czwartek, 7 lipca 2011

Boxer - The national, czyli pogoda, nastroje, muzyka

Pogoda na Mazowszu od kilku dni tak depresyjna, że wszystkiego się odechciewa - gdzie to lato? A na taką pogodę sposoby mogą być m.in. takie:
a) szukając każdego promyka słońca i ciepła choćby i wykreowanego samodzielnie fundujemy sobie wszystko to co kojarzy nam się z latem i sprawi przyjemność fizyczną - basen, taneczną i ognistą muzykę, lody, gorący wieczór pełen dyskusji i nasiadówy z przyjaciółmi przy winie albo czymś jeszcze bardziej chłodzącym i jednocześnie rozgrzewającym itd. 
b) poddając się trochę nastrojowi i melancholii jednocześnie pokazujemy, że się nie damy tak całkiem i przeżywamy te chwile fundując sobie wszystko to co sprawi nam przyjemność duchową - dobrą herbatę, kocyk, kilka dobrych książek, ciszę, święty spokój, jakiś film, albo płytę w którą będziemy mogli sie zasluchać jakbyśmy sięgnęli po nią pierwszy raz itd.
I po takim wstępie mogę spokojnie przystąpić do pisania o zespole i o płycie, która do mnie trochę w tych ostatnich dniach "wróciła", nie ukrywam trochę pod wpływem czytania o tegorocznym Openerze (ich koncertu chyba najbardziej chciałbym posłuchać). To The National i "Boxer", pewnie nie najlepsza ich płyta ale akurat ona mi wpadła w ucho - niesamowicie melancholijna, klimatyczna i wciągająca.
 Dla jednych będzie to nudziarstwo i dołowanie, ale ja od zawsze kochałem też takie klimaty z jednej strony trochę depresyjne, ale też dające nadzieję, poczucie, że "wrażliwcow" jest na świecie od cholery sprawiające, że myśl "nikt mnie nie rozumie" szybko się rozpływa w dali. Tak miewałem przy audycjach śp. Tomka Beksińskiego, tak miewam czasem i teraz (choć przecież dużo rzadziej, sentyment, jednak do tego typu nastrojów pozostał). Jeżeli The National jeszcze nie znacie to wyobraźcie sobie granie raz otulające nas i bardzo spokojne innym razem bardzo ekspresyjne, połączenie Joy Division, Cure, ballad Cohena, nastrojów Toma Waitsa czy Nicka Cave'a i jeszcze paru podobnych rzeczy. Czarowanie barytonowym ciepłym glosem (trochę
  znudzony ale interesujący Matt Berninger), nastrojami,  delikatne gitary, świetny prowadzący fortepian, jakieś smyczki, chórki, jakieś dęciaki - tak startujemy w "Fake empire", potem bywa mocniej "Mistaken For Strangers" (z ostrą linią basu niczym z JD), czy "Apartment Story", ale bywa i balladowo, prawie pościelowo jak w "Green Gloves" czy "Racing At Pro". To chyba pierwsza ich płyta gdzie tak bardzo rozbudowali brzmienie i instrumentarium i skupili się na tworzeniu klimatu, wczęsniej bywało melodyjnie ale na pewno też ostrzej. Czy ciekawiej to kwestia dyskusji. Porównania z innymi kapelami dla tych, którzy słuchają sporo nowych rzeczy, w szczególności indie rocka nie będzie tu wielkich niespodzianek - można by wymieniać Interpol, Arcade Fire, Coldplay i wielu innych. Nie wiem czy będę do tej płyty często wracała, ale akurat teraz dobrze przypasowała.
Ktoś nazwie to nowoczesną wersją poezji śpiewanej, ktoś inny jak wspomniałem na początku nudziarstwem.... No ale przyznajcie, że przynudzają całkiem interesująco, a i niektóre teksty całkiem niezłe.
Na następną niepogodę w zależności od nastroju może zostawię sobie ich inne albumy :) może kiedyś o nich napiszę.
ps. jest szansa na słońce na Mazowszu :) dziś już lepiej!

We expected something, something better than before. We expected something more
do you really think you can just put it in a safe behind a painting, lock it up and leave
walk away now and you’re gonna start a war

Whatever went away I’ll get it over now. I’ll get money, I’ll get funny again
walk away now and you’re gonna start a war

We expected something, something better than before. We expected something more
we were always weird but I never had to hold you by the edges like I do now
Walk away now and you’re gonna start a war

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza