poniedziałek, 9 września 2013

Lilly Hates Roses - Something to happen, czyli jesień idzie

Jakiś czas temu pisałem o płycie Fismolla, przy okazji filmu wspominałem o muzyce Pauli i Karola, a dziś ciąg dalszy trochę w takich delikatnych (niektórzy mówią, że hipsterskich) klimatach. Lilly hates roses to duet, który miesiąc temu wydał swoją debiutancką płytkę, ale już wcześniej o nich było sporo szumu - Piotr Metz spokojnie dawał im zielone światło na występy na zagranicznych festiwalach. Katarzyna Gołomska i Kamil Durski - młodziutki skład, ale z pomysłem na to co chcą grać, co śpiewać. Dobrze zgrane głosy, w większości kawałków jedynie gitara akustyczna, troszkę melancholijne, zwiewne melodie i oto płyta, która chyba zagości na dłużej w moim odtwarzaczu tej jesieni.
Podobieństw i skojarzeń niby pojawia się sporo, ale bynajmniej nie jest nudno czy odtwórczo. Ostatnio jest moda na takie kameralne granie w klubach i by podobne nastroje przenosić na płyty (nawet przy okazji tej mody mamy zapożyczenia językowe - to już nie są kompozytorzy, czy autorzy tekstów, ale songwriterzy)... Proste, akustyczne granie, ale sporo w nim ciepła, naturalności i wrażliwości - to one chyba urzekają na tyle, że chce się słuchać tego jeszcze, i jeszcze... A gdy pojawia się trochę więcej instrumentów (np. w "Kto jeśli nie my") to mamy nawet szansę na przebój :)

W płycie maczali palce Maciek Cieślak (Ścianka) i Smolik, więc do produkcji trudno się przyczepić - to już poziom światowy i naprawdę nie mamy czego się wstydzić.
Granie delikatne, nastrojowe, ale nastraja bardzo pozytywnie (mimo nie najweselszych tekstów).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza