Szwecji - kontynuacji "Jak w niebie", które podobno odniosło spory sukces (czemu tego nie widziałem), a porównywane jest klimatem do "Czekolady".
Jak jest z porównaniami chyba nie muszę Wam mówić - sami wiecie.
Pomysł jest w każdym razie podobny - dość zamknięta, konserwatywna społeczność i jednostka, która swoją energią "rozwala system". Jest trochę do śmiechu, jest miłość, są dramaty... Czyli wszystkiego po trochu.


Czy piosenkarka występująca w lokalnej tancbudzie, osoba niewierząca i w dodatku bez żadnych szkół muzycznych, może otrzymać zadanie by przygotować koncert w parafii, na który ma się zjechać telewizja, biskup i cała śmietanka oficjeli? W Szwecji chyba takie rzeczy są możliwe - przynajmniej do tego próbują nas przekonać twórcy filmu. Dodajmy do tego jeszcze wiecznie pijanego pastora, który jest załamany, że nikt nie przychodzi do jego kościoła, radę parafialną, która na naszą bohaterkę patrzy jak na wcielenie diabła i jej niekonwencjonalne metody na przyciągnięcie ludzi do chóru. Międzypokoleniowe podziały i uprzedzenia muszą prysnąć wobec sił witalnych Leny. Nic dodać, nic ująć. A kto ma ochotę - może zobaczyć. Premiera chyba już za dwa tygodnie.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza