niedziela, 18 lutego 2018

Człowiek, który widział więcej - Eric-Emmanuel Schmitt, czyli kto tam siedzi ci na ramieniu

Zamach terrorystyczny w niewielkim belgijskim miasteczku, którego sprawcą jest muzułmański terrorysta, a ofiarami jest kilkanaście niewinnych ofiar uczestniczących w pogrzebie, w kościele przy rynku. Po takim początku można by się zastanawiać czy Eric-Emmanuel Schmitt postanowił napisać thriller sensacyjny lub też ważną polityczno-społeczną diagnozę problemów dzisiejszej Europy rozdartej między obawami i odruchami miłosierdzia. Nic jednak się nie zmieniło. Słynny dramatopisarz nadal bawi się głównie w filozoficzne i religijne dysputy, na różne sposoby analizuje wolną wolę człowieka, nie przejmując się specjalnie jego rasą, narodowością i wyznaniem. Żeby było zabawniej jako autorytet, który ma pomóc głównemu bohaterowi w znalezieniu odpowiedzi na różne pytania, umieszcza... sam siebie - słynnego pisarza. Ten trochę żartobliwy pomysł, jak się potem okazuje, rozbudowany jeszcze bardziej w finale powieści, może wydawać się ciut przesadzony, pozbawiony skromności, ale w ciekawy sposób zmienia nasz sposób patrzenia, interpretowania całej historii.

Lady Bird, czyli wyrwać się gdzieś daleko

Koleżanka dobrze podsumowała ten film: to zadziwiające, że sprawy tak normalne, zwyczajne życie i problemy, uznane zostały przez Amerykanów za coś wyjątkowego. Ewidentnie jednak jest tam jakiś powrót do zainteresowanie się prowincją, perspektywą mieszkańców małych miasteczek, z dala od dużych ośrodków, stanów, które dotąd raczej nie znajdowały się w centrum uwagi. Taki jest oczywiście "Trzy Billboardy...", któremu mocno kibicuję, ale "Lady Bird", choć nie ma może w sobie tej siły, wydaje się tak pełen ciepła, tak sympatyczny, a jednocześnie bardzo prawdziwy, że również chciałby, aby został zauważony. Może przynajmniej za obie role kobiece? Gdyby nie świetne Saoirse Ronan i Laurie Metcalf, jako filmowe córka i matka, być może nie docenialibyśmy tego scenariusza i filmu. Zagrały kapitalnie i dzięki temu tak mocno angażujemy w ten obraz nasze emocje.

sobota, 17 lutego 2018

Mock, czyli pierwsze koty za płoty



Tyle lat czytelnicy książek Marka Krajewskiego, którzy pokochali atmosferę jego kryminałów i ich bohatera Eberharda Mocka, marzyli o ekranizacji. I pewnie przyjdzie nam trochę jeszcze poczekać, ale mamy oto namiastkę tego co mogłoby wyjść z takiego połączenia, czyli teatr telewizji. Namiastkę, bo nie ukrywajmy, że u Krajewskiego bardzo liczy się również samo miasto, tętniące życiem, nie tylko dniem, ale i nocą, choć w inny sposób. Tego ze względu na fundusze i przyjęte rozwiązania teraz pokazać się nie dało. Ale generalnie nie jest źle i pierwsza próba może da zielone światło dla innych projektów?
Brawa na pewno należą się za pomysł - czarno białe zdjęcia, ale przełamane chwilami kolorem, trochę klimat noir, raczej budowanie napięcia i oczekiwanie, niż pościgi i akcja. Niezła jest również obsada - sprawdza się bardzo dobrze Szymon Warszawski, a i pozostali wypadają dobrze. Ciekawie rozegrano pewne symboliczne nawiązania do współczesności (np. czarny powóz, choć dobrze, że nie ma tego za dużo). Ci którzy znają fabułę powieści (przypomnijmy, że to powrót Mocka, czyli te nowsze tytuły, które cofają się do wczesnych lat jego służby w policji), myślę, że nie będą rozczarowani.

Księżyc Jowisza, czyli grzesznik i jego prywatny mesjasz

Mimo ciekawej warstwy wizualnej, film jednego z bardziej znanych reżyserów węgierskich, Kornéla Mundruczó, jakoś specjalnie mnie nie zachwycił. Może dlatego, że nie do końca wiadomo co tak naprawdę chciał on opowiedzieć swoim filmem. Miesza realizm z metafizyką, sprawy społeczne z kinem sensacyjnym i z całego tego poplątania widz wychodzi dziwnie pomieszany. Czarne, białe, dobre, złe, wszystko się rozmywa i już nie wiesz o co tak naprawdę chodzi.
Najlepszy jest wątek główny z dość cynicznym i chciwym lekarzem, który nie omija żadnej okazji do tego, by zdobyć trochę kasy. Współpracuje z władzami zaglądając do obozów dla uchodźców, ale nawet nie po to by leczyć, ale by za łapówki załatwiać im miejsce w normalnym szpitalu, skąd mogą już swobodnie uciec i wtopić się w tłum. Byle uzyskać szansę na wyjście z obozu, na to by wyruszyć dalej lub znaleźć jakąś szansę na zbudowanie sobie przyszłości. Nie jest to jednak wcale takie proste, by interpretować ten film jako obronę praw tych ludzi do normalnego życia - niby widzimy cały koszmar, który ich dotyka: ile ich ginie przy przekraczaniu granic, jak strzela sie do nich jak do kaczek, ich determinację i beznadzieję, gdy utkną za drutami, ale
Mundruczó w finale wcale nie boi się powtarzać stereotypowych sądów na ich temat, pokazując ich jako bezlitosnych samobójców.

czwartek, 15 lutego 2018

Rokcy Babloa, czyli talent, upór, szczęście

Poszukiwanie ciekawych doznań teatralnych warto rozszerzać poza różne oficjalne sceny, instytucje i przedsięwzięcia z dużym doświadczeniem, wielkimi nazwiskami. Przekonałem się o tym już kilkukrotnie, że warto pytać znajomych, nie bać się jechać w jakieś dziwne, wydawałoby się mało teatralne miejsca, by przeżyć coś niesamowitego. Ze spektaklem "Rokcy Babloa" Teatru Alatyr było u mnie właśnie tak - wieści rozchodzą się przez znajomych, fama niesie, że rzecz jest świetna, miejsce jest przedziwne (Dzika Strona Wisły jest bardziej klubokawiarnią niż teatrem), niby blisko, a jakby na uboczu, bilety tanie jak barszcz (możecie się przekonać sami - znowu grają w ten weekend)... A przedstawienie? Polecam z całego serca. Zabawne, inteligentne, żywiołowo zagrane, jest w nim dużo szczerości i prawdy. Pomysł i wykonanie po prostu petarda.

środa, 14 lutego 2018

Templariusze, czyli komu służysz. I rozstrzygnięcie


Nowy serial twórców produkcji o wikingach, więc HBO chyba spodziewało się podobnego sukcesu. A tu okazuje się, że zapowiedzi o tym iż będzie to żywe, krwawe, widowiskowe są mocno przesadzone. Obejrzałem bez większych emocji i niby starano się dopracować różne detale, ale mam wrażenie, że zawiódł sam scenariusz. Bajeczki o świętym kielichu, Saracenach, którzy podobno też go chronią, za bardzo trącą mi książkami "odkrywającymi" jakieś niezbadane tajemnice (tak, tak autor pewnie jest potomkiem Jezusa i Marii Magdaleny). Cholera: sam zakon, jego potęga i katastrofa jaka ich spotkała, gdy król postanowił sięgnąć po ich majątek, byłaby ciekawym tematem. Nawet darowałbym wątek przyjaźni króla i jednego z ważnych braci, który tymczasem romansuje z jego małżonką - to gdzieś mogłoby stanowić podbudowę emocjonalną do walki z Templariuszami. Ale całe te gonitwy wokół św. Graala mnie już męczą - symbol czy cudowny artefakt, chować czy ujawniać... ile można? Gdybyż to jeszcze była jakaś tajemnica w tle, ale tutaj wprost wyrywają go sobie z rąk, a co jeden to psychopatyczny morderca, a nie żaden chrześcijanin pragnący ucałować relikwię.

wtorek, 13 lutego 2018

Zbrodnia nad urwiskiem - Marta Matyszczak, czyli śledztwo na 4 nogi i 3 łapy

Po przeczytaniu "Tajemniczej śmierci Marianny Biel" (recenzja) nie byłem za bardzo entuzjastyczny, ale mimo wszystko polubiłem tych bohaterów i jakoś tak automatycznie sięgnąłem po tom drugi Kryminału pod psem. Moje uwagi pozostają bez większych zmian - wciąż brakuje mi większej dawki humoru, Solański i Róża nadal wkurzają, cała reszta postaci jest jeszcze bardziej antypatyczna (rozumiem, że taki był pomysł, by podobnie jak w pierwszym tytule każdy wydawał się podejrzany), bo są jacyś mało ogarnięci, z całego towarzystwa nadal najfajniejszy jest Gucio. Ten trzynogi kundel przygarnięty ze schroniska bez trudu rozgryza sekrety, na jakie pan jest normalnie ślepy, do charakterów ma nosa prawie równie dobrego jak do jedzenia, szkoda tylko, że nikt nie potrafi go zrozumieć - nie biedziliby się tyle nad zagadką.
Tym razem wywiało (ze względu na aurę to nawet dosłownie) ich aż na irlandzką wyspę Inishmore, dokąd Solański przyturlał się autkiem, a potem łodzią, bo przecież nie będzie pieska stresował lataniem. O kasę, której zwykle mu brakowało, tym razem na szczęście nie musi się martwić, wszystkie wydatki pokrywa zleceniodawca.

poniedziałek, 12 lutego 2018

Cudowny chłopak, czyli lekcja akceptacji


Gdy wychodziłem z kina po obejrzeniu "Cudownego chłopaka", pomyślałem sobie, że ten film powinien być obowiązkowo pokazywany w szkołach. I to nie tylko uczniom. Również nauczycielom, by mogli zobaczyć jak mądrym przykładem, wsparciem, dobrym słowem, mogą sprawić cuda.
Ten film wzrusza i bawi jednocześnie, bo ma w sobie dużo lekkości, jest cudownie ciepły, pełen pozytywnych emocji. Historia Auggiego, który od urodzenia ma zdeformowaną twarz, z powodu choroby genetycznej jest po całej masie operacji została wydana najpierw jako powieść, ale to chyba właśnie dzięki temu obrazowi zostanie ponownie odkryta. Przez kilka lat chłopak był uczony przez mamę w domu, ale przyszedł czas, że rodzice stwierdzili, że nie mogą go dłużej separować od rówieśników. Przyszedł czas na to by iść do szkoły.

niedziela, 11 lutego 2018

Kobieta w oknie - A. J. Finn, czyli zamknięta w czterech ścianach

Czy można wyobrazić sobie wciągający thriller, którego prawie cała akcja dzieje się w jednym domu, wokół jednej postaci? Pewnie moglibyście wymienić m.in. świetny film Hitchcocka "Kobieta w oknie". Ten tytuł co prawda pojawia się również na okładce debiutu A. J. Finna, ale to zupełnie nowa historia, choć sam pomysł jest podobny. 
Mamy bohaterkę, która obserwuje swoich sąsiadów przez okno, całe dnie spędza w domu z powodu swojej choroby, jednak tym razem nie jest to choroba fizyczna, a psychiczna - Anna cierpi na agorafobię, paniczny lęk przed jakimkolwiek wychodzeniem na zewnątrz. Strona po stronie poznajemy jej świat, jej psychikę, choć nie do końca rozumiemy jej sytuację, czy cała czas taka była.
W początek książki musimy trochę się wgryźć, przyzwyczaić się do tej dość specyficznej atmosfery. Dzięki temu jednak możemy trochę wczuć się w sytuację Anny, zrozumieć jej chorobę. Od wielu miesięcy funkcjonuje dzięki telefonowi, internetowi, w ten sposób kontaktując się ze światem, nawet z własnym mężem i córką. Nie przejmuje się swoim wyglądem, porządkiem w mieszkaniu, poza terapeutą i rehabilitantką nikt jej nie odwiedza. Leki, alkohol, szachy przez internet, sen. Cały jej dzień wygląda właśnie tak. Jedyną rozrywkę stanowi internetowa grupa wsparcia dla osób z agorafobią, gdzie udziela czasem konsultacji, w końcu jest psychologiem i zna się na pomaganiu ludziom. Jedynie sobie nie bardzo potrafi pomóc. Dzień urozmaica sobie również podglądaniem przez okno sąsiadów. I to właśnie przez to jej życie radykalnie się zmieni.

Bum Bum Orkestar - Niesiądz, czyli szaleństwo okiełznane, ale za to jaki koncert


No tak. Wczoraj tańce i szaleństwo, a dziś człowiek chory. Ale jak mokry od potu wyłazi na mróz to i taki efekt. Ponieważ na ostatki nie będziemy niestety razem, postanowiliśmy weekend spędzić muzycznie. Wybór padł na Bum Bum Orkestar, o których sporo słyszałem ale nigdy nie widziałem na żywo. I tylko trochę bałem się jak to będzie, bo koncert w domu kultury, przed salą widzę sporo starszych ludzi, w środku wygodne fotele... No nic. Przy pierwszym utworze podrygiwało kilka osób, ale po trzecim skakali i tańczyli już prawie wszyscy. Pierwszy raz byłem na koncercie gdzie kapela tak skutecznie swoją energią i muzyką podrywa ludzi z siedzeń. Fakt, że muzyka bałkańska sprawia, że nogi same podrygują, ale przecież ludzie nie są przyzwyczajeni by porzucać wygodne siedziska jeżeli za nie zapłacili. Szaleństwo. Dzieciaki podskakujące na scenie, wąż przez całą salę, ludzie tańczący gdzie tylko się dało. Na żywo zespół to po prostu petarda i na pewno będę szukał, żeby zobaczyć ich znowu na żywo w jakimś klubie, gdzie nie ma tej początkowej bariery. Co prawda usunęli ją bardzo szybko, ale chyba jeszcze fajniej bawić się przy tej muzyce gdy ma się więcej miejsca.
Nie mogliśmy się powstrzymać przed kupnem płyty i teraz w samochodzie kręci się na okrągło.
Ich muzyka grana na koncertach to przede wszystkim żywiołowa mieszanka rytmów bałkańskich, radosna zabawa, żarty muzyczne, ale nie brakuje też nawiązań do przedwojennej muzyki tanecznej, do tego co tańczyło się w klubach i na potańcówkach. Jak sami mówią o sobie, ćwiczą na Pradze, więc szukają inspiracji w bramach kamienic, grają tak, żeby porwać ludzi. A płyta?

sobota, 10 lutego 2018

Dasz sobie radę, czyli Szepty stepowe i Słońce umiera i tańczy Ewy Cielesz.

W ciągu kilku godzin "wciągnąłem" od wczoraj "Szepty stepowe", czyli drugi tom nowej trylogii Ewy Cielesz i ze zdumieniem odkryłem, że nie napisałem nic o pierwszym. Ale może to dobrze? W sumie mam wrażenie, że jej powieści najlepiej czytać w całości, bo przy dłuższej przerwie między tomami, emocje gdzieś ulatują i potem trzeba chwili, żeby powrócić do jej bohaterów. Teraz poszło w miarę szybko, przypominałem sobie niektóre sceny z tomu pierwszego, czyli "Słońce umiera i tańczy" i powiem Wam, że nawet oceniam całość wyżej niż po przeczytaniu pierwszego tomu. Może dlatego, że wtedy porównywałem to ze świetną trylogią "Córka cieni", a tu historia osadzona była w całości współcześnie i jakoś za bardzo nie porywała. A teraz zaczynam patrzeć na nią trochę inaczej.

Duma i uprzedzenie i zombie, czyli czego to ludzie nie wymyślą

Weekend znowu bogaty w wydarzenia, ja dorwałem się wczoraj do książki, potem uparłem się żeby ją skończyć, do tego pół nocki przy kolejnej misji Pandemic Legacy, nic dziwnego, że pisać się nie chce. Na razie więc coś głupawego, a jak będą siły, to wieczorem notka poważniejsza.
Duma i uprzedzenie i zombie. Widzisz tytuł i już wiesz czego się spodziewać :) To nawet nie jest parodia, ale po prostu do całej intrygi miłosnej i postaci jakie stworzyła Jane Austen dołóżcie jeszcze martwe truposze i będziecie mieli całość. Aha, a wszystkie Bennetówny chodzą z mieczami przy sukniach i walczą równie dobrze jak uczniowie klasztoru Shaolin. No powiedzcie, czy można przegapić taki seans?

czwartek, 8 lutego 2018

Sedinum. Wiadomość z podziemi - Leszek Herman, czyli poszukiwacze zaginionej...

Pisząc o drugiej książce tego autora, czyli "Latarni umarłych", nawiązywałem do tego, że określa się go mianem polskiego Dana Browna. Trochę to dyskusyjne, czy można traktować to jako komplement, chyba że w kategoriach: napisał Pan wciągającą książkę. Z tym się zgodzę. Zresztą może w "Sedinum" nawet wyraźniejsze są te podobieństwa. Sięgamy dużo głębiej w historię, sporo jest nawiązań do wątków bardzo popularnych w literaturze, czy nawet popkulturze, czyli Templariuszy, ich ukrytych skarbów, masonów i ich tajemnic, brakowało tylko świętego Graala do kolekcji. O ile jednak Brown trochę bajdurzy, to Leszek Herman bawiąc się w budowanie różnych teorii i hipotez stara się je odpierać źródłami albo podkreśla, że to jedynie jedna z wersji. Tu jest dużo więcej faktów, niż rzeczy wyssanych z palca.
Oczywiście wszystkie legendy, wątki historyczne pojawiają się jakby mimochodem, mają prowadzić nas od jednego śladu do kolejnych, celem rozwiązania zagadki - wszystko musi być podporządkowane w pierwszej kolejności akcji, budowaniu napięcia.

środa, 7 lutego 2018

Pełnia życia, czyli na swoich warunkach

Zrobiło mi się monotematycznie na blogu, ale co ja na to poradzę, że ostatnio więcej okazji filmowych niż czasu na książki. Ale na ostatki już zaplanowane coś muzycznego, więc będzie jakaś odmiana.
A dziś wyciskacz łez. Prawdę mówiąc nie wiem jak go ocenić. "Pełnia życia" jest filmem przeciętnym, sprawnie opowiedzianą historią, gdzie jest miejsce na śmiech, na dramat, skonstruowaną tak, jakby była bardziej rozbudowanym trailerem - od punktu do punktu, dość przewidywalnie i bez jakiegoś wow! Jednak muszę to przyznać - oglądałem go z dużą przyjemnością. Po pierwsze chyba wszyscy uwielbiamy opowieści o harcie ducha, walce z przeciwnościami, miłości, która pokonuje wszystkie przeciwności. Potrzebujemy takich wyciskaczy łez od czasu do czasu. Niezbyt skomplikowanych, ale bardzo poruszających jakaś czułą strunę w nas, pełnych empatii, dających siłę. I taka jest właśnie "Pełnia życia". A jeżeli dodamy do tego jeszcze fakt iż wszystko jest oparte na faktach i producentem jest syn głównego bohatera, tym bardziej łezka w oku może się zakręcić.

wtorek, 6 lutego 2018

Tamte dni, tamte noce, czyli obnażone pragnienia


Kontynuujmy podglądanie nominacji i nagród ze Stanów. Trochę mi jeszcze zostało, ale przy "Tamtych dniach, tamtych nocach", prawdę mówiąc jestem trochę zaskoczony i nawet żałuję, że nie poszedłem na "Czas mroku", bo miałem wybór w tym samym czasie.
O ile ubiegłoroczny "Carol", czy "Moonlight" bardzo mi się podobały, to tu doceniam piękne zdjęcia, ale sam scenariusz mnie rozczarował, historia wydaje mi się dość nijaka. To co tam było piękne, pomiędzy dwoma mężczyznami jest dużo bardziej natarczywe, mniej w tym uczuć. Chociaż nie, one są i to ciekawie pokazane, nie czuję w nich jednak tej zmysłowości, piękna, jest delikatność, ale i gwałtowność, czuje się jakąś samolubność, pragnienie jedynie rozładowania napięcia.
Uwaga - nie wiem czy nie uniknę spojlerów.

poniedziałek, 5 lutego 2018

Basen, czyli szukając inspiracji



Kolejne nazwisko na mojej liście do nadrabiania zaległości w mojej edukacji filmowej. François Ozon. Po najnowszych filmach przyszedł czas, żeby się trochę cofnąć. I zdecydowanie jest po co. Basen, choć fabularnie najbliżej jest kryminału lub thrillera, ma cudowny klimat, pełen erotyzmu, tajemnicy, wygrzewania się w słońcu. Willa w Prowansji wydaje się idealnym miejscem na wypoczynek i nabranie sił oraz do poszukiwania natchnienia do pracy. Niby dotąd pisanie kryminałów szło Sarze Morton bez problemu, ale jak sama twierdzi, trochę się wypaliła. Dlatego też jej wydawca daje jej namiary na swoją willę we Francji i dość sztywna  starsza już pani jedzie odpocząć. Tyle, że samotny pobyt na odludziu, sielanka w ciszy i spokoju dość szybko zostanie zniszczona przez młodziutką dziewczynę, córkę właściciela.

niedziela, 4 lutego 2018

Ostatni syn, czyli najważniejsze to co w sercu

Warszawski Teatr Żydowski mimo braku siedziby, działa i przygotowuje kolejne premiery. Z powodów lokalowych nie mają one pewnie tak wielkiego rozmachu, jak mogłyby mieć, ale to nie znaczy, że nie warto nimi się interesować.
Wśród nich na pewno godny wyróżnienia jest "Ostatni syn" i to z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że niewiele jest propozycji repertuarowych na naszych scenach, które traktowałyby młodego widza tak serio, bez wygłupów, tego zażenowania gdy widzisz, że dorośli zmuszają się do mówienia wierszyków, śpiewania dziecinnych piosenek.
Oczywiście dorzucam kolejny, dość emocjonalny powód - teatrowi "na wygnaniu" należy się szczególne wsparcie, bo warunki w jakich pracując na pewno nie są tak komfortowe jak dawniej. Ale jest jeszcze coś bardzo istotnego. Temat przedstawienia. Dość poważny, odważny, mądrze pokazany i mam wrażenie dziś dość potrzebny. Choć wydaje się, że coraz więcej rodziców wychowuje swoje dzieci próbując wpajać im dystans do wszelkich religii, one przecież na każdym kroku mogą spotykać się z symbolami, zwyczajami, których nie rozumieją. Pytania dotyczące sfery metafizycznej, ale również spraw bardzo przyziemnych, kulturowych, wbrew pozorom wcale nie są mniej istotne niż te dotyczące matematyki, czy przyrody. "Ostatni syn" grany na małej scenie (na Senatorskiej) daje okazję do rozmowy z dziećmi na te tematy i jest również niezłą lekcją tolerancji.

sobota, 3 lutego 2018

Byłam sekretarką Rumkowskiego. Dzienniki Etki Daum - Elżbieta Cherezińska, czyli kto chce żyć, musi pracować

Powracam do postaci Chaima Rumkowskiego. "Fabryka muchołapek" była ciekawa, ale pozostawiła niedosyt, dlatego dużo sobie obiecywałem po pamiętnikach jego sekretarki, zredagowanych przez Cherezińską - w końcu blisko 4 lata pracowała bardzo blisko przełożonego Judenratu w getcie łódzkim, znała sytuację "od podszewki". Niestety i tym razem pozostaję z niedosytem. Może planowana lektura "Biedni ludzie z miasta Łodzi" da mi trochę więcej odpowiedzi. A może jednak nie da się jednoznacznie ocenić wszystkich okoliczności i wydarzeń, w końcu wojna wpływała na ludzi w przerażający sposób i ofiary bardzo często nie kierowały się bardzo racjonalnymi przesłankami, walczyły o życie swoje, bliskich, a to w jaki sposób, dzięki czemu mogły przeżyć, pozostawało sprawą drugorzędną.
Trochę inaczej jednak myśli się o pojedynczych osobach, a trochę inaczej o kimś kto zarządza losami tysięcy - to już prawie inżynieria, przerzucanie cyferkami w tabelkach i jedno, dziesiątki czy setki obywateli, których trzeba oddać na stracenie, by uratować resztę, niewiele wzrusza. To budzi przerażenie i chyba nikt nie chciałby być w takiej sytuacji. W Warszawie nie chciano przykładać do tego ręki, Rumkowski godził się na wszystko czego żądali od niego Niemcy. Ale gdyby oceniać "po owocach" to jego polityka "przydatności" dla Rzeszy, okazała się zbawienna dla tysięcy ludzi, bo getto, w odróżnieniu od innych miasta, w Łodzi istniało prawie do momentu nadejścia Armii Czerwonej.

Plan B, czyli posklejać porozwalane serce

W okolicach Walentynek zawsze mamy w kinach wysyp komedii romantycznych i filmów obyczajowych, ale chciałbym Was namówić na seans troszkę inny. Może i bez westchnień jak na Greyu, wielkich wybuchów śmiechu, ale wzruszeń nie zabraknie. Prawdziwych emocji również. "Plan B" Kingi Dębskiej (pamiętamy "Moje córki krowy") nie słodzi, nie obiecuje happy endu, w tych historiach jest jednak spora dawka nadziei.
Każdy z bohaterów miłości pragnie, szuka, tyle że przecież "do tanga trzeba dwojga". Potrzebujemy do szczęścia innych ludzi, dzięki nim i my potrafimy stawać się lepsi. Trzeba tylko uwierzyć w to, że nie każdy będzie nas chciał skrzywdzić, nawet jeżeli już tego zaznaliśmy. O tym właśnie opowiada ten film.